Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pościg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pościg. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Billy Dwa Kapelusze (Billy Two Hats) 1974 reż. Ted Kotcheff


   Zaczyna się o poranku. Miasteczko leniwie budzi się do życia, a z nim trzech złodziejaszków. Nie wiedzą, że są już na celowniku lokalnego szeryfa, dlatego próba pojmania i strzelanina jest dla nich równym zaskoczeniem co dla nas. A jako, że nie jest to spaghetti western to cała zadyma kończy się równie szybko jak się zaczęła. Jeden z przestępców ponosi przy tym śmierć, drugi zostaje pojmany przez stróża prawa, a trzeci zbiega. I dopiero w tym momencie zaczyna się właściwa akcja.

   Aczkolwiek akcja tutaj to trochę przekorne określenie, bo posuwa się ona bardzo powolutku. Bohaterowie leniwie przemierzają pustynię, bez pośpiechu posilają się w zajeździe na odludziu i dopiero ich ucieczki i pościgi nabierają nieco tempa, ale tylko do pierwszego postoju, by znów przypomnieć nam widzom, że nie oglądamy klasycznego westernu czy napompowanego akcją spaghetti, a film, który jak wiele mu podobnych amerykańskich produkcji w latach 70' aspirował do pokazania Dzikiego Zachodu na nowo.

   Bohaterowie nie urządzają nam krwawych i widowiskowych spektakli, ich dialogi nie są soczyste, błyskotliwe i zakończone ciętą ripostą, Indianie wyłamują się schematycznemu wizerunkowi, bo choć widzimy zgraję degeneratów to jest to autentyczna zgraja degeneratów, a nie jacyś przebierańcy z powieści za pięć centów. Nawet romans który się rozgrywa w pewnym momencie daleki jest od typowych hollywoodzkich love story.


   Arch (Gregory Peck) i Billy (Desi Arnaz Jr.) też wyłamują się ze schematu bandytów. Starają się unikać przemocy, są tolerancyjni i dbają o siebie nawzajem. Można by rzec przyzwoici faceci, którzy jedynie zbłądzili, w którymś momencie. Tymczasem szeryf (Jack Warden) okazuje się być rasistą pogardzającym mieszańcami jak Billy. W przeciwieństwie do ściganych nie wzbudza sympatii. Jak na swój fach przystało nie należy on do ludzi miękkich, będąc wyjątkowo upartym w dążeniu do celu i brutalnym w starciu z przestępcami (bez względu na to jak miłymi gośćmi by nie byli). Jest on też obok swojego kumpla, właściciela zajazdu, swego rodzaju ciekawostką, żywym dowodem na przemijanie starego świata.

   W przerwie od wymierzania sprawiedliwości podstarzali panowie wspominają stada bizonów, które dawniej sięgały po horyzont, podczas gdy młody Billy zapytany czy widział kiedyś to zwierzę przecząco kręci głową. Za to oni pamiętają też Indian, którzy zajmowali te ziemie, a obecnie stanowią garść degeneratów, od czasu do czasu opuszczających rezerwat w poszukiwaniu whisky. Wspomnienie o mającej powstać linii kolei i związanej z nią możliwości zarobku ostatecznie sygnalizuje, że pewna era przemija.


   Twórcy filmu podejmują też jeszcze jedno zagadnienie społeczne. W przeciwieństwie do klasycznych westernów gdzie kobiety były hołubione, a tych, którzy podnosili na nie rękę spotykała kara, tutaj żona farmera jest przez niego bita, co on sam określa mianem normalnego, a nawet potrzebnego, a goście choć temu przeciwni, stan ten tolerują. Wzmianka o zakupie małżonki w innym stanie rozwiewa wszelkie złudzenia co do pozycji kobiet na tym odludziu.

   Billy Dwa Kapelusze z w gruncie rzeczy nudnej historii pościgu szeryfa za zbiegami, czyni interesujący obraz Dzikiego Zachodu na chwilę przed przyjściem cywilizacji. Odziera opowieść z barwnej otoczki i awanturniczych przygód jakimi dawniej by ją ozdobiono, zostawiając tylko dramat  grupy ludzi na środku pustyni. Nawet sam Archie skarży się na to raz za razem, szukając wśród bezkresów tych jałowych ziem jakichś wysp zieleni. Bezskutecznie, bo prosząc o nią w agonii otrzymuje jedynie sztuczną namiastkę, za którą i tak kryje się śmierć.

sobota, 11 kwietnia 2015

Jesień Czejenów (Cheyenne Autumn) 1964 reż. John Ford

   Mój ojciec też lubi westerny, chociaż bardziej skłania się ku tym klasycznym made in America z lat 50' i 60'. Siłą rzeczy coś mi tam czasem podsunie, a ja z ciekawości obejrzę i dobrze, bo sam z siebie odkładałbym to latami.

