Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziki zachód. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziki zachód. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 kwietnia 2016

Slow West (2015) reż. John Maclean

   Coś nawet sporo ostatnio westernów, które odzierają Dziki Zachód z całej jego romantycznej otoczki. Dopiero co była Eskorta Tommy Lee Jonesa, gdzie bohaterowie przemierzali surowe i bezkresne zachodnie terytoria spotykając się po drodze jedynie z przemocą, biedą i marazmem. Obraz daleki od tego czym przez dekady karmiły nas westerny. A to cały czas historie ludzi, którzy jechali tam w poszukiwaniu lepszego życia.


   Nie inaczej jest w Slow West, główny bohater wyjechawszy ze Szkocji w pogoni za ukochaną  przemierza zupełnie inny świat, niemal dziewicze tereny, na których ze świecą by szukać w miarę cywilizowanych ludzi. Po drodze spotyka spalone wioski Indian, których zrezygnowane i bezsilne kobiety uchodzą z dziećmi, podczas gdy biali łowcy urządzają po lasach polowania na ich mężczyzn. To już nie ci czerwonoskórzy wojownicy, którzy dawniej byli postrachem kolonistów, a później Amerykanów. W tych czasach, a mamy rok 1870, wielu pogodziło się już z losem i żyją w rezerwatach, a inni starają się jeszcze zachować wolność, choć ich dni zostały już policzone.


   Indianie to nie jedyny smutny obrazek tej pięknej, lecz surowej krainy. Zdarzają się też złodzieje, którzy kradną z głodu, biedy, braku innych możliwości. Niektórzy zostawiają swoje ofiary przy życiu, inni choć wbrew sobie gotowi są zabić, a są i tacy, dla których ludzkie życie nic nie znaczy. Także mimo iż ciężko kogokolwiek spotkać na tym odludziu to i tak lepiej unikać obcych. Nawet jeśli, jak nasz nastoletni bohater, ma się doświadczonego przewodnika. Po drodze prócz niebezpiecznych zdarzają się też zwyczajnie dziwne postaci, jak choćby trzech Murzynów śpiewających na totalnym zadupiu o miłości. Wybijając na bębnach afrykańskie rytmy zupełnie nie pasują do tego miejsca. Podobnie zresztą jak biali.


   Tytuł Slow West może nieco mylić, co prawda akcja nie pędzi tutaj na łeb, na szyję, a niektóre sceny trwają naprawdę długo, ale fabuła zapewnia odpowiednio dużo zwrotów akcji i dramatycznych momentów. My zaś nie bombardowani ciągłymi strzelaninami i pościgami mamy szansę wczuć się w sytuacje bohaterów, którym przychodzi mierzyć się z siłami przyrody i nieprzyjaznych ludzi. No i oczywiście możemy rozkoszować się krajobrazami, pięknymi i jak widać na pierwszy rzut oka nieprzypadkowymi.

   Duet głównych bohaterów to pewna zagadka. Młody Jay Cavendish jest tak mocno nieogarnięty i naiwny, że aż uroczy. Jednocześnie cała ta draka ze ściganiem ukochanej przez ocean i obcy kontynent skłania do pytania czy ten dzieciak jest aż tak głupi, czy to może aby ostatni wielki romantyk na kuli ziemskiej. A choć wydaje się to niemożliwe to jego przewodnik Silas Selleck stanowi jeszcze większą zagwozdkę. Niejasnym jest skąd się wziął u boku młodzieńca, a jeszcze bardziej czemu tak ochoczo mu pomaga, wykraczając momentami poza rolę przewodnika, a zbliżając się bardziej do ojca. Ta podróż to dla niego zdecydowanie coś więcej niż pięćdziesiąt dolarów z góry i drugie pięćdziesiąt po robocie. Na pierwszy rzut oka widać, że to facet z przeszłością i co dziwne porządny gość. Takie połączeni czyni ich duet naprawdę wyjątkowym pośród otaczających dziwaków, desperatów i degeneratów.

   Ach! I prawie bym zapomniał. Muzyka. Smutna, przeciągająca się, w jakiś sposób podobna do kompozycji Mihaly'a Viga, którego utwory znam z filmów Beli Tarra. Tutaj idealnie komponowała się z obrazem i toczącą się akcją, mimo iż różna od typowych westernowych motywów.


poniedziałek, 12 stycznia 2015

Kowboje i obcy (Cowboys & Aliens) 2011 reż. Jon Favreau

   Było ostatnio parę klasyków to czas na coś innego, przed Państwem kolejna ciekawostka, a mianowicie western sci-fi o jakże wdzięcznym tytule Kowboje i obcy! I bynajmniej nie chodzi tu o imigrantów z Chin czy Rosji, a o prawdziwych ufoludków :D

   Jak dla mnie już sam ten surowy koncept wydał się arcyciekawy. Nieczęsto możemy obejrzeć film o kosmitach, którego akcja rozgrywa się w przeszłości. A przecież czemu nie? Ludzkość z reguł przedstawia się jako zacofaną technologicznie w stosunku do obcych. W takim kowboje ze strzelbami, czy myśliwce F-16, nie powinno to robić przybyszom z gwiazd różnicy.

cowboys & aliens

   I chociaż ogólny zamysł filmu znamy od samego początku i już na tym etapie mocno działa on na wyobraźnię pobudzając ciekawość, to początek okazuje się dodatkowo bardzo tajemniczy i intrygujący. Bo oto na środku pustkowia widzimy samotnego mężczyznę, jest zdezorientowany, a na reku ma dziwną bransoletę. Po chwili podjeżdża do niego trzech mężczyzn z ewidentnie złymi zamiarami. Nasz tajemniczy koleś rozwala ich niczym jakiś Kapitan Ameryka i rusza przed siebie szukać odpowiedzi na kłębiące się mu w głowie pytania.

cowboys & aliens

   Niezły początek, a właściwie super przedstawienie nam głównego bohatera. Niestety już w tym momencie twórcy sugerują nam, że facet dysponuje jakimiś nadludzkimi zdolnościami, co nie znajduje później sensownego wytłumaczenia i jest pewną ślepą uliczką, w którą zabrnęli twórcy, po czym jakby zupełnie to olali. Niby drobiazg, a kole w oczy.

