Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Randolph Scott. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Randolph Scott. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 lutego 2015

Strzały o zmierzchu (Ride the High Country) 1962 reż. Sam Peckinpah

   Oglądając Strzały o zmierzchu zastanawiałem się czemu mój wybór padł na ten akurat western? Bo wiedziałem, że był jakiś powód, ale o nim zapomniałem. I dopiero teraz grzebiąc po Filmwebie widzę: Sam Peckinpah. Taaa, po prostu byłem ciekawy :)

   Z początku zdaje się być kolejnym nudnym i typowym przedstawicielem gatunku jaki znać możemy z lat 50', ale z biegiem akcji całość nabiera rumieńców. Bo oto podstarzały Steve Judd (Joel McCrea), były szeryf podejmuje się przewiezienia złota z gór do banku. Do tej niebezpiecznej misji zatrudnia swojego kumpla Gila (Randolph Scott), również byłego stróża prawa i jego towarzysza Hecka (Ron Starr), młodego, narwanego i aroganckiego typka. Steve nie zdaje sobie sprawy z tego, że współpracownicy zamierzają ukraść złoto. Sytuacja komplikuje się, gdy trafiają na ranczo fanatyka religijnego i tam dołącza do nich jego córka mając już dość zaborczego ojca.

Ride the High Country

   Mocną stroną tego westernu jest niesztampowe ukazanie postaci, bo chociaż na pozór schematyczne (narwany młodziak i dwóch starych rewolwerowców) nie są ani do końca złe, ani dobre. Czarne charaktery z czasem przeistaczają się w bohaterów, których trudno ocenić. Z jednej strony pozostają złodziejami, ale z drugiej dżentelmenami opiekującymi się damą i lojalnymi przyjaciółmi. To po prostu porządni ludzie, którzy zbłądzili i... chyba nawet jakby nie wrócili na właściwe tory to i tak ciężko by ich potępiać.

Ride the High Country

   Honor, bohaterstwo, szlachetność i przyjaźń wypełniają tę historię, aczkolwiek nie w sposób nachalny. Trudna droga przez góry i lasy gdzie na podróżnych czyhają różne niebezpieczeństwa wystawia bohaterów na próbę, bo nawet straciwszy do siebie zaufanie (gdy Steve odkrywa spisek towarzyszy) muszą je szybko odbudować, by przeżyć w starciu z niebezpieczniejszymi przeciwnikami.

   Trochę drażnił mnie nadmiar cytatów z Biblii, przy czym bohaterowie nie sprawiali wrażenie szczególnie religijnych. Aż się zastanawiałem czy aby scenarzyście nie brakło pomysłów na dialogi i stąd ta szermierka Słowem Bożym :D Nie wiem jak to brzmiało w oryginalne, ale w polskim tłumaczeniu momentami robiło się dość drętwo.

   W każdym razie na Strzałach o zmierzchu bawiłem się nawet nieźle, chociaż momentami akcja trochę zwalniała, co może mnie nie rozczarowało, ale liczyłem na więcej.

Ride the High Country

piątek, 7 marca 2014

Rewolwerowcy (Gunfighters) 1947 reż. George Waggner

   Rewolwerowcy to film mało znany i raczej nisko oceniany. Ale i takie należy zobaczyć przemierzając Dziki Zachód, więc nie wybrzydzając zasiadłem przed monitor :D

OPIS:

   Rewolwerowiec Brazos Kane (Randolph Scott) przyjeżdża do swojego przyjaciela, ale okazuje się, że ten został zabity. Kane rozpoczyna prywatne śledztwo i przy okazji zostaje wrobiony w morderstwo.

Wrażenia estetyczne przede wszystkim.

   Po pierwsze: kolory w filmie z 1947 roku? Łał. Jestem pod wrażeniem. Dzięki temu mogłem bardziej nacieszyć oczy niesamowitymi krajobrazami, które rzecz jasna widziałem w wielu innych westernach, ale i tak zawsze mnie radują. Zdjęcia i montaż są całkiem niezłe, a momentami byłem wręcz zaskoczony jak dobrze nakręcono sceny pościgów nadając im sporo dynamiki, poprzez dobrą pracę operatorów i montażystów. Całości dopełnia śliczna muzyka, taka typowa, po prostu.

