Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antywestern. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antywestern. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 grudnia 2014

Przełomy Missouri (The Missouri Breaks) 1976 reż. Arthur Penn

   Dawno już miałem zobaczyć Przełomy Missouri, ale jak zawsze brakowało mi czasu. Ano, tak to jest jak się za dużo chleje.

   Pomysł na grupę cwanych koniokradów, którzy kupują sobie farmę, by mieć tam punkt wypadowy tudzież kryjówkę, spodobał mi się od samego początku. Żeby było ciekawiej bogaty ranczer z sąsiedztwa wynajmuje łowcę głów Claytona (w tej roli Brando), który ma ich wytropić i zlikwidować. Wszystko w sumie fajnie, nawet tak zawiewa świeżością, ale akcja trochę się rozmywa, gdyż bohaterowie bawią się ze sobą w kotka i myszkę zamiast zdecydowanie rozwiązywać zaistniałe problemy. W sumie bez znaczenia, bo ogląda się to przyjemnie.


   Poważniejszym problemem za to są dla mnie pewne nieuzasadnione działania bohaterów. Nie pokazano jak Clayton wpadł na trop jednego z koniokradów, ot po prostu go spotkał i wiedział, że to ten. A może po prostu coś przegapiłem czy źle zrozumiałem, nieważne, da się to przełknąć.


   Co do bohaterów, postacie są tu kreślone grubą kreską tak by nie było wątpliwości kto jest dobry, a kto zły. Brando wykreował tu antypatycznego dziwaka będącego najlepszym w okolicy łowcą głów, a Nicholson całkiem przyzwoitego i sympatycznego koniokrada Toma. W oczy rzuca się jeszcze napalona córka bogatego ranczera, przy okazji której bałem się, że będziemy mieć nudne love story, a wyszło całkiem fajne sex story. Właściwie można było subtelniej ukazać te postaci, ale w sumie w formie w jakiej są też mają swój urok.


   Podoba mi się obraz Dzikiego Zachodu jaki tu widzimy, nie jest sielankowo (no może poza paroma luźniejszymi scenami), bo nie dość, że klimat ciężki to jeszcze wkoło różne szumowiny się kręcą. Co ważniejsze jednak nie ma podziału na dobrych i złych, ci którzy z definicji powinni być szlachetni okazują się kanaliami, podczas gdy bandyci wypadają całkiem przyzwoicie. Prawdziwe szaleństwo :D

   Zdecydowanie warto obejrzeć Przełomy Missouri, choćby dla Nicholsona i Brando.

wtorek, 28 października 2014

Hannie Caulder (1971) reż. Burt Kennedy

   Hannie Caulder jest zwyczajną kobietą, mieszka na odludziu z mężem, którego kocha i zajmuje się gospodarstwem. Sielanka kończy się momentalnie, gdy na ich farmie pojawia się trzech bandytów. Męża zabijają, Hannie po kolei gwałcą, a potem puszczają wszystko z dymem. Mocny początek, może niezbyt oryginalny, ale to nic, problemem jest jakość techniczna tej sceny, nakręcono ją bardzo nieudolnie, tak że zahacza niemal o farsę - długie ujęcie domu z zewnątrz, a w tle pojękiwania gwałcących i gwałconej. Z biegiem filmu następuje jednak poprawa (może za wyjątkiem niezmiennie dziwnego koloru krwi), zupełnie jakby reżyser, operator i montażysta uczyli się w jego trakcie filmowego rzemiosła. Osobno irytujące są niepokojąca muzyka w dramatycznych momentach i dziwaczne zwolnienia niektórych scen, ale chyba każde dobre dzieło musi mieć skazy.


   Jasnym jest, że Raquel występuje tu ze względu na swoją zjawiskową urodę i popularność, ale nie można jej odmówić i talentu aktorskiego. Dziewczyna wręcz błyszczy wśród całego tego westernowego brudu, co może trochę nie przystaje do realizmu, ale... kogo to obchodzi, przecież to Raquel! Przemiana jej bohaterki z pospolitej kury domowej w rewolwerowca jest całkiem przekonująca, tym bardziej że nie staje się ona perfekcyjną maszyną do zabijania, a jedynie dobrym gunfighterem. Autentyczności tej metamorfozie dodaje nauczyciel Hannie, który powoli wprowadza ją w arkana zawodu. Tom (Robert Culp) to łowca głów, postać wyjątkowa, człowiek pełen sprzeczności, bo z jednej strony bezwzględny zabójca, a z drugiej człowiek łagodny i nawet jak na łowcę zbyt zwyczajny na co dzień