   W każdym razie oddalę się chwilowo na bardziej bezpieczne pola. W czasie moich ostatnich westernowych seansów naoglądałem się i nasłuchałem klasycznych westernowych motywów, fajna sprawa, nie powiem, ale niewiele tu brakuje do przesytu. Dlatego też Kowboje i obcy dali mi trochę świeżego wytchnienia. Zdjęcia są fantastyczne, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę, że możemy popatrzeć na epickie zmagania jeźdźców z latającymi pojazdami bojowymi obcych. W tle całkiem zacne utwory pasujące do gatunku, ale jednocześnie odróżniające się od starych, znanych szlagierów. Jak dla mnie całkiem fajny sposób przedstawienia Dzikiego Zachodu.

cowboys & aliens

   Wracając do fabuły, nieźle ją skubańce przemyśleli, bo... no właśnie, nie chciałbym tu za bardzo spojlerować. Akcja zawiązuje się nadzwyczaj długo, ale nie jest to czas stracony. W każdym razie, kiedy już całość się rozkręca to dowiadujemy się, że kosmici mają swoje plany w stosunku do ludzkości i Ziemi. Grupa kowbojów postanawia te plany pokrzyżować i rusza przeciwko nieznanemu. Jest napięcie, są i ciekawe postacie podkręcające atmosferę.

cowboys & aliens

   Szczególne ukłony w stronę Harrisona Forda, zawsze kojarzył mi się z całkiem sympatycznym typem, a tu wykreował niezłego skurwiela. Craig również dał z siebie sporo, mając chyba cięższe zadanie, bo zagrać musiał kompletnie zdezorientowanego typa. Szkoda mi tylko Rockwella, ucieszyłem się na jego widok i liczyłem że wcieli się w rolę jakiegoś szajbusa, a tymczasem został nudnym doktorzyną, który co prawda czyni pewne postępy w zostaniu twardzielem na miarę swych towarzyszy, lecz koniec końców pozostaje szarym ludzikiem na uboczu.

   Podsumowują Kowboje i obcy to niezłe widowisko z paroma nieścisłościami, które nie powinny Wam jednak przeszkadzać. Wystarczy dać się ponieść tej fantastycznej historii ;)

cowboys & aliens

niedziela, 7 grudnia 2014

Appaloosa (2008) reż Ed Harris

   Appaloosę miałem już od dawna na swojej liście "do obejrzenia", lecz zupełnie o niej zapomniałem, aż tu ostatnio szukam sobie jakiegoś nowego westernu i rzuciło mi się w oczy. Patrzę, Harris, Mortensen, i Irons, cholerka, uwielbiam wszystkich trzech, więc nie namyślałem się długo i zaraz przystąpiłem do oglądania.

Appaloosa, czyli jak ze sztamp zrobić hita.

   Historia nie należy do oryginalnych, ale za sprawą postaci Virgila (Harris) i Everetta (Mortensen) nabiera rumieńców. Całość zresztą zrealizowana jest bardzo starannie i solidnie, co czyni film obrazem wartościowym. Już początek "chwyta za ryj", widzimy szeryfa który przybywa ze swoimi zastępcami na ranczo i tam zostają zastrzeleni przez jego właściciela, który ani myśli chylić głowy przed majestatem prawa. I tu zaraz błyskawiczne wprowadzenie, bo oto mamy klasyczne miasteczko Dzikiego Zachodu, które terroryzują ludzie wspomnianego wyżej ranczera. Zdesperowane władze mieściny decydują się wynająć rewolwerowców, którzy przywrócą porządek.

Każdym porządny aktor w Hollywood powinien spróbować swych sił w westernie.

   A Virgil i Everett akurat się nie patyczkują, zaraz po podpisaniu umowy przystępują do pracy, czego owocem są trzy trupy. Harris wypada w tym duecie bardziej intrygująco, znając go z innych ról spodziewałem się oczywiście kolejnej kreacji twardziela, ale on poszedł o krok dalej. Virgil jako rewolwerowiec jest bardzo szybki, a przy tym bezwzględny i brutalny. Nie znosi sprzeciwu i nie zna strachu, to czyni go jednym z najlepszych w swoim fachu. Nie dziwi więc jego skuteczność, aczkolwiek zastanawiają pewne dziwne zachowania, jak pobicie właściwie za nic zbyt wesołego kowboja w barze. Ta przesadzona i nie potrzebna brutalność, obok paru innych nietypowych objawów, świadczy o jakimś defekcie charakteru i dodaje mu pewnego uroku. Co ciekawe to człowiek niewykształcony, co jakiś czas zacina się na "mądrych słowach", ale za to przejawia niesamowity wrodzony talent psychologiczny, który pozwala mu w sytuacjach niebezpiecznych oszacować ryzyko i przewidzieć zachowania przeciwników, tak że nawet mimo ich przewagi zawsze wychodzi obronną ręką.