   Film opowiada historię Czejenów, którzy osadzeni w rezerwacie gdzieś na pustyni jednego z południowych stanów postanawiają wrócić na swe rodzime ziemie po tym jak amerykański rząd kolejny raz ich lekceważy i nie dotrzymuje złożonych obietnic. Ich droga wiedzie przez pół Stanów Zjednoczonych namnażając kolejne trudności w postaci braku pożywienia, zasadzek które trzeba ominąć czy w końcu zimna im bardziej na północ.

cheyenne autumn

   To zdecydowanie film z tych co to ładne, z rozmachem i w ogóle. Tym bardziej więc zaskakuje, że rozlicza się z mroczną kartą amerykańskiej historii, szczególnie że John Ford w swoich starszych filmach nie był raczej łaskawy dla czerwonoskórych.

   Jesień Czejenów to film trwający dwie i pół godziny co ma swoje złe i dobre strony. Z tych złych to oczywiście to, że mimo ciekawej fabuły po dwóch godzinach zaczyna się dłużyć. Rozdęcie to można jednak wytłumaczyć, bo cały ten czas został zapchany sporą ilościa treści, które pozwalają nam szerzej spojrzeć na Stany Zjednoczone lat 70' XIX wieku. Indianie na swej drodze spotykają zarówno dobrych Amerykanów, którzy starają im się ulżyć w ciężkim marszu i pomóc w osiągnięciu celu jak i ze zwiezęconych kowbojów żądnych krwi. Podobnie z wojskowymi, z którymi przychodzi im mieć do czynienia, jedni rozumieją Indian i celowo dywersyfikują swoją pracę, podczas gdy inni chorobliwie trzymają się regulaminu lub zwyczajnie korzystają ze stanowiska, by dać upust własnej nienawiści do czerwonoskórych.

cheyenne autumn

   Tak czy inaczej Ford dość uczciwie pokazał ludzi, po obu stronach dzielących się zarówno na dobrych jak i na złych. A góruje nad nimi wszystkimi amerykański rząd, zepsuty do szpiku kości, ale... z jednym sprawiedliwym w swych szeregach. Zresztą Ford jest tu strasznie cięty nie tylko na możnych, ale i społeczeństwo w ogóle, bo prócz pochylania się nad pokrzywdzonymi Indianami, wytyka również rabunkową gospodarkę pokazując efekt masakry stada bizonów. A głupie amerykańskie społeczeństwo w tym czasie sprowadza wszystko do taniej sensacji, przemieniając niewielką potyczkę wojska z Indianami w krwawą masakrę w czasie której wyrżnęli w pień ponad setkę Bogu ducha winnych białych.

   Taaa, tak to wygląda i tu niestety nastepuje pierwszy zgrzyt, bo jest zbyt sztampowo. Źli są zbyt źli, a dobrzy nazbyt dobrzy, owszem są wyjatki, jak główny bohater, który przez długo się waha, ale nie zmienia to faktu, że otrzymujemy kilka mocno łopatologicznych scen, aczkolwiek może tak trzeba było mówić do amerykańskiego widza w czasach, gdy na ekranach nadal w większości królowali dzicy Indianie i cywilizowani biali.

cheyenne autumn

   Szczególnie zaskoczył mnie tu i ucieszył polski wątek, raczej nie zepsuję nikomu kto nie widział zabawy, jeśli zdradzę, że jednym z żołnierzy jest imigrant z Polski, sierżant Wichowski. Klawy chłop, chociaż który lubi sobie popić. To stereotypowe podejście do Polaków mogłoby być pewnym zgrzytem, gdyby nie to, że Wichowski okazuje się najporządniejszym z całego oddziału, odwołując się do smutnych wspomnień z ojczyzny uciskanej przez zaborców. Druga rzecz, że dla kontrastu pojawia się oficer Niemiec, regulaminowy do obrzygu, a mimo to znalazłszy się w ślepym zaułku również sięga po butelkę, co jednak kończy się dla niego gorzej niż dla Polaka.

cheyenne autumn

   Powyższe to tak z ciekawostek, podobnie jak warto zwrócic uwagę na postaci Wyatta Earpa i Doca Hollidaya, które wypadają tu chyba najsłabiej ze wszystkich westernowych odsłon, które z nimi widziałem. Inna rzecz, że ich sekwencja to akurat komiczny fragment filmu, o dziwo mimo poważnego tonu całości całkiem śmieszny.