   Dzięki montażowi równoległemu, prócz losów Toma i Hannie śledzimy też braci Clemens, jej oprawców, na których zamierza się zemścić. Nie są oni zbyt ciekawi, upewniamy się tylko, że to skończone męty. Dlatego są to raczej sceny dające chwile wytchnienia, od emocjonujących przeżyć Hannie. A skoro mamy tu wątek nauki sztuki obchodzenia się z bronią, to zabraknąć nie mogło treningu, który niczym nas nie zaskakuje, ale ma to do siebie, że jak zwykle w takich wypadkach wzbudza zainteresowanie i wzmaga sympatię do bohaterki, pozwalając patrzeć jak posuwa się ona do przodu w swej drodze do celu. Wraz z narodzinami Hannie rodzi się też jej broń. Bohaterowie docierają do przyjaciela Toma, rusznikarza Baileya (Christopher Lee), który robi dla niej pistolet. To człowiek podobny do łowcy głów, bo podobnie jak on jest porządnym człowiekiem, któremu przyszło żyć w parszywych czasach. Bailey tworzy broń, która niesie śmierć, Tom jej używa, a widać, że obaj woleli być żyć w spokoju, ale by przeżyć robią to co potrafią.



   Nienachalny wątek miłosny to kolejny mocny punkt tego filmu, związek Toma i Hannie należy do tych, które nawet ja, uczulony na love story, oglądałem z przyjemnością. Cały film zresztą jest utrzymany w podobnym tonie, z pozoru ciężki i brutalny, w rzeczywistości daje sporo wytchnienia między mocniejszymi scenami, a ogląda się nadzwyczaj przyjemnie. Prócz wielu sztamp, Hannie Caulder daje też parę powiewów świeżości, na przykład pierwszy raz tutaj widziałem pojedynek rewolwerowców w... pokoju :D Pewnego uroku dodaje też tajemnicza postać zagadkowego rewolwerowca, która działa na wyobraźnię, będąc trudnym do przewidzenia czynnikiem w tej grze.

wtorek, 8 lipca 2014

Mały Wielki Człowiek (Little Big Man) 1970 reż. Arthur Penn

   Praca i ciągłe chlańsko nie służą prężnej działalności bloga :D

OPIS:

   Stu dwudziestoparoletni Jack Crabb (Dustin Hoffman) opowiada dziennikarzowi historię swojej młodości w burzliwych czasach Dzikiego Zachodu.


   To chyba jeden z niewielu filmów, który daje tak szerokie spojrzenie na świat Dzikiego Zachodu. Poznajemy między innymi środowisko Indian w różnych okresach, od czasów kiedy mogli cieszyć się wolnością, przez powolne ograniczanie ich praw i terenów, po końcową eksterminację. Poznajemy też życie osadników w miasteczkach i na odludziach. Sporo uwagi poświęcone jest typowym i barwnym postaciom wchodzącym w skład tych społeczności: rewolwerowcom, oszustom, pijakom, czy prostytutkom. Wszystkie te miejsca i osoby poznajemy dzięki głównemu bohaterowi, który w swoim życiu był uczestnikiem życia wszystkich tych środowisk. Nie zabrakło również dzielnej US army i ją też możemy zobaczyć od środka. W filmie przewija się też kilka postaci historycznych, w tym generał Custer i Dziki Bill Hickok.


   Chociaż poszczególne ujęcia i sceny nasycone są sporą dawką humoru (w tym absurdalnego), to całość robi przygnębiające wrażenie i skłania do refleksji, odkrywając jedną z mroczniejszych kart USA, czyli sprawę traktowania Indian.

   Czerwonoskórzy są tu pokazani w lepszym świetle, chociaż nie gloryfikowani, widać różnice pomiędzy poszczególnymi plemionami, ich zapóźnienie i problemy z dostosowaniem się do nowej sytuacji. Zostawiają jednak bardzo pozytywne wrażenie.


   Jack Crabb to ciekawa postać, okazuje się człowiekiem, który płynie z nurtem, korzystając z podsyłanych mu przez los ofert. Odwaga miesza się w nim z tchórzostwem. Jest zagubiony, cały czas szuka swojej drogi w życiu, biorąc przy tym udział w paru istotnych wydarzeniach z historii USA. W swoje nowe wcielenia wchodzi tylko na chwilę próbując, mimo braku predyspozycji, różnych zajęć. Tym sposobem poznajemy chociażby rewolwerowca, który boi się zabijać.