   Znakomicie uzupełnia go postać Vigo, szczęśliwie już całkiem normalnego i poukładanego faceta. W walce może nie jest tak dobry jak Virgil, ale wystarczająco by być jego partnerem. Co ważniejsze jednak, Everett ma kręgosłup moralny i momentami trzeźwiejszą ocenę sytuacji. I taki to właśnie jest duet, a żeby było ciekawiej twórcy dorzucili kobietę, ale nie taka klasyczną lalunię dla kowboja, a całkiem ciekawą osóbkę graną tu przez Zellweger, która tchnęła w postać sporo życia i oryginalności. Pozwala ona uzewnętrznić pewne ukryte cechy obu bohaterów, czyniąc ich ciekawszymi i komplikuje i tak przemyślaną już intrygę.

Ach te kobiety, same problemy z nimi...

   Irons za to odstawił świetnego skurwiela. Ranczer Bragg jest bezwzględny, pieruńsko inteligentny i bezczelny, a przy tym ma swój urok i nawet chwilami bawi. Przeciwnik na miarę naszych rewolwerowców.

   Smaczku filmowi dodają jeszcze miejsca akcji i pewne atrybuty charakterystyczne dla gatunku. Appaloosa zapewnia nam chyba wszystko co charakterystyczne. Mamy akcję w klasycznym miasteczku, na pustyni i w Meksyku. Po drodze przewija nam się pociąg i nawet Indianie. A wszystko to poukładane całkiem zgrabnie, zapewniając ciekawe zwroty akcji i nie pozwalając się nudzić. Czego chcieć więcej?

niedziela, 30 listopada 2014

Napad na ekspres (The Great Train Robbery) 1903 reż. Edwin S. Porter

   Jak to się mogło stać, że dopiero teraz zobaczyłem ten film? :o Wstyd.

   Jak na ponad stu letni, dwunastominutowy film, Napad na ekspres prezentuje się lepiej niż nie jeden młodszy western. Fabuła jest prosta lecz ciekawa, podobnie ze sposobem poprowadzenia akcji. Jedynym co mimo wszystko trochę irytuje jest nazbyt teatralna gra, ale cóż w okresie kina niemego, brak słów trzeba było nadrabiać gestami i mimiką. Przy okazji można zobaczyć jak parę lat po narodzinach kina zaczął się wytwarzać język filmu, a twórcy odkrywali nowe sposoby przedstawiania fabuł widzom. W porównaniu do pierwszych filmów, które były krótkimi scenkami, w zasadzie jednoujęciowymi, kręconymi z nieruchomej kamery, widać tu wielki postęp.


   Film jest ciekawy jako pierwszy w dziejach western, szczególnie że era Dzikiego Zachodu dobiegała wtedy końca, lecz proces pełnego ucywilizowania się tamtych terenów jeszcze się nie zakończył.

Szczęśliwie Napad na ekspres dostępny jest na YT:

czwartek, 17 lipca 2014

Maverick (1994) reż. Richard Donner

   Do westernów z lat 90' podchodzę ze sporym entuzjazmem, gdyż na kinie tamtej dekady się wychowałem i darze je sporym sentymentem. A że nie był to lata łaskawe dla kowbojów, tym większy mam szacunek do każdej produkcji, która powstała.

OPIS:

   Pokerzysta Bret Maverick (Mel Gibson) wybiera się na turniej pokera z nadzieją zdobycia pół miliona dolarów głównej nagrody. W drodze dołączają do niego prostytutka Annabelle (Jodie Foster) i szeryf Cooper (James Garner). Po drodze przychodzi im się zmierzyć z rozmaitymi niespodziewanymi problemami.



   Moje początkowe obiekcje budził Gibson, którego lubię, ale za nic nie pasował mi do westernu. Szybko jednak się do niego przekonałem, ze względu na komediowy charakter, w którym on odnajduje się całkiem nieźle z charakterystyczną dla siebie lekkością i beztroską. Aczkolwiek nie stworzył tak barwnej postaci jak Kilmer w Tombstone, czy Costner w Silverado.O role Garnera i Coburna nie musiałem się martwić, gdyż gwiazdy takiego formatu już samymi swoimi nazwiskami uświetniły ten film, dalej potwierdzając tylko swój talent i przypominając, że na Dzikim Zachodzie czują się jak ryby w wodzie. No i oczywiście Graham Greene... Jego rola tutaj to prawdziwa perełka, o ile Gibson bawił mnie raz za razem, to Greene tą rolą na zawsze wrył mi się w pamięć, ze swoimi dosadnymi, ironicznymi komentarzami. I mógłbym tak chwalić wszystkich, ale jeden zgrzyt się trafił, a mianowicie Jodie Foster, niby wszystko fajnie, ale dziewczynie zabrakło charyzmy, a może wypadła blado ze względu na taka plejadę gwiazd?


   Z początku nie byłem zbyt zadowolony, owszem Gibson cudnie się wydurniał i w ogóle fabuła zapowiadała się ciekawie, ale gra aktorska była jakaś sztuczna, a sceny jakby łączone na siłę. Stan ten szybko się zmienił, gdy akcja nabrała rozpędu, a kolejne postacie wkroczyły na scenę. Nie jest to może tak powalający film jak Tombstone, ale zapewnia całkiem niezłą rozrywkę i nie pozwala się nudzić.


