Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indianie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indianie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 kwietnia 2016

Slow West (2015) reż. John Maclean

   Coś nawet sporo ostatnio westernów, które odzierają Dziki Zachód z całej jego romantycznej otoczki. Dopiero co była Eskorta Tommy Lee Jonesa, gdzie bohaterowie przemierzali surowe i bezkresne zachodnie terytoria spotykając się po drodze jedynie z przemocą, biedą i marazmem. Obraz daleki od tego czym przez dekady karmiły nas westerny. A to cały czas historie ludzi, którzy jechali tam w poszukiwaniu lepszego życia.


   Nie inaczej jest w Slow West, główny bohater wyjechawszy ze Szkocji w pogoni za ukochaną  przemierza zupełnie inny świat, niemal dziewicze tereny, na których ze świecą by szukać w miarę cywilizowanych ludzi. Po drodze spotyka spalone wioski Indian, których zrezygnowane i bezsilne kobiety uchodzą z dziećmi, podczas gdy biali łowcy urządzają po lasach polowania na ich mężczyzn. To już nie ci czerwonoskórzy wojownicy, którzy dawniej byli postrachem kolonistów, a później Amerykanów. W tych czasach, a mamy rok 1870, wielu pogodziło się już z losem i żyją w rezerwatach, a inni starają się jeszcze zachować wolność, choć ich dni zostały już policzone.


   Indianie to nie jedyny smutny obrazek tej pięknej, lecz surowej krainy. Zdarzają się też złodzieje, którzy kradną z głodu, biedy, braku innych możliwości. Niektórzy zostawiają swoje ofiary przy życiu, inni choć wbrew sobie gotowi są zabić, a są i tacy, dla których ludzkie życie nic nie znaczy. Także mimo iż ciężko kogokolwiek spotkać na tym odludziu to i tak lepiej unikać obcych. Nawet jeśli, jak nasz nastoletni bohater, ma się doświadczonego przewodnika. Po drodze prócz niebezpiecznych zdarzają się też zwyczajnie dziwne postaci, jak choćby trzech Murzynów śpiewających na totalnym zadupiu o miłości. Wybijając na bębnach afrykańskie rytmy zupełnie nie pasują do tego miejsca. Podobnie zresztą jak biali.


   Tytuł Slow West może nieco mylić, co prawda akcja nie pędzi tutaj na łeb, na szyję, a niektóre sceny trwają naprawdę długo, ale fabuła zapewnia odpowiednio dużo zwrotów akcji i dramatycznych momentów. My zaś nie bombardowani ciągłymi strzelaninami i pościgami mamy szansę wczuć się w sytuacje bohaterów, którym przychodzi mierzyć się z siłami przyrody i nieprzyjaznych ludzi. No i oczywiście możemy rozkoszować się krajobrazami, pięknymi i jak widać na pierwszy rzut oka nieprzypadkowymi.

   Duet głównych bohaterów to pewna zagadka. Młody Jay Cavendish jest tak mocno nieogarnięty i naiwny, że aż uroczy. Jednocześnie cała ta draka ze ściganiem ukochanej przez ocean i obcy kontynent skłania do pytania czy ten dzieciak jest aż tak głupi, czy to może aby ostatni wielki romantyk na kuli ziemskiej. A choć wydaje się to niemożliwe to jego przewodnik Silas Selleck stanowi jeszcze większą zagwozdkę. Niejasnym jest skąd się wziął u boku młodzieńca, a jeszcze bardziej czemu tak ochoczo mu pomaga, wykraczając momentami poza rolę przewodnika, a zbliżając się bardziej do ojca. Ta podróż to dla niego zdecydowanie coś więcej niż pięćdziesiąt dolarów z góry i drugie pięćdziesiąt po robocie. Na pierwszy rzut oka widać, że to facet z przeszłością i co dziwne porządny gość. Takie połączeni czyni ich duet naprawdę wyjątkowym pośród otaczających dziwaków, desperatów i degeneratów.

   Ach! I prawie bym zapomniał. Muzyka. Smutna, przeciągająca się, w jakiś sposób podobna do kompozycji Mihaly'a Viga, którego utwory znam z filmów Beli Tarra. Tutaj idealnie komponowała się z obrazem i toczącą się akcją, mimo iż różna od typowych westernowych motywów.


sobota, 12 grudnia 2015

Bone Tomahawk (2015) reż. S. Craig Zahler


   Różne westernowe wariacje już spotkałem. Byli kosmici, zombie, alternatywne światy, androidy, dinozaury... długo by wymieniać, w każdym razie zdążyłem się już otrzaskać z nietypowymi próbami uatrakcyjnienia gatunku. Bone Tomahawk pod pewnymi względami należy do tej grupy, bo tu grupie śmiałków z niewielkiego, typowego dla Dzikiego Zachodu miasteczka, przychodzi zmierzyć się z grupą kanibali.

   Pomysł kapitalny, a jednak niekoniecznie nierealny. Bo przecież w czasach kolonizacji zachodnich terenów, rząd tylko formalnie sprawował władzę nad całością ziem nią mając możliwości pełnej kontroli. Skoro więc swobodnie pałętać się mogli po bezdrożach czerwonoskórzy, którzy opuścili rezerwaty, bandyci, czy włóczędzy, to czemu nie miałoby w tym świecie być miejsca dla odizolowanego, niewielkiego prymitywnego plemienia, z którym nawet Indianie.