   Wszystkie postacie są tu właściwie wyjątkowe i wszystkie spełniają istotne role, jednak dla mnie najciekawszym był Stare Skóry Wigwamu (Chief Dan George), czyli "dziadek" Jacka. Naprawdę genialna postać z rewelacyjnymi kwestiami i odegrana w perfekcyjny sposób. No mistrzostwo świata.


   Powinienem jeszcze z dziesięć akapitów walnąć wychwalając (całkiem słusznie) ten film, ale zwyczajnie nie mam sił i weny. Po prostu polecam, bo Mały Wielki Człowiek to arcydzieło :)


piątek, 14 lutego 2014

Silverado 1985 reż. Lawrence Kasdan

   Po świetnym Tańczącym z wilkami i koszmarnym Wyatt Earp, do kolejnego filmu z Costnerem w roli kowboja podchodziłem raczej ostrożnie. Szczęśliwie spotkało mnie pozytywne zaskoczenie, chociaż zaznaczam, że to nie taka bomba jak Tombstone.

OPIS:
Przypadek łączy losy czterech mężczyzn. W drodze do Silverado rodzi się między nimi przyjaźń, która owocuje wkrótce podjęciem wspólnej walki z lokalnym zbirem i jego ludźmi.


   Film zaczyna się z hukiem, dosłownie. I chociaż akcji tu nie brakuje (o czym zaraz) to myślę, że większym atutem jest tu obsada. Wyżej wspomniany Costner jako narwany i sympatyczny, lecz nie mogący opędzić się od kłopotów Jake daje się lubić od samego początku. Dla kontrastu jego brat Emmet (Scott Glenn) jest spokojny i raczej ponury, ale za to niezwykle skuteczny w walce. Dalej, powtarzając za Tarantino: "czarny na koniu", czyli Danny Glover jako Mal, po prostu fajny facet i dobry przyjaciel. Kompanii dopełnia Paden, człowiek z przeszłością, który próbuje zacząć żyć uczciwie od nowa, w tej roli świetny Kevin Kline, na którego jakoś specjalnie nigdy nie zwracałem uwagi, a teraz będę musiał baczniej przypatrzeć się jego dorobkowi artystycznemu. Żeby nie utonąć w zachwytach: równie szybko jak mnie oczarował, tak i zaraz rozczarował Jeff Goldblum jako hazardzista Slick, początkowo intrygujący i charyzmatyczny (nieco jak Doc Holliday z Tombstone), potem raczej już tylko szujowaty i z niejasnymi motywami. Wśród czarnych charakterów tylko Brian Dennehy (szeryf znany z Rambo) jako Cobb rzuca się w oczy i gra całkiem nieźle, chociaż jego postać jest zaledwie marionetką w rękach potężniejszego łotra.


   Fabuła nie jest skomplikowana, ale i niejednokrotnie zaskakuje. Nie ma tu znanych z innych westernów dłużyzn. Na nieco ponad dwie godziny filmu, cały ten czas wypełniają ciekawe i istotne wątki. To nie tylko strzelaniny, walki i pościgi, ale również historia przyjaźni czterech różnych mężczyzn i moim zdaniem wcale nie naiwna. Poważniejsze sekwencje są szczęśliwie uzupełniane przez pewne wstawki humorystyczne (głównie zasługa Costnera), dzięki czemu całość ogląda się lekko i przyjemnie, a jednocześnie z zainteresowaniem i chwilami w napięciu. Jako że to antywestern, nie otrzymujemy tu jasnego i kategorycznego podziału na dobrych i złych, dla przykładu szeryf i zastępcy to kanalie, a poczciwy z pozoru Jake lubi awantury, których finał okazuje się czasem tragiczny.


   I chociaż zadbano o rozmaite fajerwerki w postaci widowiskowych strzelanin czy fantastycznych popisów z bronią na miarę najlepszych rewolwerowców Dzikiego Zachodu, to jednak zachowany jest umiar i realizm. Nie spotkamy tu zatem samotnych wojowników, których nie imają się kule, a oni bez przeładowywania rewolweru rozwalają hordę bandytów. Nic z tych rzeczy.


   Poza bardzo dobrą obsadą i rewelacyjnym scenariuszem, Silverado posiada wszystko to czego dobremu westernowi nie może braknąć: nastrojową muzykę, piękne zdjęcia w zapierających dech w piersiach plenerach, dopracowane scenografie i rekwizyty, a także odpowiednio sterane kostiumy.