   Najciekawszy dla mnie okazał się wątek Indian, przedstawiono ich tutaj z humorem i w pozytywnym świetle, nie zakrawając przy tym o martyrologię. Plemię poznajemy głównie przez osobę Josepha (Graham Greene), ale zdaje się on być modelowym egzemplarzem. Swoja osobą udowadnia, że Indianie to nie dzikusy, ani nawet ludzie wolący żyć w zacofaniu, a po prostu przedstawiciele innej kultury. Jego przyjaźń z Maverickiem zaś to świadectwo na to, iż gdyby Amerykanie chcieli to bez problemu znaleźli by wspólny język z Indianami i obie strony mogłyby pokojowo koegzystować.


   A do tego świetne scenografie, plenery, kostiumy, rekwizyty, bla, bla, bla...

   Polecam :)


niedziela, 29 czerwca 2014

Cimarron Strip: Ostatni wilk (1967) reż. Bernard McEveety

   Zupełnym przypadkiem trafiłem na YT na serial westernowy: Cimarron Strip, a konkretnie odcinek Ostatni Wilk.

OPIS:

   Historia krnąbrnego myśliwego, który postanawia walczyć farmerami i szeryfem. W tym celu podburza innych myśliwych.


   Niestety nic tutaj nie zachwyca. Gra aktorska jest beznadziejna, a charakteryzacje średnio udane. Całość zdaje się być robiona po taniości. Gdyby chociaż fabuła podciągała w górę, ale tak nie jest, można powiedzieć, że co najwyżej znośnie wyszło. Dla uzupełnienia koszmarna muzyka. No badziew jak Moda na sukces.


   Postać myśliwego który walczy z cywilizacją jest żałosna i nieprzekonująca. Facet i jego kumple nie chcą się dostosować do nowych standardów życia, ale chcieliby korzystać z dobrodziejstw, które oferuje miasto. Żeby było śmieszniej wydaje im się, że są rdzennymi mieszkańcami amerykańskiej dziczy, podczas gdy farmerzy to obcy wkraczający z buciorami w ich świat. Szeryf jest pipowaty na maksa i sztuczny jak zupki chińskie vifona, a spoza reszty mieszkańców ciężko wyłowić kogoś charakterystycznego - ot motłoch.


   Jest pewien ciekawy wątek. Dochodzi do konfliktu interesów dwóch grup: myśliwych i farmerów/mieszkańców miasteczka. Obie strony zachowują się jak dzikusy, ale i każda ma swoje racje. Wzajemna wrogość napędza się sama zataczając coraz szersze kręgi.

   W latach 70' to mogło być niezłe filmidło do niedzieli i obiadku z rodziną, ale dziś szkoda marnować czas.


   W połowie popieprzyło mi się coś z odtwarzaczem tak, że za cholerę nie chciało ruszyć, więc dałem sobie z tym spokój; nie czuję straty.

   Dostępne na YouTube.

piątek, 7 marca 2014

Rewolwerowcy (Gunfighters) 1947 reż. George Waggner

   Rewolwerowcy to film mało znany i raczej nisko oceniany. Ale i takie należy zobaczyć przemierzając Dziki Zachód, więc nie wybrzydzając zasiadłem przed monitor :D

OPIS:

   Rewolwerowiec Brazos Kane (Randolph Scott) przyjeżdża do swojego przyjaciela, ale okazuje się, że ten został zabity. Kane rozpoczyna prywatne śledztwo i przy okazji zostaje wrobiony w morderstwo.

Wrażenia estetyczne przede wszystkim.

   Po pierwsze: kolory w filmie z 1947 roku? Łał. Jestem pod wrażeniem. Dzięki temu mogłem bardziej nacieszyć oczy niesamowitymi krajobrazami, które rzecz jasna widziałem w wielu innych westernach, ale i tak zawsze mnie radują. Zdjęcia i montaż są całkiem niezłe, a momentami byłem wręcz zaskoczony jak dobrze nakręcono sceny pościgów nadając im sporo dynamiki, poprzez dobrą pracę operatorów i montażystów. Całości dopełnia śliczna muzyka, taka typowa, po prostu.

   Kostiumy trochę mnie rozbawiły. Nie były najgorsze, o nie, ale momentami miałem wrażenie, że bardziej pasowałyby na figurki kowbojów made in China, którymi bawiłem się w dzieciństwie. A jeśli już przy tym jesteśmy to jeszcze kobiece fryzury, były chamsko typowe dla amerykańskich kobiet lat 40' i 50' XX wieku, ale nie poprzedniego stulecia. Że o zbyt dużej ilości makijażu nie wspomnę...

Bajki dla grzecznych chłopców.

   Co do fabuły to jest już gorzej. Od samego początku się we wszystkim gubiłem, kto kogo wkręca, kto z kim kręci, itd. Mętlik pozostał mi w głowie do samego końca. Zresztą historia jest wyjątkowo naiwna, bo oto przybywa do miasteczka rewolwerowiec, który postanowił więcej nie tykać broni, bo nie chce czynił nikomu krzywdy. Jasne, Eastwood w Bez przebaczenia miał podobnie, ale nie odstawiał jakiegoś pieprzonego świętoszka. I tak, wiem że to klasyczny western i tak się wtedy robiło, niemniej wkurzają mnie te pierdoły.

