Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1964. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1964. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 kwietnia 2015

Jesień Czejenów (Cheyenne Autumn) 1964 reż. John Ford

   Mój ojciec też lubi westerny, chociaż bardziej skłania się ku tym klasycznym made in America z lat 50' i 60'. Siłą rzeczy coś mi tam czasem podsunie, a ja z ciekawości obejrzę i dobrze, bo sam z siebie odkładałbym to latami.

   Film opowiada historię Czejenów, którzy osadzeni w rezerwacie gdzieś na pustyni jednego z południowych stanów postanawiają wrócić na swe rodzime ziemie po tym jak amerykański rząd kolejny raz ich lekceważy i nie dotrzymuje złożonych obietnic. Ich droga wiedzie przez pół Stanów Zjednoczonych namnażając kolejne trudności w postaci braku pożywienia, zasadzek które trzeba ominąć czy w końcu zimna im bardziej na północ.

cheyenne autumn

   To zdecydowanie film z tych co to ładne, z rozmachem i w ogóle. Tym bardziej więc zaskakuje, że rozlicza się z mroczną kartą amerykańskiej historii, szczególnie że John Ford w swoich starszych filmach nie był raczej łaskawy dla czerwonoskórych.

   Jesień Czejenów to film trwający dwie i pół godziny co ma swoje złe i dobre strony. Z tych złych to oczywiście to, że mimo ciekawej fabuły po dwóch godzinach zaczyna się dłużyć. Rozdęcie to można jednak wytłumaczyć, bo cały ten czas został zapchany sporą ilościa treści, które pozwalają nam szerzej spojrzeć na Stany Zjednoczone lat 70' XIX wieku. Indianie na swej drodze spotykają zarówno dobrych Amerykanów, którzy starają im się ulżyć w ciężkim marszu i pomóc w osiągnięciu celu jak i ze zwiezęconych kowbojów żądnych krwi. Podobnie z wojskowymi, z którymi przychodzi im mieć do czynienia, jedni rozumieją Indian i celowo dywersyfikują swoją pracę, podczas gdy inni chorobliwie trzymają się regulaminu lub zwyczajnie korzystają ze stanowiska, by dać upust własnej nienawiści do czerwonoskórych.

cheyenne autumn

   Tak czy inaczej Ford dość uczciwie pokazał ludzi, po obu stronach dzielących się zarówno na dobrych jak i na złych. A góruje nad nimi wszystkimi amerykański rząd, zepsuty do szpiku kości, ale... z jednym sprawiedliwym w swych szeregach. Zresztą Ford jest tu strasznie cięty nie tylko na możnych, ale i społeczeństwo w ogóle, bo prócz pochylania się nad pokrzywdzonymi Indianami, wytyka również rabunkową gospodarkę pokazując efekt masakry stada bizonów. A głupie amerykańskie społeczeństwo w tym czasie sprowadza wszystko do taniej sensacji, przemieniając niewielką potyczkę wojska z Indianami w krwawą masakrę w czasie której wyrżnęli w pień ponad setkę Bogu ducha winnych białych.

   Taaa, tak to wygląda i tu niestety nastepuje pierwszy zgrzyt, bo jest zbyt sztampowo. Źli są zbyt źli, a dobrzy nazbyt dobrzy, owszem są wyjatki, jak główny bohater, który przez długo się waha, ale nie zmienia to faktu, że otrzymujemy kilka mocno łopatologicznych scen, aczkolwiek może tak trzeba było mówić do amerykańskiego widza w czasach, gdy na ekranach nadal w większości królowali dzicy Indianie i cywilizowani biali.

cheyenne autumn

   Szczególnie zaskoczył mnie tu i ucieszył polski wątek, raczej nie zepsuję nikomu kto nie widział zabawy, jeśli zdradzę, że jednym z żołnierzy jest imigrant z Polski, sierżant Wichowski. Klawy chłop, chociaż który lubi sobie popić. To stereotypowe podejście do Polaków mogłoby być pewnym zgrzytem, gdyby nie to, że Wichowski okazuje się najporządniejszym z całego oddziału, odwołując się do smutnych wspomnień z ojczyzny uciskanej przez zaborców. Druga rzecz, że dla kontrastu pojawia się oficer Niemiec, regulaminowy do obrzygu, a mimo to znalazłszy się w ślepym zaułku również sięga po butelkę, co jednak kończy się dla niego gorzej niż dla Polaka.

cheyenne autumn

   Powyższe to tak z ciekawostek, podobnie jak warto zwrócic uwagę na postaci Wyatta Earpa i Doca Hollidaya, które wypadają tu chyba najsłabiej ze wszystkich westernowych odsłon, które z nimi widziałem. Inna rzecz, że ich sekwencja to akurat komiczny fragment filmu, o dziwo mimo poważnego tonu całości całkiem śmieszny.