   Polecam wszystkim i zapewniam, że sam nieraz jeszcze wrócę do tego filmu.



poniedziałek, 27 stycznia 2014

Polowanie (The Hunting Party) 1971 reż. Don Medford

   Na samym początku widzimy dwie sceny: poderżnięcie gardła krowie i sadystycznego impotenta odbywającego akt seksualny. Obrazy te znakomicie i dosadnie informują/ostrzegają nas czego możemy się po tym filmie spodziewać.


OPIS:
Przywódca bandy, Frank Calder (Oliver Reed) porywa pewnego dnia wiejską nauczycielkę (w jego mniemaniu) Melissę Ruger (Candice Bergern). Chce by nauczyła go czytać. Śladem grupy rusza mąż uprowadzonej, bogaty Brandt i jego znajomi. Uzbrojeni w nowoczesne strzelby mogą zabić człowieka z odległości siedmiuset jardów (dużo ponad możliwości broni bandytów), tym sposobem tropią i odstrzeliwują z dystansu kolejnych członków grupy. Melissa w międzyczasie zakochuje się we Franku...


   Brandt już z początku jawi nam się jako zakompleksiony furiat, ale dopiero z czasem poznajemy jego pełne oblicze i obserwujemy zachodzącą przemianę. Dla kontrastu przedstawiony jest Frank, szef bandy, człowiek brutalny, ale i delikatny, opiekuńczy w stosunku do swoich ludzi. I tak, Ruger na naszych oczach zamienia się w potwora, znęca się nad prostytutką w pociągu, a do polowania na bandytów podchodzi zupełnie serio, smakując śmierć każdego z nich i traktując zwłoki jak ciała ustrzelonych zwierząt. Żeby przedłużyć zabawę, nie zabija od razu wszystkich, a jedynie paru co jakiś czas, przywódcę zostawiając sobie na deser. Nawet jego towarzysze początkowo entuzjastycznie nastawieni do polowania (taka ekstrawagancka rozrywka dla bogatych) z czasem coraz bardziej przerażeni, w końcu się wycofują. Brandt nie bardzo się zresztą nimi przejmuje.


W tym czasie, dla odmiany, poznajemy lepiej Franka -  dba o swoich ludzi, w niebezpieczeństwie wyciąga ich rannych pod ostrzałem, opatruje i pielęgnuje. W gruncie rzeczy jest lojalny i chociaż raz na jakiś czas dopuszcza się przemocy względem Melissy czy swoich towarzyszy, to są to odosobnione przypadki.
Żeby bardziej zagmatwać sprawę, a jednocześnie lepiej ją przedstawić, warto pochylić się nad porwaną. Melissa jest twarda i wytrwała, wytrzymuje kolejne poniżenia i nie daje się złamać. Jej liczne próby ucieczki czy zabicia Franka budzą podziw. Przy okazji w jakiś sposób, trudno nie darzyć uznaniem jego wytrwałości w poskramianiu jej, a jednocześnie cierpliwości - nie wiąże, nie knebluje, nie karze (przynajmniej za ucieczki i stawianie oporu). W zasadzie trzyma luzem, łapiąc co jakiś czas. W końcu musi się narodzić miedzy nimi uczucie, na początku jest to tylko nić sympatii, ale sytuacja szybko się rozwija. I chociaż przez większość filmów wątek miłosny zupełnie nie przeszkadza, to jednak pod koniec spowalnia wyraźnie akcję.
Z pośród bohaterów jeszcze Doc Harrison, członek bandy zasługuje na przedstawienie, to dobry człowiek, który daje się lubić od samego początku. Zastanawia nawet jak to się stało, że taki poczciwina jest bandytą.


   Mnie fabuła i relacje miedzy bohaterami zaciekawiły od samego początku. I chociaż nie mamy tu dobrych i złych, a jedynie złych, to chyba jak każdy kibicowałem Frankowi i jego bandzie, nie rozgrzeszając ich z przewinień (wspólnych czy indywidualnych). Szybko też wczułem się w ich ciężką sytuację, bo wyobraźcie sobie: ścigają ich tajemniczy ludzie z niesamowitą bronią pozwalającą strzelać z dużych odległości (poza zasięgiem broni bandytów), nie ma jak się przed nimi bronić, pozostaje uciekać, a do kolejnych ataków dochodzi niespodziewanie. To może zdołować. Tym bardziej, że co jakiś czas na horyzoncie pojawia się tajemniczy jeździec, jakby dając do zrozumienia: cały czas siedzę wam na tyłku, jak mi się zachce to znowu kogoś zastrzelę.