   Pomysł to najmocniejszy filar tej produkcji, na którym opiera się całość, ale jest jeszcze które również wyszły z korzyścią dla całości. Po pierwsze obsada. Bone Tomahawk nie należy do głośnych i drogich produkcji, ale Kurt Russel czy Matthew Fox nie pojawili się tu jedynie, by użyczyć nazwiska. Pierwszy odegrał świetną rolę szeryfa, twardziela, choć nie tak wymuskanego jak Wyatt Earp w Tombstone. Fox z kolei odstawił bezwzględnego, cynicznego i zadufanego w sobie mądralę, co było o tyle niebezpieczne, że mógł w ten sposób zrazić do siebie sympatię widzów. I tu niespodzianka, bo nic takiego się nie stało, jego John Brooder nie da się nie lubić i dla mnie stał się dowodem na to, że najwyższy czas przestać patrzeć na Foxa przez pryzmat aktora serialowego. Do tego wspomnieć muszę jeszcze zupełnie mi nie znanego do tej pory Patricka Wilsona, który spisał się równie dobrze jak jego sławniejsi koledzy i chętnie zobaczę go znów w podobnej roli. Zaś Richard Jenkins wcielający się w postać zastępcy szeryfa (odnoszę wrażenie, że mocno inspirowany Stumpy'm z Rio Bravo) wprowadza dodaje całości kolorków wprowadzając sporą dawkę humoru, swoim pierdołowatym zachowaniem, nieumiejętnością milczenia i nietrafionymi komentarzami, jednocześnie zaś ujmuje wielkim sercem, życzliwością i lojalnością wobec towarzyszy.


   Ciekawi bohaterowie i dobry scenariusz to jednak jeszcze za mało, by film się udał, szczególnie western, będący dość specyficznym gatunkiem. I tu dochodzi nam kolejny mocny filar podtrzymujący sukces Bone Tomahawk - zdjęcia. Może nie takie na Oscara, ale i tak bardzo dobre. Surowy teren pokazany w równie surowych barwach wręcz odpycha, można poczuć w jak nieprzyjaznym miejscu przyszło bohaterom żyć i wędrować. Scenografie i kostiumy skromne, wręcz biedne i właśnie doskonale uzupełniające pełny obraz.

   Ten seans dostarczył mi naprawdę wiele satysfakcji. Dostałem dobre kino, które przypadło do gustu również małżonce, a ona nieszczególnie przepada za westernami. I co ważne film nie jest przekombinowany, może raz czy dwa zdarzają się rzeczy, które można by określić lekkim przegięciem, ale poza tym jest naprawdę ok.


niedziela, 6 września 2015

Człowiek zwany koniem (A Man Called Horse) 1970 reż. Elliot Silverstein

   Westerny skupiające się niemal wyłącznie na Indianach, czy też takie których akcja rozgrywa się w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku, należą do rzadkości. Człowiek zwany koniem to historia młodego angielskiego arystokraty Johna Morgana, który znudzony życiem w bogactwie postanawia szukać przygód w Ameryce. Od razu zaznaczyć trzeba, że robi to w kontrolowanych warunkach - z pomocą i opieką wynajętych ludzi.

   John nie ma jednak szczęścia (a może ma?), bo napadają na nich Indianie i tylko on zostaje zachowany z życiem, ale... w roli konia matki wodza. Stara się uciec, co każdorazowo kończy się niepowodzeniem. Po którejś takiej próbie Anglik decyduje się poznać obyczaje Indian i uśpić ich czujność. W międzyczasie zaczyna rozumieć i szanować ich kulturę, a oni powoli i niechętnie pozwalają mu stać się członkiem ich społeczności.

   Barwnie ukazano tu kulturę i obyczaje Indian, zupełnie jak w Tańczącym z wilkami. Twórcy nie ukrywają, że ich zwyczaje bywały okrutne (inicjacja wojowników, pozostawianie staruszek na głodową śmierć), a oni sami nieco dzicy, ale mimo to pokazani są tu w pozytywnym świetle. To ludzie którzy wyznają inne wartości, ale da się ich zrozumieć, można się wczuć w ich rolę, czego nie można już powiedzieć o islamistach (wybaczcie ten wkręt, nie mogłem sobie odpuścić).

   Pewnym minusem jest scenariusz, przez który momentami film jest zwyczajnie nudnawy. Nadrabia to kapitalny wątek główny, ale chwilami czuć, że zbiera się na ziewanie.


sobota, 29 sierpnia 2015

Eskorta (The Homesman) 2014 reż. Tommy Lee Jones


   Dzień dobry, cześć i czołem :D Witam Was w drugim dniu urlopu. Inauguracyjne chlańsko już za mną, więc mogę się wreszcie poświęcić filmom i książkom. Dzisiaj Eskorta, dzieło którego powstanie zarejestrowałem i jak zawsze zanotowałem sobie, by obejrzeć w późniejszym terminie. Pewno długo by to jeszcze nie nastąpiło, ale żona wyczaiła, że grają w kinie i postanowiła mnie na to wyciągnąć. Wątpię by interesował ją ten tytuł, raczej chciała mnie po prostu gdzieś zabrać i uznała, że westernowi się nie oprę. Sprytna bestia...