   W ogóle sporo jest moralizatorskiego bełkotu. Główny bohater co i rusz wali jakieś banały czy to do siebie czy do innych, albo dla odmiany rzuca oczywistymi oczywistościami, komentując również to co widz sam może zobaczyć (ale jakby przeoczył, to usłyszy). W gruncie rzeczy jednak, to miło się typa słucha, jak jakiegoś dziadka-bajkopisarza.

A może dla grzecznych dziewczynek?

   Dialogi ssą, będąc sztucznymi jak szczęka mojej babci-cioci. Dobrzy bohaterowie są tak szlachetni i romantyczni, że aż ma się ochotę palnąć jednego i drugiego patelnią przez łeb. Chociaż może lepiej nie, bo jeszcze by walnęli kolejną gadkę moralizatorską. Źli zaś ociekają przebiegłością i nikczemnością, wyszkoleni na Obozie Treningowym Szwarccharakterów im. Don Pedra "Karamby". W ogóle w filmie ukazano mnóstwo niesprawiedliwości społecznej i strachu przed tym co przyniesie przyszłość.

   Atmosfera przez cały film utrzymuje się jednakowa, jedynym co się zmienia jest akcja. Z początku całkiem dynamiczna, od połowy przyhamowuje, by przy końcu tylko się wlec. Jak już pisałem sceny pościgów są w porządku, strzelaniny z przymrużeniem oka ujdą, jednak bójki na pięści wyglądają komicznie.

   Całość okraszona pięknym love story (jakby inaczej), słodkim aż do obrzygania. Są miłość, pożądanie, namiętność, zdrada i gorące pocałunki.


Amerykańska miłość do broni niezmienna.

   Ukazany jest kult rewolwerowca, chociaż przejaskrawiony strasznie. To akurat całkiem ciekawe, ale i w pełni zrozumiałe biorąc pod uwagę, że gatunek przeżywał wtedy swoje najlepsze lata. Faceci strzelają się dla przyjemności, a każdy chce zmierzyć się z najlepszym, by samemu zostać najlepszym i później nie zaznać spokoju, będąc dręczonym przez kolejnych chętnych do tytułu najlepszego. Z tego błędnego koła wyrywa się Brazos i robi co może, by powstrzymać przed wstąpieniem na tą drogę pewnego narwanego młodzieńca (postać z charakteru i wyglądu a'la idol młodzieży wczesnych lat 50'). Taki z niego byczy chłop!


   Podsumowując: Rewolwerowcy to film dla wytrwałych.



środa, 5 marca 2014

Ballada o Cable'u Hogue'u (The Ballad of Cable Hogue) 1970 reż. Sam Peckinpah

   Ballada o Cable'u Hogue'u to bardzo trafny tytuł w przypadku tego filmu, bo też w odbiorze bardzo przypomina słuchanie ballady. Fabuła jest lekka i traktowana z przymrużeniem oka, wspominając o tym co było lub co odchodzi w zapomnienie.

OPIS:

   Okradziony i pozostawiony na środku pustyni Cable Hogue (Jason Robards), cudem się ratuje odnajdując źródło wody. Wkrótce wykopuje studnie, kupuję parcelę, zakłada zajazd i zaczyna zarabiać na podróżujących po trasie. Jednocześnie cały czas liczy na zemstę na swoich dawnych kompanach.


Kowboj w innym wydaniu.

   Cable nie jest rewolwerowcem, to człowiek prosty, ale przedsiębiorczy. Poznajemy go w dramatycznych okolicznościach, gdy oszukany przez kompanów, zostaje pozostawiony na pewną śmierć pośrodku pustyni. Kiedy szczęśliwym trafem odnajduje źródło wody, zaczyna zupełnie nowe życie. Błyskawicznie buduje studnie, wykupuje na własność ten skrawek ziemi i zaczyna robić pieniądze. Pomaga mu zmysł biznesowy, zaradność i umiejętność szybkiej nauki. Pokonując przeciwności losu, znajduje również czas na miłość i zabawę. Jego relacje z innymi ludźmi czasem bawią, a czasem dziwią, ale jednocześnie pokazują, że nie pasuje on do społeczności, idealnie za to sprawdzając się na odludziu. W sumie nic dziwnego, że ktoś taki jak on zyskuje sobie miano człowieka pustyni.

Cable Hogue - bohater w sam raz na temat ballady.

Bardziej na spokojnie.

   Ballada o Cable'u Hogue'u nie jest typowym westernem, chociaż dochodzi tu do paru bardziej dynamicznych akcji i niewielkich strzelanin z trupami włącznie. Jest i trochę humoru. Zapada w pamięć choćby postać pastora-cwaniaka (David Warner), który zależnie od potrzeby wyciąga lub chowa koloratkę, by wyrywać laski, a żeby było jeszcze ciekawiej należy do wymyślonego przez siebie Kościoła i tym sposobem idzie przez życie. Sam Cable Hogue również bawi swoim nastawieniem na zysk i prostym podejściem do życia. Przewijająca się co jakiś czas prostytutka (Stella Stevens), będąca miłością głównego bohatera również wnosi trochę lekkości do filmu, lecz jest to mimo wszystko postać mdła.


Raz jeszcze nostalgicznie.