   Naprawdę kawał dobrego kina, które moge śmiało polecić każdemu miłośnikowi westernów czy po prostu filmów historycznych. A do tego świetny materiał na remake :)


cheyenne autumn

czwartek, 15 maja 2014

Colorado (La Resa dei conti) 1966 reż. Sergio Sollima

   Simply i Mariusz znowu mieli rację. Nie ociągając się zbytnio sięgnąłem po La Resa dei conti i cały czas jestem pod wrażeniem tego rewelacyjnego filmu. Nie pamiętam już Van Cleefa z trylogii dolarowej, ale podług tego co ostatnio z nim widziałem muszę przyznać, że to najlepsza jego rola i faktycznie jeden z najlepszych spagwestów.



OPIS:

   Łowca głów Jonathan Corbett (Lee Van Cleef) próbuje zostać senatorem. Postanawia mu w tym pomóc przedsiębiorca kolejowy Brockston (Walter Barnes) w zamian za późniejsze wsparcie jego projektów w senacie. Pierw jednak panowie decydują, że Corbett wyruszy na jeszcze jedną akcję: zapoluje na zbiegłego gwałciciela i mordercę, celem nagłośnienia swojego nazwiska przed kampanią.



   Film pozytywnie zaskakuje już od pierwszych minut. Dostajemy mocną scenę, w której poznajemy głównego bohatera, a chwilę potem następuje zawiązanie akcji. Motyw polowania jest przedstawiony bardzo atrakcyjnie i podzielony na dwa etapy: pierw widzimy rywalizację Corbetta i Cuchillo (Tomas Milian), a potem grupową nagonkę na tego ostatniego. Zwroty akcji nie są zbyt gwałtowne, oszczędzono terapii szokowej i chyba dzięki temu tak łatwo chłonie się całą fabułę. Jak na dobry spaghetti western przystało intryga jest skonstruowana dość misternie i czeka nas parę niespodzianek. Fabuła cały czas trzyma w napięciu, dla złapania oddechu od czasu do czasu pojawiają się pewne dawki humoru.



   Świetna rola Van Cleefa. Nie dość, że w najlepszej formie, to jeszcze jest pozytywnym bohaterem, choć w rzecz jasna gruboskórnym wcieleniu. Poznajemy go jako najlepszego łowcę głów, lecz jego metody pozostają nieznane - zawsze pojawia się na krok przed swoimi ofiarami. Zobaczyć za to możemy jego umiejętności strzeleckie, z którymi zaliczyć go można w poczet najlepszych rewolwerowców Dzikiego Zachodu. Cuchillo jest do niego bardzo podobny. Dysponując wysoką inteligencją i bystrością umysłu daje radę wyrywać się z rąk Corbetta, a brak obycia z bronią palną rekompensuje umiejętnością rzucania nożami. To przeciwnicy warci siebie nawzajem.


   Pozostali którzy pojawiają się na drodze głównych bohaterów, odgrywają już mniejsze role, ale równie ciekawe i równie dopracowane. Tajemnicza wdowa (Nieves Navarro) z grupą kowbojów, niemiecki baron (Gerard Herter), ślamazarny policjant w Meksyku (Fernando Sancho), czy zakonnicy z kryminalną przeszłością. Wszystkich ich poznajemy tylko trochę, a to cholernie ciekawe postacie i ich wątki pozostawiają niedosyt.


   Morricone jak zawsze się spisał i mamy kilka niezłych utworów w tle. A jak już schodzimy na tematy poboczne to warto pochylić się nad zagadnieniami technicznymi. Jest naprawdę nieźle. Z takiego choćby Django momentami aż wylewała się taniocha i kiczowatość, a tutaj mamy przyzwoite zdjęcia, ładne rekwizyty i scenografie, klimatyczne plenery i wszystko to świetnie ze sobą współgra. Nie ma się czego powstydzić.