   Mary Bee Cuddy wioząca trzy wariatki z Nebraski do Iowy to kobieta zaradna, uparta i inteligentna. Można by powiedzieć perełka na zadupiu wśród prostackich farmerów i bezmyślnych starych kwok. A jednak Mary ma problem, ze względu na swoją inność nikt jej nie chce, a ona powoli zamienia się w starą pannę. Czy to desperacja w szukaniu męża, czy też chęć zaimponowania sąsiadom, w każdym razie Mary decyduje się przetransportować chore psychicznie kobiety, ale na wyprawę bierze ze sobą napotkanego z pętlą na szyi Georga Briggsa, któremu darowuje życie w zamian za pomoc. Podstarzały pijak sprawia z początku wrażenie nieogarniętego głupka, ale z czasem pozwala poznać ukryte talenty i bagaż życiowego doświadczenia, tak przydatne w długiej i niebezpiecznej trasie, na której przyjdzie bohaterom spotkać Indian, łajdaków czy inne trudności w postaci zimna i głodu.




   Swank i Jones to znakomity duet. Ona pobożna, ułożona i zasadnicza, on leniwy złośliwiec, z niechlubną przeszłością, którą powoli poznajemy. Dzięki niej z biegiem podróży uszlachetnia się, jednak co chwilę upada, szczególnie w momentach, gdy nie ma przy nim towarzyszki. Nie chcę spojlerować, ale napomknę tylko, że Briggs mimo narastających trudności kontynuuje swoją misję co oczywiście zasługuje na pochwałę, ale w tym samym czasie w brutalny sposób zabija w odwecie ludzi, chociaż kara jest zupełnie nieadekwatna do winy. Przyznać trzeba, że jego postać z początku niepozorna, zaskakuje przy bliższym poznaniu. Jednocześnie trudno go nie lubić, chociaż momentami odstręcza.


   Eskortę warto obejrzeć również dla pięknych zdjęć. Jak okiem sięgnąć wszędzie rozległe przestrzenie prerii i bezkresnego nieba. Niby nudna sceneria, a aż trudno uwierzyć ile się na niej może wydarzyć (z reguły zła). A fabuła co trzeba przyznać, trudna jest do przewidzenia i nieraz zaskakuje.



czwartek, 11 czerwca 2015

McLintock! (1963) reż. Andrew V. McLaglen



   A przechodząc do głównego tematu tego wpisu, zawsze powtarzam, że miks westernu z komedią to ryzykowna i niełatwa do zrealizowania kombinacja. McLintock! szczęśliwie należy do grona tych udanych. Siłą napędową tego filmu jest Wayne w tytułowej roli, który choć zawsze bezbłędny tu przeskoczył nawet sam siebie. Jego McLintock to postać wyjątkowa, z jednej strony surowy i budzący podziw bogacz, a z drugiej uczciwy i sympatyczny facet, momentami nawet komiczny, po paru głębszych. A ta właśnie jego słabość jest motorem dla zabawnych scen z udziałem żony i pracowników.

   To miła odmiana po krwawych rąbankach we włoskim wydaniu. I chociaż akcja mogłaby się rozgrywać w innych czasach i miejscu to dobrze, że tak się nie stało. Z całą tą westernową otoczką, z klasycznym miasteczkiem, ze stadami bydła i z udziałem Indian McLintock! przypomina, że Dziki Zachód to nie tylko strzelaniny i napady na bank.


   A prócz McLintocka mamy tu wiele innych barwnych postaci, z których nudni są jedynie jego córka i zakochany w niej młodzian. Pozostali to prawdziwa parada indywiduów, jest żona odstawiająca wielką damę, a jednocześnie zdająca się mieć talent do dokuczania mężowi, jest strojący fochy i narzekający złe obyczaje Chińczyk, jest zakręcony wódz Indian snujący się ze swoimi ludźmi w poszukiwaniu whisky i wiele innych ciekaw osób, a każda (no może prócz barmana) całkowicie zależna od McLintocka.

   Oby więcej takich filmów :)

sobota, 11 kwietnia 2015

Jesień Czejenów (Cheyenne Autumn) 1964 reż. John Ford

   Mój ojciec też lubi westerny, chociaż bardziej skłania się ku tym klasycznym made in America z lat 50' i 60'. Siłą rzeczy coś mi tam czasem podsunie, a ja z ciekawości obejrzę i dobrze, bo sam z siebie odkładałbym to latami.

   Film opowiada historię Czejenów, którzy osadzeni w rezerwacie gdzieś na pustyni jednego z południowych stanów postanawiają wrócić na swe rodzime ziemie po tym jak amerykański rząd kolejny raz ich lekceważy i nie dotrzymuje złożonych obietnic. Ich droga wiedzie przez pół Stanów Zjednoczonych namnażając kolejne trudności w postaci braku pożywienia, zasadzek które trzeba ominąć czy w końcu zimna im bardziej na północ.

cheyenne autumn

   To zdecydowanie film z tych co to ładne, z rozmachem i w ogóle. Tym bardziej więc zaskakuje, że rozlicza się z mroczną kartą amerykańskiej historii, szczególnie że John Ford w swoich starszych filmach nie był raczej łaskawy dla czerwonoskórych.