   Od strony technicznej cud, miód, malina. Znakomite strzelaniny i charakteryzacje, cieszą szczegółami. Masakra w oazie rewelacyjna, aż skojarzyła mi się z Dziką bandą, trup ściele się gęsto i nawet slow motion zastosowali, by wzmóc efekt.

   Dalej. Często zachwycam się pięknymi zdjęciami, ale tym razem popadłem niemal w euforię. Dawno już nie widziałem tak pięknych ujęć w plenerach, szczególnie z jeźdźcami na koniach. Ich wędrówka jest wyjątkowo urokliwa i aż chce się smakować piękno przedstawionej natury. Zresztą, chyba widzicie, że nawaliłem w tego posta screenów jak głupi :D


   Ciekawy montaż ma znaczący wpływ na odbiór całości, film staje się dzięki niemu bardziej dynamiczny. Nie ma przy tym denerwujących i wprowadzających w błąd przeskoków. Całość jest bardzo sprawnie przeprowadzona.

   Scenografie, rekwizyty i kostiumy świetne, po prostu świetne. Żadnych kolorowych fatałaszków, ani pierdół w stylu hipisowskich spodni, ot zwykle ubrania typowe dla kowboi, prostu i praktycznie.


   Całości dopełnia cudowna muzyka Riza Ortolani zmarłego... 4 dni temu. Co prawda jest to głównie jeden motyw, ale wyjątkowo udany.

   Zdecydowanie polecam.



poniedziałek, 20 stycznia 2014

Wyatt Earp 1994 reż. Lawrence Kasdan

   Po całkiem przyjemnym Tańczącym z wilkami, myślałem że kolejna odsłona legendy Dzikiego Zachodu w wykonaniu Costnera będzie strzałem w dziesiątkę. Niestety... Że Kevin lubi grać w ckliwych filmach miłosnych wiedzą wszyscy, że często odgrywa dużego, wrażliwego chłopca też, ale mimo to spodziewałem się czegoś... lepszego. Pierwsza połowa pokazuje wielkie love story i życiową tragedię, po której bohater upada na dno. Jeśli chcieli to pokazać to dobrze, wszak nie każdy zna historię Earpów, ale wystarczyło zrobić dziesięciominutową wstawkę, a nie paprać pół filmu!


   Costner w roli Wyatta zupełnie nie pasuje, podobnie jak Quaid jako Doc. Pierwszy próbuje pozować na twardziela, ale robi to nieprzekonująco, brakuje mu też charyzmy. Drugi zaś momentami bardziej przypomina ulicznego kloszarda, niż błyskotliwego i dowcipnego rewolwerowca. Pozostałe postacie są zwyczajnie mdłe i nijakie, za nic nie mogłem się w nich połapać i kojarzyć. Wiele scen jest identycznych jak w Tombstone, więc aż prosiło się o porównanie - każde wypadało na niekorzyść Wyatta Earpa.


   Z fabułą jak z bohaterami, jest nijaka i rozmyta. Chociaż historię Earpów przedstawiono bardziej szczegółowo, to trudno się w niej połapać. Wątki miłosne męczą i nudzą, pierwszy najdłuższy zajmuje pół filmu i nawet, gdy się kończy to i tak ciągnie się za bohaterem jak smród za wojskiem. Potem pojawiają się kolejne i jakby ich było mało, Wyatt wodzi wzrokiem za każdą dupą jaka się nawinie w polu widzenia. Dialogi są sztuczne i jakby na siłę, niby czasami zabawne, ale nie śmieszą, po prostu kiepskie.

   Trafiła mi się wersja z uciętymi ostatnimi trzydziestoma minutami i wiecie co? W każdym innym wypadku doszukałbym sobie tego braku, a tu wręcz się ucieszyłem, że mogę skończyć już tę farsę.



wtorek, 14 stycznia 2014

Deadwood [serial] sezon 2 reż. David Milch

   Czas na podsumowanie drugiego sezonu. Przyniósł mi on sporo rozczarowań i pewną miłą niespodziankę. I chociaż nie brzmi to zbyt zachęcająco, to zapewniam, że ta seria Deadwood również warta jest obejrzenia.