   Gorąco polecam :)



poniedziałek, 27 stycznia 2014

Polowanie (The Hunting Party) 1971 reż. Don Medford

   Na samym początku widzimy dwie sceny: poderżnięcie gardła krowie i sadystycznego impotenta odbywającego akt seksualny. Obrazy te znakomicie i dosadnie informują/ostrzegają nas czego możemy się po tym filmie spodziewać.


OPIS:
Przywódca bandy, Frank Calder (Oliver Reed) porywa pewnego dnia wiejską nauczycielkę (w jego mniemaniu) Melissę Ruger (Candice Bergern). Chce by nauczyła go czytać. Śladem grupy rusza mąż uprowadzonej, bogaty Brandt i jego znajomi. Uzbrojeni w nowoczesne strzelby mogą zabić człowieka z odległości siedmiuset jardów (dużo ponad możliwości broni bandytów), tym sposobem tropią i odstrzeliwują z dystansu kolejnych członków grupy. Melissa w międzyczasie zakochuje się we Franku...


   Brandt już z początku jawi nam się jako zakompleksiony furiat, ale dopiero z czasem poznajemy jego pełne oblicze i obserwujemy zachodzącą przemianę. Dla kontrastu przedstawiony jest Frank, szef bandy, człowiek brutalny, ale i delikatny, opiekuńczy w stosunku do swoich ludzi. I tak, Ruger na naszych oczach zamienia się w potwora, znęca się nad prostytutką w pociągu, a do polowania na bandytów podchodzi zupełnie serio, smakując śmierć każdego z nich i traktując zwłoki jak ciała ustrzelonych zwierząt. Żeby przedłużyć zabawę, nie zabija od razu wszystkich, a jedynie paru co jakiś czas, przywódcę zostawiając sobie na deser. Nawet jego towarzysze początkowo entuzjastycznie nastawieni do polowania (taka ekstrawagancka rozrywka dla bogatych) z czasem coraz bardziej przerażeni, w końcu się wycofują. Brandt nie bardzo się zresztą nimi przejmuje.


W tym czasie, dla odmiany, poznajemy lepiej Franka -  dba o swoich ludzi, w niebezpieczeństwie wyciąga ich rannych pod ostrzałem, opatruje i pielęgnuje. W gruncie rzeczy jest lojalny i chociaż raz na jakiś czas dopuszcza się przemocy względem Melissy czy swoich towarzyszy, to są to odosobnione przypadki.
Żeby bardziej zagmatwać sprawę, a jednocześnie lepiej ją przedstawić, warto pochylić się nad porwaną. Melissa jest twarda i wytrwała, wytrzymuje kolejne poniżenia i nie daje się złamać. Jej liczne próby ucieczki czy zabicia Franka budzą podziw. Przy okazji w jakiś sposób, trudno nie darzyć uznaniem jego wytrwałości w poskramianiu jej, a jednocześnie cierpliwości - nie wiąże, nie knebluje, nie karze (przynajmniej za ucieczki i stawianie oporu). W zasadzie trzyma luzem, łapiąc co jakiś czas. W końcu musi się narodzić miedzy nimi uczucie, na początku jest to tylko nić sympatii, ale sytuacja szybko się rozwija. I chociaż przez większość filmów wątek miłosny zupełnie nie przeszkadza, to jednak pod koniec spowalnia wyraźnie akcję.
Z pośród bohaterów jeszcze Doc Harrison, członek bandy zasługuje na przedstawienie, to dobry człowiek, który daje się lubić od samego początku. Zastanawia nawet jak to się stało, że taki poczciwina jest bandytą.


   Mnie fabuła i relacje miedzy bohaterami zaciekawiły od samego początku. I chociaż nie mamy tu dobrych i złych, a jedynie złych, to chyba jak każdy kibicowałem Frankowi i jego bandzie, nie rozgrzeszając ich z przewinień (wspólnych czy indywidualnych). Szybko też wczułem się w ich ciężką sytuację, bo wyobraźcie sobie: ścigają ich tajemniczy ludzie z niesamowitą bronią pozwalającą strzelać z dużych odległości (poza zasięgiem broni bandytów), nie ma jak się przed nimi bronić, pozostaje uciekać, a do kolejnych ataków dochodzi niespodziewanie. To może zdołować. Tym bardziej, że co jakiś czas na horyzoncie pojawia się tajemniczy jeździec, jakby dając do zrozumienia: cały czas siedzę wam na tyłku, jak mi się zachce to znowu kogoś zastrzelę.