   Jesień Czejenów to film trwający dwie i pół godziny co ma swoje złe i dobre strony. Z tych złych to oczywiście to, że mimo ciekawej fabuły po dwóch godzinach zaczyna się dłużyć. Rozdęcie to można jednak wytłumaczyć, bo cały ten czas został zapchany sporą ilościa treści, które pozwalają nam szerzej spojrzeć na Stany Zjednoczone lat 70' XIX wieku. Indianie na swej drodze spotykają zarówno dobrych Amerykanów, którzy starają im się ulżyć w ciężkim marszu i pomóc w osiągnięciu celu jak i ze zwiezęconych kowbojów żądnych krwi. Podobnie z wojskowymi, z którymi przychodzi im mieć do czynienia, jedni rozumieją Indian i celowo dywersyfikują swoją pracę, podczas gdy inni chorobliwie trzymają się regulaminu lub zwyczajnie korzystają ze stanowiska, by dać upust własnej nienawiści do czerwonoskórych.

cheyenne autumn

   Tak czy inaczej Ford dość uczciwie pokazał ludzi, po obu stronach dzielących się zarówno na dobrych jak i na złych. A góruje nad nimi wszystkimi amerykański rząd, zepsuty do szpiku kości, ale... z jednym sprawiedliwym w swych szeregach. Zresztą Ford jest tu strasznie cięty nie tylko na możnych, ale i społeczeństwo w ogóle, bo prócz pochylania się nad pokrzywdzonymi Indianami, wytyka również rabunkową gospodarkę pokazując efekt masakry stada bizonów. A głupie amerykańskie społeczeństwo w tym czasie sprowadza wszystko do taniej sensacji, przemieniając niewielką potyczkę wojska z Indianami w krwawą masakrę w czasie której wyrżnęli w pień ponad setkę Bogu ducha winnych białych.

   Taaa, tak to wygląda i tu niestety nastepuje pierwszy zgrzyt, bo jest zbyt sztampowo. Źli są zbyt źli, a dobrzy nazbyt dobrzy, owszem są wyjatki, jak główny bohater, który przez długo się waha, ale nie zmienia to faktu, że otrzymujemy kilka mocno łopatologicznych scen, aczkolwiek może tak trzeba było mówić do amerykańskiego widza w czasach, gdy na ekranach nadal w większości królowali dzicy Indianie i cywilizowani biali.

cheyenne autumn

   Szczególnie zaskoczył mnie tu i ucieszył polski wątek, raczej nie zepsuję nikomu kto nie widział zabawy, jeśli zdradzę, że jednym z żołnierzy jest imigrant z Polski, sierżant Wichowski. Klawy chłop, chociaż który lubi sobie popić. To stereotypowe podejście do Polaków mogłoby być pewnym zgrzytem, gdyby nie to, że Wichowski okazuje się najporządniejszym z całego oddziału, odwołując się do smutnych wspomnień z ojczyzny uciskanej przez zaborców. Druga rzecz, że dla kontrastu pojawia się oficer Niemiec, regulaminowy do obrzygu, a mimo to znalazłszy się w ślepym zaułku również sięga po butelkę, co jednak kończy się dla niego gorzej niż dla Polaka.

cheyenne autumn

   Powyższe to tak z ciekawostek, podobnie jak warto zwrócic uwagę na postaci Wyatta Earpa i Doca Hollidaya, które wypadają tu chyba najsłabiej ze wszystkich westernowych odsłon, które z nimi widziałem. Inna rzecz, że ich sekwencja to akurat komiczny fragment filmu, o dziwo mimo poważnego tonu całości całkiem śmieszny.

   Naprawdę kawał dobrego kina, które moge śmiało polecić każdemu miłośnikowi westernów czy po prostu filmów historycznych. A do tego świetny materiał na remake :)


cheyenne autumn

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Kowboje i obcy (Cowboys & Aliens) 2011 reż. Jon Favreau

   Było ostatnio parę klasyków to czas na coś innego, przed Państwem kolejna ciekawostka, a mianowicie western sci-fi o jakże wdzięcznym tytule Kowboje i obcy! I bynajmniej nie chodzi tu o imigrantów z Chin czy Rosji, a o prawdziwych ufoludków :D

   Jak dla mnie już sam ten surowy koncept wydał się arcyciekawy. Nieczęsto możemy obejrzeć film o kosmitach, którego akcja rozgrywa się w przeszłości. A przecież czemu nie? Ludzkość z reguł przedstawia się jako zacofaną technologicznie w stosunku do obcych. W takim kowboje ze strzelbami, czy myśliwce F-16, nie powinno to robić przybyszom z gwiazd różnicy.

cowboys & aliens

   I chociaż ogólny zamysł filmu znamy od samego początku i już na tym etapie mocno działa on na wyobraźnię pobudzając ciekawość, to początek okazuje się dodatkowo bardzo tajemniczy i intrygujący. Bo oto na środku pustkowia widzimy samotnego mężczyznę, jest zdezorientowany, a na reku ma dziwną bransoletę. Po chwili podjeżdża do niego trzech mężczyzn z ewidentnie złymi zamiarami. Nasz tajemniczy koleś rozwala ich niczym jakiś Kapitan Ameryka i rusza przed siebie szukać odpowiedzi na kłębiące się mu w głowie pytania.

cowboys & aliens

   Niezły początek, a właściwie super przedstawienie nam głównego bohatera. Niestety już w tym momencie twórcy sugerują nam, że facet dysponuje jakimiś nadludzkimi zdolnościami, co nie znajduje później sensownego wytłumaczenia i jest pewną ślepą uliczką, w którą zabrnęli twórcy, po czym jakby zupełnie to olali. Niby drobiazg, a kole w oczy.