   Kostiumy trochę mnie rozbawiły. Nie były najgorsze, o nie, ale momentami miałem wrażenie, że bardziej pasowałyby na figurki kowbojów made in China, którymi bawiłem się w dzieciństwie. A jeśli już przy tym jesteśmy to jeszcze kobiece fryzury, były chamsko typowe dla amerykańskich kobiet lat 40' i 50' XX wieku, ale nie poprzedniego stulecia. Że o zbyt dużej ilości makijażu nie wspomnę...

Bajki dla grzecznych chłopców.

   Co do fabuły to jest już gorzej. Od samego początku się we wszystkim gubiłem, kto kogo wkręca, kto z kim kręci, itd. Mętlik pozostał mi w głowie do samego końca. Zresztą historia jest wyjątkowo naiwna, bo oto przybywa do miasteczka rewolwerowiec, który postanowił więcej nie tykać broni, bo nie chce czynił nikomu krzywdy. Jasne, Eastwood w Bez przebaczenia miał podobnie, ale nie odstawiał jakiegoś pieprzonego świętoszka. I tak, wiem że to klasyczny western i tak się wtedy robiło, niemniej wkurzają mnie te pierdoły.

   W ogóle sporo jest moralizatorskiego bełkotu. Główny bohater co i rusz wali jakieś banały czy to do siebie czy do innych, albo dla odmiany rzuca oczywistymi oczywistościami, komentując również to co widz sam może zobaczyć (ale jakby przeoczył, to usłyszy). W gruncie rzeczy jednak, to miło się typa słucha, jak jakiegoś dziadka-bajkopisarza.

A może dla grzecznych dziewczynek?

   Dialogi ssą, będąc sztucznymi jak szczęka mojej babci-cioci. Dobrzy bohaterowie są tak szlachetni i romantyczni, że aż ma się ochotę palnąć jednego i drugiego patelnią przez łeb. Chociaż może lepiej nie, bo jeszcze by walnęli kolejną gadkę moralizatorską. Źli zaś ociekają przebiegłością i nikczemnością, wyszkoleni na Obozie Treningowym Szwarccharakterów im. Don Pedra "Karamby". W ogóle w filmie ukazano mnóstwo niesprawiedliwości społecznej i strachu przed tym co przyniesie przyszłość.

   Atmosfera przez cały film utrzymuje się jednakowa, jedynym co się zmienia jest akcja. Z początku całkiem dynamiczna, od połowy przyhamowuje, by przy końcu tylko się wlec. Jak już pisałem sceny pościgów są w porządku, strzelaniny z przymrużeniem oka ujdą, jednak bójki na pięści wyglądają komicznie.

   Całość okraszona pięknym love story (jakby inaczej), słodkim aż do obrzygania. Są miłość, pożądanie, namiętność, zdrada i gorące pocałunki.


Amerykańska miłość do broni niezmienna.

   Ukazany jest kult rewolwerowca, chociaż przejaskrawiony strasznie. To akurat całkiem ciekawe, ale i w pełni zrozumiałe biorąc pod uwagę, że gatunek przeżywał wtedy swoje najlepsze lata. Faceci strzelają się dla przyjemności, a każdy chce zmierzyć się z najlepszym, by samemu zostać najlepszym i później nie zaznać spokoju, będąc dręczonym przez kolejnych chętnych do tytułu najlepszego. Z tego błędnego koła wyrywa się Brazos i robi co może, by powstrzymać przed wstąpieniem na tą drogę pewnego narwanego młodzieńca (postać z charakteru i wyglądu a'la idol młodzieży wczesnych lat 50'). Taki z niego byczy chłop!


   Podsumowując: Rewolwerowcy to film dla wytrwałych.