   Tak jak w Dzikiej Bandzie czy Rewolwerowcu przewija się tu tęsknota za odchodzącym Dzikiem Zachodem, co sygnalizują pojawiające się z biegiem czasu samochody, mogące się obyć bez studni niezbędnej dla jeźdźców. Kończy się czas strzelanin i awantur, a podbijać nie ma już czego. Świat który widzimy się zmienia, relikty przeszłości szybko odchodzą w zapomnienie i pozostaje jedynie cień atmosfery dawnych lat. W końcu zaczynają to rozumieć nawet ostatni "kowboje" jak Cable, decydując się zacząć nowe życie w mieście, będącym symbolem nowych czasów.



   Ballada o Cable'u Hogue'u zdecydowanie warta jest obejrzenia, bo to w dużej mierze ciekawa odskocznia od typowych westernów.


niedziela, 16 lutego 2014

Rewolwerowiec (The Shootist) 1976 reż. Don Siegel

   Lubię westerny, których akcja rozgrywa się na przełomie wieków, mają w sobie wiele nostalgii za odchodzącymi czasami. Pozwalają też podziwiać to niesamowite nakładanie się na siebie dwóch światów, starego i nowego. W Rewolwerowcu Wayne sam gra relikt minionej epoki podsumowując swoją kowbojską karierę.

OPIS:
Rok 1901. Słynny rewolwerowiec J. B. Books przybywa do Carson City. Okazuje się, że jest chory na raka i zostało mu parę tygodni życia. Informacja ta cieszy zaniepokojonych jego przybyciem wrogów. Books postanawia utrzeć im nosa przed śmiercią.


   J. B. Books jest postacią raczej niepozorną, która jednak od samego początku pokazuje zęby, przypominając, by nie lekceważyć starego kowboja. Do Carson City przybywa, by wyrównać przed śmiercią rachunki z bandytami, chociaż według mnie mnie jego powody do konfliktu są mocno naciągane (jeden z przeciwników jest bratem dawniej zabitego przez Booksa, inny człowiekiem, który wszedł z nim w słowną utarczkę), podobnie jak motywacje nieprzyjaciół, gotowych ryzykować życia w starciu z człowiekiem, który i tak zaraz umrze. Postać grana przez Wayne szuka też śmierci w walce, co jest już bardziej prawdopodobne, bo nie chce umierać w cierpieniu w łóżku. To człowiek charakterny, ma zasady i wie czego w życiu chce. Do tego dobre maniery sprawiają, że przy bliższym poznaniu nie da się go nie lubić. Tym dziwniejsze są skrajne uczucia, które wywołuje jego przybycie do miasta: strach, fascynację, nienawiść.


   Znakomicie ukazano tu kult rewolwerowców na Dzikim Zachodzie. Syn gospodyni, gdy dowiaduje się kim jest zaczyna niemal bić przed gościem pokłony. Właściciel domu pogrzebowego kombinuje jak wypchać ciało Booksa po śmierci, by pokazywać za pieniądze ciekawskim. Fryzjer za to zbiera ukradkiem jego włosy, bo potem sprzedać. Przypomniało mi to sytuację z Deadwood, w której Dziki Bill Hickock dostawał pieniądze za granie w jednym z saloonów, tylko po to by móc je tam przegrać i przyciągnąć gości.


   To nietypowy western, w dużej mierze określiłbym ten film jako dramat lub obyczajowy. Przez większą część czasu obserwujemy jak radzi sobie z chorobą i nieżyczliwością mieszkańców. Zła opinia, która się za nim ciągnie z jednej strony usprawiedliwia zachowanie miejscowych, ale nie do końca. Z biegiem akcji Books udowadnia nam, że nie był złym człowiekiem, a jedynie przyszło mu żyć w niesprzyjających warunkach. Mimo iż z pozoru fabuła przez pierwszą połowę wlecze się i pozbawiona jest akcji, to ogląda się to z zainteresowaniem. Łatwo wczuć się w sytuację Booksa i darzyć go sympatią oraz współczuciem.

   Nie brakuje też widowiska i wielkiego finału. Jak po wielkim kowboju można by się spodziewać, bohater Wayna przygotowuje sobie śmierć w wielkim stylu. To historia człowieka, który dostał (zawyżony) rachunek od życia, a mimo to do końca walczy.


poniedziałek, 10 lutego 2014

Deadwood [serial] sezon 3 reż. David Milch

   W porównaniu z drugim sezonem jest lepiej, akcja znów nabiera rozpędu, a politykowanie się trochę ogranicza. Wojna z Herstem wchodzi na wyższy poziom i prócz zwyczajowego spiskowania i szantażowania dochodzi do rękoczynów.

   W życiu bohaterów w zasadzie niewiele się zmienia, Jane dalej chleje, Bullock wrzeszczy i zaciąga łobuzów za ucho do aresztu, Charlie zdaje się być zagubiony, a Żydek... o przepraszam, Sol robi kasę. Doktor zaczyna poważnie chorować, jednak nijak nie wpływa to na fabułę. Jak zawsze klasę trzyma Al znacznie podnosząc poziom serialu. Pokazuje on znowu bardziej ludzkie oblicze (chociaż parę brutalnych akcji też ma miejsce) stając się łagodniejszym. Nawet miło patrzeć jak obóz się rozrasta powoli zamieniając w miasteczko z coraz to nowymi instytucjami.


   Niestety cień Hersta nad Deadwood nie nastraja pozytywnie, myślę że nie jestem jedynym, który zżył się z bohaterami i kibicował zarówno całej społeczności jak i pojedynczym jednostkom.