   W każdym razie oddalę się chwilowo na bardziej bezpieczne pola. W czasie moich ostatnich westernowych seansów naoglądałem się i nasłuchałem klasycznych westernowych motywów, fajna sprawa, nie powiem, ale niewiele tu brakuje do przesytu. Dlatego też Kowboje i obcy dali mi trochę świeżego wytchnienia. Zdjęcia są fantastyczne, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę, że możemy popatrzeć na epickie zmagania jeźdźców z latającymi pojazdami bojowymi obcych. W tle całkiem zacne utwory pasujące do gatunku, ale jednocześnie odróżniające się od starych, znanych szlagierów. Jak dla mnie całkiem fajny sposób przedstawienia Dzikiego Zachodu.

cowboys & aliens

   Wracając do fabuły, nieźle ją skubańce przemyśleli, bo... no właśnie, nie chciałbym tu za bardzo spojlerować. Akcja zawiązuje się nadzwyczaj długo, ale nie jest to czas stracony. W każdym razie, kiedy już całość się rozkręca to dowiadujemy się, że kosmici mają swoje plany w stosunku do ludzkości i Ziemi. Grupa kowbojów postanawia te plany pokrzyżować i rusza przeciwko nieznanemu. Jest napięcie, są i ciekawe postacie podkręcające atmosferę.

cowboys & aliens

   Szczególne ukłony w stronę Harrisona Forda, zawsze kojarzył mi się z całkiem sympatycznym typem, a tu wykreował niezłego skurwiela. Craig również dał z siebie sporo, mając chyba cięższe zadanie, bo zagrać musiał kompletnie zdezorientowanego typa. Szkoda mi tylko Rockwella, ucieszyłem się na jego widok i liczyłem że wcieli się w rolę jakiegoś szajbusa, a tymczasem został nudnym doktorzyną, który co prawda czyni pewne postępy w zostaniu twardzielem na miarę swych towarzyszy, lecz koniec końców pozostaje szarym ludzikiem na uboczu.

   Podsumowują Kowboje i obcy to niezłe widowisko z paroma nieścisłościami, które nie powinny Wam jednak przeszkadzać. Wystarczy dać się ponieść tej fantastycznej historii ;)

cowboys & aliens

wtorek, 25 listopada 2014

Burrowers (2008) reż. J.T. Petty

   Gdyby nie to, że Burrowers ściągnąłem wcześniej, to raczej bym go nie zobaczył, bo Gallowwalkers mocno obrzydziło mi miksowanie westernu z horrorem. Jak to jednak mówią głupi ma szczęście i z historii o nieumarłych bandytach z Katolickich Stanów Zjednoczonych przeskoczyłem na prawdziwy Dziki Zachód z potworkami, które na siłę można by nawet podciągnąć pod jakieś kryptydy, a tym samym moja wiara w horrorowy western wróciła jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

   Gdzieś na zadupiu Ameryki (terytorium Dakoty) dochodzi do tajemniczego mordu na rodzinie farmerów. Czworo Bogu ducha winnych istotek zostaje pozbawionych życia w okrutny, lecz dziwny sposób, a sześcioro innych uprowadzonych. Oddział kawalerii i grupka miejscowych rozpoczynają śledztwo, które naprowadza ich na trop Indian. Zaraz też udają się na ich terytorium, by odbić lub chociaż pomścić swoich ziomków. Po drodze dochodzi do serii tajemniczych wypadków, przepada kilku żołnierzy. Kowboje odłączają się od oddziału zostawiając jego dowódcy uganianie się za ubzduranymi Indianami, a sami ruszają właściwym tropem.


   Musze powiedzieć, że fabuła jest naprawdę niezła. Tajemniczość sprawy i jej mroczny klimat znakomicie budują napięcie, wciągając coraz bardziej w tę niezwykłe wydarzenia. Dobrze zagrane postacie tworzą również ciekawy kalejdoskop, bo oto mamy nadętego dowódcę kawalerii o sadystycznych skłonnościach, doświadczonego kowboja popychanego do całej draki chęcią przypodobania się pewnej damie, dalej kolejnego dżentelmena, któremu porwano narzeczoną i czarnego kucharza, będącego po prostu poczciwym chłopem. Po drodze dochodzą jeszcze Indianie, ich wątki są raczej epizodyczne, ale bardzo istotne dla narracji i dodające całej historii smaczku. Co ważne film obył się bez wielkich nazwisk, kilka twarzy jest i owszem znajomych, ale to nie gwiazdy czerwonego dywanu, a mimo to sprawili się rewelacyjnie. Zresztą widać, że budżet w ogóle nie był tu za wysoki, a mimo to wszystko zrobione jest przyzwoicie i solidnie.


   Historia jest naprawdę dobrze opowiedziana. Nie mamy tu żadnych motherfuckerów tylko zwykłych ludzi, tym groźniej więc wypada ich starcie morderczymi potworkami. Poznajemy ich motywacje i wątpliwości, a także typowo ludzkie słabości, bez nadętej bohaterszczyzny i niesamowitych wyczynów. Co ważne nie ma love story, a miłość która się pojawia jest jedynie motywacją jednego z bohaterów. I to właśnie tworzy napięcie, jest trochę straszno, ale bez zahaczania o kicz. Nie powiem żeby można się zżyć z którymś z bohaterów, ale trudno też pozostać obojętnym na ich losy. W sumie taki trochę Park Jurajski.