   Dochodzi paru nowych bohaterów, niestety żaden nie daje się lubić, albo nie poznajemy ich wystarczająco by w ogóle wyrobić sobie jakieś zdanie. Mamy geologa-zboczeńca, zamerykanizowanego Chińczyka, szpiega-guwernantkę, żonę Bullocka czy podstarzałą dziwkę na dorobku. Niestety żadna z tych postaci nie jest w stanie się wybić, czy to ze względu na swoją miałkość, czy też nie wystarczająco rozwinięty wątek. A z tych starych? Bullock pozostaje swoim zwyczajem nijaki i tylko z pozoru jest twardzielem, Tolliver traci rozpęd, Jane dalej chleje, Charlie powoli się statkuje, doktor pozostaje sobą, Żyd zakłada bank (he he he), Farnum dalej liże wszystkim buty i się ośmiesza. Niby dużo się dzieje, ale w gruncie rzeczy nic się nie zmienia. Sytuację ratuje Swearengen. Twórcy musieli zdać sobie sprawę z tego, że skrada on każdy odcinek, bo stał się bardziej dowcipny i złośliwy, a chociaż nie złagodniał w stosunku do wrogów, to czasem można dostrzec jego troskę o podopiecznych i pracowników, trudno zauważalną, bo przejawianą jedynie w subtelnych gestach i minach. W każdym razie to wystarczy by zaskarbił sobie jeszcze więcej sympatii.


   Fabuła bardzo siada. Tematem przewodnim stają się politykowanie i układy (na temat przyłączenia Deadwood, do któregoś ze stanów), co zwyczajnie jest nudne. Dlatego kolejne postacie wplątane w lokalne rozgrywki zaczynają po prostu męczyć. Pod koniec pierwszego sezonu, kiedy Bullock został szeryfem, zwiastowało to przyspieszenie akcji i nadanie jego postaci więcej energii, a okazało się, że oklapł jeszcze bardziej. Doszło do tego, że oglądając ostatnie odcinki nie wciskałem pauzy wychodząc do kuchni po kawę, bo wiedziałem, że nic nie stracę. Tym sposobem przeskoczyłem parę dłużyzn i niepotrzebnych scen.

   I ostatni punkt programu. Technicznie nic się nie zmienia i nadal otrzymujemy maksimum realizmu jeśli chodzi o stroje, scenografie i rekwizyty.

   Podsumowując, jest gorzej, ale Al wynagradza te braki. Zresztą to że jest gorzej, nie znaczy że źle. Pierwszy poziom bardzo wysoko podniósł poprzeczkę i scenarzyści nie dali rady za długo utrzymać wysokiego lotu. Przede mną trzeci sezon i może bez euforii, ale podejdę do niego z zainteresowaniem.



niedziela, 5 stycznia 2014

Butch Cassidy i Sundance Kid 1969 reż. George Roy Hill

   Podchodziłem do tego filmu z pewnym ociąganiem, bojąc się że czekają mnie dwie godziny nudy. Jednak jak tylko włączyłem, to już po pierwszych minutach byłem oczarowany.

   Film opowiada o dwóch bandytach Butchu Cassidy'm (Paul Newman) i Sundance Kidzie (Robert Redford). Zalazłszy za skórę właścicielowi kolei, na którą napadali, przyjaciele uciekają do Boliwii. Tam na nowo rozpoczynają napady.


   Największym atutem filmu jest obsada. Newman i Redford uzupełniają się idealnie i pokazują naprawdę świetne aktorstwo. Pierwszy gra wyluzowanego marzyciela, drugi twardziela. Łączy ich autentyczna przyjaźń, chociaż raz za razem sobie dogryzają. Właśnie ich relacje dają filmowi sporą dawkę humoru (głównie za sprawą komentarzy Butcha). Swoją drogą jak na bandytów są trochę nietypowi, bo potrafią być uprzejmi dla napadanych i nie sięgają po brutalne metody jeśli nie ma takiej potrzeby, czyli jeśli akurat się nie bronią.


   Niewiele brakowało, a film ten stałby się moim ulubionym, jednak kilka elementów musiało mnie zirytować. Po pierwsze utwór Raindrops Keep Falling On My Head, zupełnie nie pasujący do klimatu filmu (co za dużo pajacowania to nie zdrowo) i Butch wydurniający się w rytm tej piosenki na rowerze. Niestety potem raz jeszcze pojawił się niedopasowany kawałek (nawet już nie wiem jaki miał tytuł). A szkoda bo z początku niesamowite zdjęcia i nastrojowa muzyka stworzyły świetny klimat, który dowcipkujący Newman tylko dobrze dopełniał.