   Od strony technicznej cud, miód, malina. Znakomite strzelaniny i charakteryzacje, cieszą szczegółami. Masakra w oazie rewelacyjna, aż skojarzyła mi się z Dziką bandą, trup ściele się gęsto i nawet slow motion zastosowali, by wzmóc efekt.

   Dalej. Często zachwycam się pięknymi zdjęciami, ale tym razem popadłem niemal w euforię. Dawno już nie widziałem tak pięknych ujęć w plenerach, szczególnie z jeźdźcami na koniach. Ich wędrówka jest wyjątkowo urokliwa i aż chce się smakować piękno przedstawionej natury. Zresztą, chyba widzicie, że nawaliłem w tego posta screenów jak głupi :D


   Ciekawy montaż ma znaczący wpływ na odbiór całości, film staje się dzięki niemu bardziej dynamiczny. Nie ma przy tym denerwujących i wprowadzających w błąd przeskoków. Całość jest bardzo sprawnie przeprowadzona.

   Scenografie, rekwizyty i kostiumy świetne, po prostu świetne. Żadnych kolorowych fatałaszków, ani pierdół w stylu hipisowskich spodni, ot zwykle ubrania typowe dla kowboi, prostu i praktycznie.


   Całości dopełnia cudowna muzyka Riza Ortolani zmarłego... 4 dni temu. Co prawda jest to głównie jeden motyw, ale wyjątkowo udany.

   Zdecydowanie polecam.



niedziela, 5 stycznia 2014

Butch Cassidy i Sundance Kid 1969 reż. George Roy Hill

   Podchodziłem do tego filmu z pewnym ociąganiem, bojąc się że czekają mnie dwie godziny nudy. Jednak jak tylko włączyłem, to już po pierwszych minutach byłem oczarowany.

   Film opowiada o dwóch bandytach Butchu Cassidy'm (Paul Newman) i Sundance Kidzie (Robert Redford). Zalazłszy za skórę właścicielowi kolei, na którą napadali, przyjaciele uciekają do Boliwii. Tam na nowo rozpoczynają napady.


   Największym atutem filmu jest obsada. Newman i Redford uzupełniają się idealnie i pokazują naprawdę świetne aktorstwo. Pierwszy gra wyluzowanego marzyciela, drugi twardziela. Łączy ich autentyczna przyjaźń, chociaż raz za razem sobie dogryzają. Właśnie ich relacje dają filmowi sporą dawkę humoru (głównie za sprawą komentarzy Butcha). Swoją drogą jak na bandytów są trochę nietypowi, bo potrafią być uprzejmi dla napadanych i nie sięgają po brutalne metody jeśli nie ma takiej potrzeby, czyli jeśli akurat się nie bronią.


   Niewiele brakowało, a film ten stałby się moim ulubionym, jednak kilka elementów musiało mnie zirytować. Po pierwsze utwór Raindrops Keep Falling On My Head, zupełnie nie pasujący do klimatu filmu (co za dużo pajacowania to nie zdrowo) i Butch wydurniający się w rytm tej piosenki na rowerze. Niestety potem raz jeszcze pojawił się niedopasowany kawałek (nawet już nie wiem jaki miał tytuł). A szkoda bo z początku niesamowite zdjęcia i nastrojowa muzyka stworzyły świetny klimat, który dowcipkujący Newman tylko dobrze dopełniał.


   Akcja z początku toczy się całkiem żwawo, by gdzieś w połowie przyhamować. Szkoda bo ucieczka przyjaciół przed pościgiem była całkiem zabawna z tym ciągłym pojawiałem się ogona. Dalej spory wycinek historii bohaterów, między ucieczką, a przybyciem do Boliwii przedstawiony jest w postaci pokazu starych zdjęć. Takie to pójście na łatwiznę, w każdym razie ja poczułem się olany przez twórców. W Boliwii niestety akcja już siada, a może powtarza się i przez to się dłuży sam nie wiem. Dużo nadrabiają za to scenami strzelanin, którym nie brakuje rozmachu i fantazji. Pochwalić należy jeszcze efekty specjalne (świetne zabawy dynamitem).


   Butch Cassidy i Sundance Kid to kawał dobrego kina, nie tylko dla miłośników westernów. I chociaż ja uczepiłem się paru szczegółów to myślę, że nie wszyscy muszą być tak upierdliwi.



wtorek, 12 listopada 2013

Dzika banda (The Wild Bunch) 1969 reż. Sam Peckinpah

   Nie wiedzieć czemu podszedłem do tego filmu z rezerwą. Wydawało mi się, że brutalny western w amerykańskim wydaniu lat 60' nie może być udany. A tu miła niespodzianka mnie spotkała.