   Parę nowych wątków uznałem za niepotrzebne, a nawet irytujące, jak choćby trupa teatralna. Żadna z należących do niej postaci nie wzbudziła mojego zainteresowania, ani sympatii. W ogóle nie wiadomo czemu miało służyć ich przybycie, a także co łączyło ich lidera z Alem. Relacje Bullocka z żoną również nudzą, szczerze powiedziawszy obyło by się bez tego.


   Zakończenie zostaje otwarte. Szkoda że nie nakręcono kolejnego sezonu, bo po tym pozostał pewien niedosyt.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Polowanie (The Hunting Party) 1971 reż. Don Medford

   Na samym początku widzimy dwie sceny: poderżnięcie gardła krowie i sadystycznego impotenta odbywającego akt seksualny. Obrazy te znakomicie i dosadnie informują/ostrzegają nas czego możemy się po tym filmie spodziewać.


OPIS:
Przywódca bandy, Frank Calder (Oliver Reed) porywa pewnego dnia wiejską nauczycielkę (w jego mniemaniu) Melissę Ruger (Candice Bergern). Chce by nauczyła go czytać. Śladem grupy rusza mąż uprowadzonej, bogaty Brandt i jego znajomi. Uzbrojeni w nowoczesne strzelby mogą zabić człowieka z odległości siedmiuset jardów (dużo ponad możliwości broni bandytów), tym sposobem tropią i odstrzeliwują z dystansu kolejnych członków grupy. Melissa w międzyczasie zakochuje się we Franku...


   Brandt już z początku jawi nam się jako zakompleksiony furiat, ale dopiero z czasem poznajemy jego pełne oblicze i obserwujemy zachodzącą przemianę. Dla kontrastu przedstawiony jest Frank, szef bandy, człowiek brutalny, ale i delikatny, opiekuńczy w stosunku do swoich ludzi. I tak, Ruger na naszych oczach zamienia się w potwora, znęca się nad prostytutką w pociągu, a do polowania na bandytów podchodzi zupełnie serio, smakując śmierć każdego z nich i traktując zwłoki jak ciała ustrzelonych zwierząt. Żeby przedłużyć zabawę, nie zabija od razu wszystkich, a jedynie paru co jakiś czas, przywódcę zostawiając sobie na deser. Nawet jego towarzysze początkowo entuzjastycznie nastawieni do polowania (taka ekstrawagancka rozrywka dla bogatych) z czasem coraz bardziej przerażeni, w końcu się wycofują. Brandt nie bardzo się zresztą nimi przejmuje.


W tym czasie, dla odmiany, poznajemy lepiej Franka -  dba o swoich ludzi, w niebezpieczeństwie wyciąga ich rannych pod ostrzałem, opatruje i pielęgnuje. W gruncie rzeczy jest lojalny i chociaż raz na jakiś czas dopuszcza się przemocy względem Melissy czy swoich towarzyszy, to są to odosobnione przypadki.
Żeby bardziej zagmatwać sprawę, a jednocześnie lepiej ją przedstawić, warto pochylić się nad porwaną. Melissa jest twarda i wytrwała, wytrzymuje kolejne poniżenia i nie daje się złamać. Jej liczne próby ucieczki czy zabicia Franka budzą podziw. Przy okazji w jakiś sposób, trudno nie darzyć uznaniem jego wytrwałości w poskramianiu jej, a jednocześnie cierpliwości - nie wiąże, nie knebluje, nie karze (przynajmniej za ucieczki i stawianie oporu). W zasadzie trzyma luzem, łapiąc co jakiś czas. W końcu musi się narodzić miedzy nimi uczucie, na początku jest to tylko nić sympatii, ale sytuacja szybko się rozwija. I chociaż przez większość filmów wątek miłosny zupełnie nie przeszkadza, to jednak pod koniec spowalnia wyraźnie akcję.
Z pośród bohaterów jeszcze Doc Harrison, członek bandy zasługuje na przedstawienie, to dobry człowiek, który daje się lubić od samego początku. Zastanawia nawet jak to się stało, że taki poczciwina jest bandytą.


   Mnie fabuła i relacje miedzy bohaterami zaciekawiły od samego początku. I chociaż nie mamy tu dobrych i złych, a jedynie złych, to chyba jak każdy kibicowałem Frankowi i jego bandzie, nie rozgrzeszając ich z przewinień (wspólnych czy indywidualnych). Szybko też wczułem się w ich ciężką sytuację, bo wyobraźcie sobie: ścigają ich tajemniczy ludzie z niesamowitą bronią pozwalającą strzelać z dużych odległości (poza zasięgiem broni bandytów), nie ma jak się przed nimi bronić, pozostaje uciekać, a do kolejnych ataków dochodzi niespodziewanie. To może zdołować. Tym bardziej, że co jakiś czas na horyzoncie pojawia się tajemniczy jeździec, jakby dając do zrozumienia: cały czas siedzę wam na tyłku, jak mi się zachce to znowu kogoś zastrzelę.


   Od strony technicznej cud, miód, malina. Znakomite strzelaniny i charakteryzacje, cieszą szczegółami. Masakra w oazie rewelacyjna, aż skojarzyła mi się z Dziką bandą, trup ściele się gęsto i nawet slow motion zastosowali, by wzmóc efekt.

   Dalej. Często zachwycam się pięknymi zdjęciami, ale tym razem popadłem niemal w euforię. Dawno już nie widziałem tak pięknych ujęć w plenerach, szczególnie z jeźdźcami na koniach. Ich wędrówka jest wyjątkowo urokliwa i aż chce się smakować piękno przedstawionej natury. Zresztą, chyba widzicie, że nawaliłem w tego posta screenów jak głupi :D


   Ciekawy montaż ma znaczący wpływ na odbiór całości, film staje się dzięki niemu bardziej dynamiczny. Nie ma przy tym denerwujących i wprowadzających w błąd przeskoków. Całość jest bardzo sprawnie przeprowadzona.