   Akcja z początku toczy się całkiem żwawo, by gdzieś w połowie przyhamować. Szkoda bo ucieczka przyjaciół przed pościgiem była całkiem zabawna z tym ciągłym pojawiałem się ogona. Dalej spory wycinek historii bohaterów, między ucieczką, a przybyciem do Boliwii przedstawiony jest w postaci pokazu starych zdjęć. Takie to pójście na łatwiznę, w każdym razie ja poczułem się olany przez twórców. W Boliwii niestety akcja już siada, a może powtarza się i przez to się dłuży sam nie wiem. Dużo nadrabiają za to scenami strzelanin, którym nie brakuje rozmachu i fantazji. Pochwalić należy jeszcze efekty specjalne (świetne zabawy dynamitem).


   Butch Cassidy i Sundance Kid to kawał dobrego kina, nie tylko dla miłośników westernów. I chociaż ja uczepiłem się paru szczegółów to myślę, że nie wszyscy muszą być tak upierdliwi.



sobota, 4 stycznia 2014

Deadwood [serial] sezon 1 reż. David Milch

   Pierwszy sezon Deadwood za mną i jestem absolutnie oczarowany tym serialem. Tutaj moja recenzja po pierwszym odcinku:
Deadwood [serial] (2004-2006) reż. David Milch

   Scenografie, rekwizyty i kostiumy są perfekcyjnie dopracowane i jest to bardzo mocny punkt tego serialu. W ogóle obóz jest raczej przygnębiającym miejscem, gdzie ucieczką od błota i brudu są jedynie saloony. Jeśli chodzi o zapijaczone mordy to spotkać je możemy niemal na każdym kroku. Brutalnych scen nie brakuje, ale nie jest to obraz lejącej się strumieniami krwi, wszystko dobrze wyważono. Szczęśliwie bohaterowie używają sporo przekleństw, a wręcz ich naużywają co też dodaje całości realizmu. Prawdziwy Dziki Zachód.

   Fabuła jest rewelacyjna i zgrabnie poprowadzona, tak że 50-60 minut trwania odcinka staje się prawdziwą zaletą, a nie jak pisałem w poprzednim wpisie wadą. Bohaterowie zachwycają, przy czym (nie wiem czy taki był zamysł twórców) Ian McShane w roli Ala Swearengena skrada całość. Facet jest kanalią, ale taką której po prostu nie da się nie lubić. Cynizm, inteligencja, siła, prostota i domieszka ludzkich uczuć to chyba recepta na idealny szwarccharakter. Żaden inny mieszkaniec Deadwood nie zaskarbił sobie tyle mojej sympatii. Timothy Olyphant z kolei jest bohaterem jakiego już dawno w kinie brakowało, to rycerz na białym koniu, a jednocześnie macho, postać trochę nierealna, ale za to podnosząca na duchu i będąca przeciwwagą dla pozostałych łajdaków. Zresztą wszyscy bohaterowie są ciekawi i potrzebni. Dlatego mamy nieporadnego, ale uroczego Żyda, pastora będącego świętoszkowatą pierdołą, wścibskiego dziennikarza, hotelarza będącego przydupasem Szarej Eminencji i tak dalej.


   Pierwszy sezon zostawia wiele spraw niedokończonych i pewien niedosyt. Dostajemy za to wskazówki co do dalszego ciągu. I chociaż poczynania bohaterów można często przewidzieć to nie jest to regułą. Poza paroma wątkami nie ma miejsca na nudę.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Pat Garrett i Billy Kid (Pat Garrett & Billy the Kid) 1973 reż. Sam Peckinpah

   Film opowiada o szeryfie Pacie Garecie (James Coburn), dawnym przestępcy, który zostawszy stróżem prawa decyduje się schwytać swojego niedawnego przyjaciela Billiego Kida (Kris Kristefferson).

    Zawiązanie akcji następuje na samym początku, szybko też poznajemy bohaterów. Coburn gra tutaj byłego bandytę, który na starość zgodził się być szeryfem zaprzedając się swoim własnym ideałom, czego jest boleśnie świadom. I chociaż jest w świetnej formie, to sprawia wrażenie zmęczonego życiem i pogodzonego ze zmianami, które przyniosły nowe czasy. Kristofferson to z kolei młody, pełen wdzięku przestępca nie chcący się pogodzić z nowymi porządkami i walczący dla siebie o wolność (w swoim rozumieniu). Jest człowiekiem bezwzględnym, ale nie zabija dla zabawy, a kiedy może stara się tego unikać. Jednocześnie potrafi być przyjacielski i pomocny. Obaj wzbudzają u widza sympatię w przeciwieństwie do pozostałych postaci, będących albo degeneratami, albo osobami surowymi, nakierowanymi na zysk.