   Naprawdę kawał dobrego kina, które moge śmiało polecić każdemu miłośnikowi westernów czy po prostu filmów historycznych. A do tego świetny materiał na remake :)


cheyenne autumn

czwartek, 20 lutego 2014

Lemoniadowy Joe (Limonádový Joe aneb Koňská opera) 1964 reż. Oldřich Lipský

   W swej ignorancji ciągle lekceważyłem do tej pory europejskie westerny wychodząc z założenia, że z zasady muszą być kiczowate i nudne. Uważałbym tak pewnie jeszcze długo, gdyby nie lekcją pokory jaką dostałem od Lemoniadowego Joe. A wszystko ze względu na nowy projekt w pracy...

OPIS:
Do miasteczka Stetson City przybywa tajemniczy rewolwerowiec - Lemoniadowy Joe (Karel Fiala). Szybko nakłania miejscowych ochlapusów do zamiany whiskey na lemoniadę Kolaloka, którą sprzedaje. Jego plany pokrywają się z zamierzeniami Ezry Goodmana (Bohuš Záhorský) i jego córki Winnifred (Olga Schoberová), należącymi do Stowarzyszenia Odrodzenia Arizony, walczącego o abstynencję. Wkrótce w miasteczku pojawia się bandyta Horacy alias Hogo Fogo (Miloš Kopecký) i sprawy zaczynają nabierać rozpędu.


   Hmmm, sam nie wiem od czego zacząć, tak nietypowy jest ten film. To co prawda nie Kret, ale również na długo pozostanie mi w pamięci, wyróżniając się nawet wśród ulubionych westernów. Lemoniadowy Joe to parodia klasycznych amerykańskich końskich oper. Znajdziemy tu wyszczególnione chyba wszystkie ich istotne elementy: tajemniczy dobry przybysz, tajemniczy szwarccharakter, cudowny specyfik na handel, dama w opałach, kobieta upadła wracająca na dobrą drogę, westernowe plenery, a do tego saloon(y) i pojedynki rewolwerowców. Wszystko to ukazane w krzywym zwierciadle.


   Tytułowy Lemoniadowy Joe nie pije alkoholu i aż ocieka prawością niczym skaut ze szkółki niedzielnej. By podkreślić swoją nieskazitelność ubiera się na biało. Jak przystało na "tego dobrego" rewolwerami potrafi wyczyniać prawdziwe cuda, także zamiast zabijać przeciwników woli/może bez problemu wystrzeliwać im z rąk broń. A że w tym świecie kobiety uwielbiają dżentelmenów, Winnifred zakochuje się w nim od pierwszego wejrzenia (z wzajemnością rzecz jasna). I chociaż z reguły denerwują mnie tacy wypacykowani lalusie, to jednak Joe zaskarbił sobie moją sympatię, będąc niemalże chodzącym symbolem.


   Prócz komicznych, maksymalnie przerysowanych sytuacji, bawią również dialogi. Mógłbym tu kilka tekstów przytoczyć, ale na suchą tracą one swoją moc, to trzeba zobaczyć. A do tego kwestie wypowiadane po czesku... Nie no, to lepsze niż Winnetou mówiący: ja wohl! I chociaż fabuła jest logicznie poprowadzona, to poziom abstrakcji w poszczególnych scenach czy dialogach nieodmiennie wywołuje uśmiech na ustach.


   Film ten nie każdemu może się spodobać ze względu na nietypową stylistykę, jednak miłośnicy westernu i abstrakcyjnych klimatów powinni być zadowoleni. Jak widzicie po zdjęciach film ten nie czarno-biały, ale i nie kolorowy. Filtry zmieniają się zależnie od sytuacji, np. w saloonie z lemoniadą zawsze jest niebiesko, a w saloonie z whiskey żółto, ewentualnie czerwono. To tylko czubek góry lodowej dziwności, trzeba się jeszcze przygotować na m.in. zmartwychwstania i ruch wsteczny, że niesamowitych akrobacjach nie wspomnę.


   Spojrzawszy na to z przymrużeniem oka, mogę powiedzieć: kawał dobrego westernu :)