   Scenografie, rekwizyty i kostiumy świetne, po prostu świetne. Żadnych kolorowych fatałaszków, ani pierdół w stylu hipisowskich spodni, ot zwykle ubrania typowe dla kowboi, prostu i praktycznie.


   Całości dopełnia cudowna muzyka Riza Ortolani zmarłego... 4 dni temu. Co prawda jest to głównie jeden motyw, ale wyjątkowo udany.

   Zdecydowanie polecam.



poniedziałek, 16 grudnia 2013

Tombstone 1993 reż. George P. Cosmatos

   To historia braci Earp, którzy postanawiają osiąść w miasteczku Tombstone, by zarobić duże pieniądze. Szybko dochodzą oni do zwady z grupą bandytów zwanych Kowbojami. Widząc szerzącą się przestępczość, bracia decydują się zostać szeryfami i zaprowadzić porządek. Pomaga im rewolwerowiec Doc Holliday.

   Tombstone zachwyciło mnie od samego początku sceną pod kościołem, ukazując że będzie to brutalny i widowiskowy film. Zaraz jednak nieco się zaniepokoiłem, ale i ucieszyła za sprawą obsady. Lubię Kurta Russella, ale uważam go za aktora kina akcji klasy B, wiem, wiem, może się trochę zagalopowuję, ale Russel nie należy według mnie do tej samej klasy wagowej co Schwarzenegger czy Stallone. Dalej Elliott, który jest mi aktorem nieznanym, ale spodobał mi się od pierwszego wejrzenia. W przypadku Paxtona nie byłem przekonany czy jego poczciwa i sympatyczna twarz się nadaje, ale okazało się że idealnie pasuje do przeznaczonej mu roli. No i na koniec Val Kilmer, którego uwielbiam, ale który raz ma wzloty, a raz upadki, więc nie byłem pewny co mnie spotka z jego strony tym razem. Szczęśliwie to chyba rola jego życia, ale o tym zaraz.



   Muzyka, zdjęcia, scenografia, kostiumy, efekty specjalne - wszystko to jest dopracowane i świetnie dopasowane. Gdybym nie wiedział, to rzekłbym że film ten ma nie więcej jak pięć lat. Budżet 25 mln dolarów nie wydaje się nawet taki wielki biorąc pod uwagę efekt końcowy.

   Z początku nie zachwyciła mnie postać Doca Hollidaya, ale było to tylko pierwsze wrażenie. Zaraz też Val odtwarzajacy tę rolę się rozkręcił i pokazał kawał naprawdę dobrego aktorstwa. Jego postać jest pełna wdzięku, elokwentna i dowcipna. Jednocześnie mimo iż umiera na gruźlicę to nie porzuca hulaszczego trybu życia, ani nie chcę się oszczędzać leżąc w łóżku. Co ciekawe jako człowiek mający pewne przewinienia na sumieniu jest przyjacielem dawnego (a jednocześnie przyszłego) szeryfa Wyatta Earpa. Holliday jako znakomity rewolwerowiec staje się przez to znacznym uzupełnieniem sił braci, którzy ruszają na wojnę przeciwko Kowbojom, a przy okazji wprowadza też trochę humoru i finezji. Jeśli chodzi o Wyatta Earpa, to z początku miałem mieszane uczucia ze względu na Kurta Russella i nie opuściły mnie one aż do końca filmu. Co prawda zagrał dobrze, ale... chyba wolałbym innego aktora w tej roli. Mimo to całkiem przekonująco przedstawił byłego stróża prawa, który jest przeciwny bandyctwu, ale choć świerzbią go ręce pozostaje neutralny, wychodząc z założenia, że zrobił już swoje dla ludzi i teraz powinien zadbać o siebie i rodzinę. Tym ciekawsza oczywiście staje się jego przemiana, będąca punktem zwrotnym. Idziemy dalej, zachwycił mnie Sam Elliott, z którym spotkałem się chyba po raz pierwszy. Facet ma niesamowity głos (idealny do westernu), surową i inteligentną twarz, a przy tym gra naprawdę świetnie. A Paxton? Z początku obawiałem się, że będzie miał grać twardziela, kiedy okazało się że to najmiększy z braci - chociaż pchany do działania odwagą pozostałych - odetchnąłem z ulgą. Wpasował się idealnie. Co zaś się tyczy bandytów, to dobrze się spisali, mamy dwóch (może trzech) szwarccharakterów i hordę zapitych, butnych wieśniaków, stanowiących wystarczająco duże wyzwanie dla stróżów prawa.

   Momentami film aż ocieka patosem i epickimi scenami, ale to chyba jest w nim piękne. Szczególnie druga część kiedy zaczyna się bezpardonowy odwet Wyatta chcącego zniszczyć Kowbojów. Dialogi na długo zapadają w pamięć, a utarczki słowne są równie pasjonujące jak strzelaniny.



   Jak zwykle najsłabszym punktem całego filmu okazał się dla mnie wątek miłosny - niepotrzebny i spowalniający akcję, ale cóż, Hollywood rządzi się swoimi prawami.

   Zdecydowanie polecam miłośnikom dobrych strzelanin i charyzmatycznych postaci.