   Historia jest pokazana w sposób ciekawy i wciągający, a poczynania bohaterów zaskakują. Dobrze nakreślone charaktery obu głównych bohaterów pozwalają szybko się do nich ustosunkować.
Dialogi są rewelacyjne, i chociaż również ociekają stylem macho jak w Django, to jednak tutaj są bardziej wyważone i mniej banalne.

   Mimo wszystko, czegoś filmowi brakuje. Mniej więcej od połowy zacząłem się nudzić, a kolejne sceny dłużyły mi się coraz bardziej. Nie chodzi mi o końcówkę, doceniam to, że Peckinpah skłonił się ku prawdzie historycznej zamiast postawić na widowiskowy koniec. Po prostu czegoś w tym filmie brakowało, podobnie jak w Dzikiej bandzie klimat siadał przy wątku Thorntona.


   Zdecydowanym minusem filmu jest hipisowska muzyka (nie znam się, inaczej nie potrafię tego określić), która niestety psuje całość, pasując jak kwiatek do kożucha.

   Od strony technicznej muszę pochwalić niesamowite sceny strzelanin. Wydaje mi się, że wyszły całkiem naturalnie nie tracąc nic z brutalności i brawury strzelców.



piątek, 29 listopada 2013

Wyjęty spod prawa Josey Wales (The Outlaw Josey Wales) 1976 reż. Clint Eastwood

   Farmer Josey Wales po ataku bandytów walczących w szeregach Unii traci rodzinę i farmę. Wkrótce przyłącza się do napotkanego oddziału Konfederatów i rusza by szukać zemsty. Kiedy szala zwycięstwa przeważa na stronę przeciwników jego oddział kapituluje, sam Wales nie składa broni. Od razu też napada na obóz Unii i zadaje przeciwnikowi poważne straty, po czym musi uciekać. W drodze na południe napotyka różnych ludzi, z których większość próbuje go zabić, lecz paru okazuje się prawdziwymi przyjaciółmi.


   Tym razem postać wykreowana przez Eastwooda zaskakuje. Nie jest to znany nam z trylogii dolarowej czy Mściciela Bezimienny, tym razem znamy imię bohatera, co więcej on sam przedstawia się wielu napotkanym osobom, jakby dla zaznaczenia tej różnicy. Nie jest też osobą obojętną i surową, kiedy opuszcza towarzyszy podróży, nie robi tego bez słowa i żalu, mówi też że "chciałby zostać, ale nie może, za to będzie od czasu do czasu ich odwiedzał".Przyznam że byłem pozytywnie zaskoczony. Co ważne Josey pozostał przy tym niezwyciężonym rewolwerowcem, który prócz celnego oka i szybkich rak dysponuje także inteligencją. Żeby jednak nie było zbyt cukierkowo, okazuje się jednocześnie chamem, bez względu na to czy rozmawia z wrogami, przyjaciółmi czy osobami neutralnymi. Najgorsze w tym jest ciągłe spluwanie przeżutym tytoniem, ta poza może zarówno bawić jak i irytować widza. Uczciwe trzeba przyznać, że Josey łagodnieje po czasie w stosunku do osób, z którymi się zaprzyjaźnia. Widać wtedy zmęczonego życiem i doświadczonego przez wojnę człowieka.

   Ten film to materiał na kilka osobnych opowieści. Po części przypomina mi (mającego nadejść wiele lat później) Tańczącego z wilkami - samotny żołnierz w czasie wojny secesyjnej, który nie składa broni, jest doświadczony przez los i potrafi znaleźć nić porozumienia z Indianami.


   Postacie są wyraziste i dobrze zagrane. Eastwood jak zawsze rewelacyjny, ale przy okazji chciałbym zwrócić uwagę na Chiefa Dan George, który zagrał starego Indianina Lone Watie - postać która swoim zachowaniem i żartami wprowadza do filmu humor i pozwala rozładować napięcie. Akcja poprowadzona jest w sposób logiczny i intrygujący. Złych jak i dobrych spotykamy wśród żołnierzy, Indian, mieszkańców mijanych miejscowości i w zasadzie każdy ma coś za uszami.

   Muzyka jest dopasowana i tworzy klimat, momentami podnosząc napięcie. Rekwizyty, kostiumy, plenery... co mam napisać, przecież oczywistym jest, że całość zasługuje na najwyższą ocenę.