   Za raptem 7 mln $ twórcy dają nam prócz powyższych ładne zdjęcia, których nie powstydziłby się żaden western, dobrze wyglądające i nie przekombinowane kostiumy, no i do tego ciekawe potwory, a nie żadne tam pikselowe pokraki. A w tle całkiem przyjemna muzyczka. Da się? Da się. To dowód na to, że możliwe jest kręcenie niskobudżetowych filmów rozrywkowych w niczym nie ustępujących blockbusterom. Dla porównania wspomniany wyżej Gallowwalkers miał budżet 17 mln i wyszedł z tego jakiś niestrawny dziwoląg.

   Zdecydowanie polecam Burrowers, dobry, nie przekombinowany western z dreszczykiem emocji :)

czwartek, 17 lipca 2014

Maverick (1994) reż. Richard Donner

   Do westernów z lat 90' podchodzę ze sporym entuzjazmem, gdyż na kinie tamtej dekady się wychowałem i darze je sporym sentymentem. A że nie był to lata łaskawe dla kowbojów, tym większy mam szacunek do każdej produkcji, która powstała.

OPIS:

   Pokerzysta Bret Maverick (Mel Gibson) wybiera się na turniej pokera z nadzieją zdobycia pół miliona dolarów głównej nagrody. W drodze dołączają do niego prostytutka Annabelle (Jodie Foster) i szeryf Cooper (James Garner). Po drodze przychodzi im się zmierzyć z rozmaitymi niespodziewanymi problemami.



   Moje początkowe obiekcje budził Gibson, którego lubię, ale za nic nie pasował mi do westernu. Szybko jednak się do niego przekonałem, ze względu na komediowy charakter, w którym on odnajduje się całkiem nieźle z charakterystyczną dla siebie lekkością i beztroską. Aczkolwiek nie stworzył tak barwnej postaci jak Kilmer w Tombstone, czy Costner w Silverado.O role Garnera i Coburna nie musiałem się martwić, gdyż gwiazdy takiego formatu już samymi swoimi nazwiskami uświetniły ten film, dalej potwierdzając tylko swój talent i przypominając, że na Dzikim Zachodzie czują się jak ryby w wodzie. No i oczywiście Graham Greene... Jego rola tutaj to prawdziwa perełka, o ile Gibson bawił mnie raz za razem, to Greene tą rolą na zawsze wrył mi się w pamięć, ze swoimi dosadnymi, ironicznymi komentarzami. I mógłbym tak chwalić wszystkich, ale jeden zgrzyt się trafił, a mianowicie Jodie Foster, niby wszystko fajnie, ale dziewczynie zabrakło charyzmy, a może wypadła blado ze względu na taka plejadę gwiazd?


   Z początku nie byłem zbyt zadowolony, owszem Gibson cudnie się wydurniał i w ogóle fabuła zapowiadała się ciekawie, ale gra aktorska była jakaś sztuczna, a sceny jakby łączone na siłę. Stan ten szybko się zmienił, gdy akcja nabrała rozpędu, a kolejne postacie wkroczyły na scenę. Nie jest to może tak powalający film jak Tombstone, ale zapewnia całkiem niezłą rozrywkę i nie pozwala się nudzić.


   Najciekawszy dla mnie okazał się wątek Indian, przedstawiono ich tutaj z humorem i w pozytywnym świetle, nie zakrawając przy tym o martyrologię. Plemię poznajemy głównie przez osobę Josepha (Graham Greene), ale zdaje się on być modelowym egzemplarzem. Swoja osobą udowadnia, że Indianie to nie dzikusy, ani nawet ludzie wolący żyć w zacofaniu, a po prostu przedstawiciele innej kultury. Jego przyjaźń z Maverickiem zaś to świadectwo na to, iż gdyby Amerykanie chcieli to bez problemu znaleźli by wspólny język z Indianami i obie strony mogłyby pokojowo koegzystować.


   A do tego świetne scenografie, plenery, kostiumy, rekwizyty, bla, bla, bla...

   Polecam :)


wtorek, 8 lipca 2014

Mały Wielki Człowiek (Little Big Man) 1970 reż. Arthur Penn

   Praca i ciągłe chlańsko nie służą prężnej działalności bloga :D

OPIS:

   Stu dwudziestoparoletni Jack Crabb (Dustin Hoffman) opowiada dziennikarzowi historię swojej młodości w burzliwych czasach Dzikiego Zachodu.


   To chyba jeden z niewielu filmów, który daje tak szerokie spojrzenie na świat Dzikiego Zachodu. Poznajemy między innymi środowisko Indian w różnych okresach, od czasów kiedy mogli cieszyć się wolnością, przez powolne ograniczanie ich praw i terenów, po końcową eksterminację. Poznajemy też życie osadników w miasteczkach i na odludziach. Sporo uwagi poświęcone jest typowym i barwnym postaciom wchodzącym w skład tych społeczności: rewolwerowcom, oszustom, pijakom, czy prostytutkom. Wszystkie te miejsca i osoby poznajemy dzięki głównemu bohaterowi, który w swoim życiu był uczestnikiem życia wszystkich tych środowisk. Nie zabrakło również dzielnej US army i ją też możemy zobaczyć od środka. W filmie przewija się też kilka postaci historycznych, w tym generał Custer i Dziki Bill Hickok.


   Chociaż poszczególne ujęcia i sceny nasycone są sporą dawką humoru (w tym absurdalnego), to całość robi przygnębiające wrażenie i skłania do refleksji, odkrywając jedną z mroczniejszych kart USA, czyli sprawę traktowania Indian.