   Jatki rzeczywiście okazały się niesamowite i trup się ścielił gęsto, ale wyszło to nawet realistycznie. Zaczęło się od nieudanego napadu na bank. Bandyci wpadli w pułapkę i by się wydostać musieli "wystrzelać" sobie drogę. Doprowadziło to do masakry. Osoby postronne biegały w kółko spanikowane, podczas gdy strzelcy walili do kogo popadło. Powstał zupełny chaos, za którym ciężko było nadążyć. Przyjemny początek, przyznacie?

   Żeby nie było typowo, historia osadzona jest w okresie rewolucji meksykańskiej (1910-17) czyli jak na western dość późno. Jest to jednak zabieg celowy, gdyż reżyser Sam Peckinpah filmem tym zakończył epokę westernów, obalając mity Dzikiego Zachodu. Nie mamy tu romantycznego klimatu, honorowych pojedynków, niesamowitych strzelców, jest za to przemoc i brak zasad.


   Sami bandyci chociaż bezwzględni, to mimo wszystko okazują się sympatyczni, a co poniektórzy z nich nawet uczciwi wobec siebie. Mimo to cały czas trwa w ich grupie interesujący konflikt wewnętrzny, powodowany na przykład rozbieżnymi poglądami na temat podziału łupów, czy zwykłą zazdrością o pozycję w grupie.

   Wątek pościgu znudził mnie i wydał się trochę niepotrzebny, ot takie uzupełnienie, by było do kogo postrzelać od czasu do czasu.

   Warto zwrócić uwagę na dwa symbole zwiastujące koniec czasów Dzikiego Zachodu: samochód i ciężki karabin maszynowy. Są one efektami postępu, ale nie zwiastują wcale lepszych czasów. CKM jest zapowiedzią jeszcze większego barbarzyństwa i jeszcze większych ofiar jakie przyniosą kolejne konflikty. Samochód zaś w pewnym momencie zastępuje konia, gdy pijani żołnierze z generałem ciągną za sobą na linie więźnia.


   Gra aktorska jest bardzo dobra, głównie myślę o Holdenie w roli przywódcy Pike'a Bishopa i Borgnine grającym Dutcha Englstorma, będącego chyba najspokojniejszym i najbardziej rozsądnym członkiem bandy. Całości dopełnia duża dawka humoru.

   Rewelacyjna muzyka i świetnie uchwycone cudowne krajobrazy - dobrze przygotowane tło dla całej historii. Ze względu na czas akcji, nawet miasteczko wyglądało inaczej. Co prawda ulice nadal nie były utwardzone, ale zobaczyć już mogliśmy chodniki, latarnie i skwerki. Nie szczędzono też pieniędzy na statystów, kostiumy i efekty specjalne - wszystkiego mamy w bród.



   Fabuły nie da się przewidzieć. Cały czas trzyma w napięciu i chociaż momentami zaczyna już siadać (gdy wchodzi wątek Thorntona i jego hałastry) to zaraz rozkręca się na nowo. Strzelaniny, pościgi, widowiskowe numery (jak porwanie pociągu), nie ma czasu na nudę.

   Już scena z dzieciakami zamęczającymi owady na samym początku daje nam do zrozumienia, że w tym zakątku świata okrucieństwo jest na porządku dziennym. Dlatego nie dziwi, że bohaterami są bandyci, ścigają ich jeszcze gorsze kanalie, a finałowym przeciwnikiem staje się samozwańczy generał łotr z własną armią. Są oczywiście i dobre postacie, ale to ofiary: przechodnie w miasteczku, Meksykańcy w wiosce czy żołnierze amerykańscy z pociągu.

   Finałowa akcja jest ukoronowaniem tego filmu. Bohaterowie którzy do tej pory dbali głównie o siebie, decydują się ruszyć do samotnej, z góry skazanej na przegraną, walki za swojego towarzysza (a na samym początku przecież przywódca zabił jednego ze swoich, bo nie mógł dotrzymać pozostałym kroku w ucieczce). Robią to z właściwą kowbojom nonszalancją, a kiedy stają oko w oko z przeciwnikiem rozpoczyna się rzeźnia.


   Zdecydowanie warto zobaczyć :)