   Czerwonoskórzy są tu pokazani w lepszym świetle, chociaż nie gloryfikowani, widać różnice pomiędzy poszczególnymi plemionami, ich zapóźnienie i problemy z dostosowaniem się do nowej sytuacji. Zostawiają jednak bardzo pozytywne wrażenie.


   Jack Crabb to ciekawa postać, okazuje się człowiekiem, który płynie z nurtem, korzystając z podsyłanych mu przez los ofert. Odwaga miesza się w nim z tchórzostwem. Jest zagubiony, cały czas szuka swojej drogi w życiu, biorąc przy tym udział w paru istotnych wydarzeniach z historii USA. W swoje nowe wcielenia wchodzi tylko na chwilę próbując, mimo braku predyspozycji, różnych zajęć. Tym sposobem poznajemy chociażby rewolwerowca, który boi się zabijać.

   Wszystkie postacie są tu właściwie wyjątkowe i wszystkie spełniają istotne role, jednak dla mnie najciekawszym był Stare Skóry Wigwamu (Chief Dan George), czyli "dziadek" Jacka. Naprawdę genialna postać z rewelacyjnymi kwestiami i odegrana w perfekcyjny sposób. No mistrzostwo świata.


   Powinienem jeszcze z dziesięć akapitów walnąć wychwalając (całkiem słusznie) ten film, ale zwyczajnie nie mam sił i weny. Po prostu polecam, bo Mały Wielki Człowiek to arcydzieło :)


środa, 28 maja 2014

Poszukiwacze (The Searchers) 1956 reż. John Ford

   Ponieważ nie mogę dobrać napisów do Run, Man, Run zdecydowałem się sięgnąć po Poszukiwaczy, na których od dawna miałem chrapkę, a o których przypomniał mi KinoKoneser. Niestety zawiodłem się i chyba coraz mniej lubię klasyczne westerny. Nie jestem może wielkim fanem Wayna, ale cenię go za wiele dobrych ról. Tym bardziej po tak zachwalanym filmie z jego udziałem spodziewałem się czegoś ekstra, a dostałem dwie godziny nudnych widoczków z wyśnionego obrazu Dzikiego Zachodu.


OPIS:

Powróciwszy po wojnie secesyjnej Ethan Edwards wraz z pogardzanym bratankiem Pawleyem wyrusza na poszukiwania swoich bratanic, które zostały uprowadzone przez Komanczów.


   Zaczyna się neutralnie, po pierwszych paru minutach, ani nie nastawiłem się za, ani przeciw, czekałem. Trochę denerwowali mnie słabo nakreśleni bohaterowie, bo któreś typki zaczęły mi się nawet mylić. Fabuła posuwała się ślamazarnie do przodu, a ja spoglądałem na sielankowy obraz rodziny farmerów z dalekiego zachodu. Szybko zaczęły mnie męczyć te sentymentalne widoczki, brakowało tylko niani wyszywającej obrazek z haft z hasłem home sweet home, do powieszenia nad kominkiem. Ale już tam, zdzierżyłem i doczekałem się napaści Indian, wszystko ładnie pięknie, tylko brakowało w tym dramatyzmu, ot jedynie ziewnąłem.


   Niestety pięcioletnia gonitwa za Komanczami znużyła mnie jeszcze bardziej. Momentami zdawało mi się, że pewne wątki są niekompletne, urywane, innym razem zwalczałem senność oglądając powracające dłużyzny, które nic nie wnosiły do akcji. O cholernym wątku miłosnym nie wspomnę. I to miał być western? Ano jest, z tym że zalatuje obyczajówką na kilometr, a to niezbyt przyjemne.


   Co do postaci to tylko Wayne określam na plus, Ethan już na początku przywiózł ze sobą mnóstwo tajemnic. Widać że to facet z przeszłością i ciężkim życiowym doświadczeniem. O reszcie ciężko mi powiedzieć coś dobrego, ograniczali się oni do wygłaszania jakiś banałów, bądź pompatycznych kwestii. Nie grzesząc przy tym ani inteligencją, ani ciekawymi charakterami.


   Największym atutem całej produkcji są niesamowite zdjęcia i wykorzystane plenery. Uczciwie przyznaję, że wręcz urywają dupę. Kostiumy i charakteryzacje Indian robią wrażenie, a czy oddają prawdę historyczną nie wiem. Za to biali wyglądają niezbyt atrakcyjnie, kobiety zadbane, w sukniach i fartuszkach, jakby nie żyły w totalnej dziczy, a mężczyźni... hmmm... zawsze wolałem włoskie wizerunki kowboja od tych amerykańskich, ale chyba jankesi lepiej wiedzą jak się ubierali ich przodkowie...


   Indianie znów pokazani zostali w niekorzystnym świetle. Przytoczę parę przykładów. Kiedy Komancze gonią grupkę Ethana zatrzymują się przed rzeką i choć liczniejsi i również dobrze uzbrojeni ustępują przed garstką białych. Stosowana przez nich taktyka przedstawia ich w roli bezmyślnych dzikusów, gdy szarżują na jaskinie, w której ukrywają się dwaj kowboje ze strzelbami. A porwane i wychowane przez nich dzieci zamieniają po czasie w kaleki umysłowe. Kolejna sprawa to podkreślane na każdym kroku ich okrucieństwo. I owszem było parę łagodzących obraz elementów, ale przede wszystkim najbardziej skrajne stereotypy zostają utrwalone.




środa, 19 marca 2014

Nie do przebaczenia (The Unforgiven) 1960 reż. John Huston

   Nie do przebaczenia, czyli dwie pieczenie na jednym ogniu. Otóż żona namówiła mnie na maraton filmów z Hepburn, by dać sobie trochę wytchnienia, rozejrzałem się czy aby nie powstał jakiś western z jej udziałem i proszę :D

OPIS:

   Rodziny Zacharych i Rawlinsów dażą do zeswatania swoich dzieci, celem przypieczętowania partnerstwa w interesach. Wszystko idzie dobrze do czasu, aż pojawia się w okolicy tajemniczy jeździec pragnący zemścić się na Zacharych, wywlekając rodzinne tajemnice sprzed lat.


O nietolerancji, bla, bla, bla...

   To całkiem zakręcona historia, ale ogląda się nawet przyjemnie. Trochę nie pasowała mi tutaj Hepburn. Nie mówię że źle grała, o nie, po prostu chcąc nie chcąc zaszufladkowałem ją już w innych gatunkach. I chociaż spełniła wszystkie kryteria westernowej bohaterki: piękna, delikatna, jednocześnie silna i z charakterkiem, to jakoś nie mogłem się z nią oswoić.

   Momentami wieje nudą, ale rekompensują to piękne plenery i zdjęcia, a także rozmach z jakim zrobiono ten film. Zdecydowanie nie żałowali kasy. Świetnie wyszła końcowa scena obrony przed Indianami.


   Ciekawy przedstawiony wątek odrzucenia. W sumie historia podobna jak w Pojedynku w słońcu. Droga do rozwikłania zagadki okazuje się niezwykle pokręcona, ale to całkiem ciekawy zabieg, podkręcający naszą ciekawość.

   Ciężko mi się ustosunkować do oceny Indian. Twórcy niby pokazali ich jako ludzi rozsądnych, pierw próbujących rozmawiać, w przeciwieństwie do wyrywnych białych. Niby doprowadzili do sytuacji, w której żal nam Indianki potępionej za swoją rasę. I chociaż można odnieść wrażenie, że wybielono nieco filmowy wizerunek Indian, to ja jakoś tego nie kupuję.


   Nie do przebaczenia oceniłbym jako wart zobaczenia choćby ze względu na piękne zdjęcia.


niedziela, 16 marca 2014

Bezkresne niebo (The Big Sky) 1952 reż. Howard Hawks

   Dziś recenzja krótka, bo bierzemy na ruszt Bezkresne niebo z Kirkiem Douglasem.

OPIS:

   Przyjaciele Jim (Kirk Douglas) i Boone (Dewey Martin) dołączają do wyprawy, w której bierze udział wuj Boona - Zeb (Arthur Hunnicutt). Razem z grupą kopców zamierza dostać się na niezbadane tereny Indian i podjąć handel z Czarnymi Stopami, pomóc ma w tym córka wodza (Elizabeth Threatt), którą przewożą w roli zakładniczki. Po drodze czyhać będzie na nich konkurencja i wrogi szczep Siuksów.


Świetny materiał na remake.

   Historia jest jak powieści J. F. Coopera, ciekawe, ale opowiedziane w strasznie nudny sposób. Bo oto i mamy grupę śmiałków, którzy wybierają się w nieznane. Po drodze przyjdzie im walczyć z konkurencją ze spółki handlowej, a także Indianami, których dwa szczepy zajmują terytoria u celu ich wyprawy. Do tego zapuszczają się w dziewicze tereny, gdzie liczyć będą musieli na siebie.

   Film trwa ponad dwie godziny i to chyba największy jego mankament. Samo pływanie łodzią zajmuje bohaterom (jeśli zebrać by to do kupy) jakieś pół godziny, z tym że niewiele się na pokładzie dzieje. Przez resztę czasu kiedy siedzą w obozowiskach, patrzymy jak czas im schodzi na parzeniu kawy i pitoleniu o dupie Maryni. Twórcy mogli usunąć większość tych scen lub skrócić do minimum. Niby od czasu do czasu coś się dzieje, zdarzy się jakaś strzelanina czy potyczka, ale brakuje w tym dramatyzmu czy też dynamiki. Te sceny niestety zupełnie nie robią wrażenia.


Dwa koguciki.

   Z początku Jim i Boone sprawiali wrażenie zadziornych kowbojów, ceniących sobie ponad wszystko wolność i przygodę. Jednak o ile Boone pozostał narwańcem, to Jim z charyzmatycznego awanturnika zmienił się w niemal biernego członka wyprawy. Córka wodza nie ma za wielkiego pola do popisu nie mogąc mówić. Pocieszny okazał się Indianin Brzydal pomagający członkom wyprawy. Szwarccharakter niby przez chwilę przykuł moją uwagę i wzbudził zainteresowanie, ale nie trwało to długo.

   Zaskoczył mnie krytyczny przewijający się w fabule krytyczny komentarz na temat zachłanności białych, z jednoczesnym pozytywnym wydźwiękiem pod adresem Indian. Sami czerwonoskórzy również przedstawieni zostali tu w dobrym świetle, podczas gdy Amerykanie pół na pół.


   Bezkresne niebo ogląda się jak stare, nudne filmidło, szkoda bo niejeden starszy film zrobiono z większym jajem.