Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ranczer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ranczer. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 grudnia 2014

Jeździec znikąd (Shane) 1953 reż. George Stevens

   Co tu dużo gadać, naszło mnie na klasyczny western. Czasem trzeba.

   Jeździec znikąd jest tak klasyczny, że można go traktować jako książkowy przykład. Mamy tu jasny podział na dobrych i złych, przy czym dobrzy wyglądają jak jakieś świętoszkowate niemoty, zbyt papierowe, by dać im wiarę, a źli, no, ci mają już w sobie trochę życia, więc jak dla mnie nawet ujdą. Główny bohater Shane szlachetnością ocieka do tego stopnia, że nie da się na niego patrzeć. Ani nie pije, ani nie pomyśli, by żonę gospodarza zbałamucić, spokojny do tego stopnia, że nie daje się prowokować do awantur, chociaż jest zajebistym zabijaką. Heh. Zresztą odgrywający go Alan Ladd też mnie nie zachwycił, tak jakby odfajkował rolę. A jeśli przy aktorach jesteśmy to ciekawiej wypada Van Heflin znany choćby z 15:10 do Yumy, aczkolwiek napchali mu tyle patetycznych tekstów, że postać i tak się nie wybrania. O jego irytującym dzieciaku już nie będę wspominał.

Od lewej: irytujący gówniarz, stereotypowa matka i żona, facet który dostał kijową rolę i... pizda.


   No właśnie, ta szlachetność biednych, uciśnionych osadników i przewijający się patos doprowadzają do szału. Ludzie mają totalnie przerąbane siedząc na jakimś zadupiu, terroryzowani przez bandytów, a jednak co i rusz walą jakieś komunałki o przywiązaniu do ziemi i walce o szczęśliwy byt, a jak któryś wreszcie normalnie, po ludzku się wystraszy i chce zmykać, to pojawia się Joe Starrett (Heflin) i za każdym razem przekonuje, by jeszcze wytrzymać. Heh, pierdoły, no ale w latach 50' trzeba było kłaść Amerykanom takie rzeczy do głowy, by umacniać i uszlachetniać ich duszyczki. Tylko wzorce raczej średnie - siedź na dupie i licz, że ktoś cię obroni. W wykonaniu z lat 50' strasznie topornie to wychodzi.

Nasz bohater...

   Film jest zdecydowanie zbyt rozwleczony i to chyba jego największa wada. Dwie godziny to za dużo, ale nie bierze się to z nadmiernie rozdętej fabuły, a z licznych niepotrzebnych lub za długich ujęć typu facet jedzie na koniu i nic z tego nie wynika. Bo sam szkielet scenariusza nie jest najgorszy, a w każdym razie schemat znany i często stosowany: bandyci terroryzują osadników, by się ich pozbyć, wśród nich jeden jest bojowo nastawiony i namawia pozostałych do (biernego) oporu, pojawia się dobry wojak, który pomaga osadnikom, szala przechyla się z jednej na drugą stronę, a przeciwnicy przekraczają kolejne granice.

...a to jest jeden z tych "złych". Ubrany bardziej na czarno, żeby nie pomylić z tym dobrym ;P

   Zmęczył mnie ten Jeździec znikąd, ale w końcu jakoś dałem radę. Szkoda mi czasu na takie bzdety. Ino widoczki tu był ładne, bo nawet muzyka zbyt typowo westernowa i tandetnie sielankowa tak jak przedstawiona wizja wymarzonego życia osadników.

niedziela, 7 grudnia 2014

Appaloosa (2008) reż Ed Harris

   Appaloosę miałem już od dawna na swojej liście "do obejrzenia", lecz zupełnie o niej zapomniałem, aż tu ostatnio szukam sobie jakiegoś nowego westernu i rzuciło mi się w oczy. Patrzę, Harris, Mortensen, i Irons, cholerka, uwielbiam wszystkich trzech, więc nie namyślałem się długo i zaraz przystąpiłem do oglądania.

Appaloosa, czyli jak ze sztamp zrobić hita.

   Historia nie należy do oryginalnych, ale za sprawą postaci Virgila (Harris) i Everetta (Mortensen) nabiera rumieńców. Całość zresztą zrealizowana jest bardzo starannie i solidnie, co czyni film obrazem wartościowym. Już początek "chwyta za ryj", widzimy szeryfa który przybywa ze swoimi zastępcami na ranczo i tam zostają zastrzeleni przez jego właściciela, który ani myśli chylić głowy przed majestatem prawa. I tu zaraz błyskawiczne wprowadzenie, bo oto mamy klasyczne miasteczko Dzikiego Zachodu, które terroryzują ludzie wspomnianego wyżej ranczera. Zdesperowane władze mieściny decydują się wynająć rewolwerowców, którzy przywrócą porządek.

Każdym porządny aktor w Hollywood powinien spróbować swych sił w westernie.

   A Virgil i Everett akurat się nie patyczkują, zaraz po podpisaniu umowy przystępują do pracy, czego owocem są trzy trupy. Harris wypada w tym duecie bardziej intrygująco, znając go z innych ról spodziewałem się oczywiście kolejnej kreacji twardziela, ale on poszedł o krok dalej. Virgil jako rewolwerowiec jest bardzo szybki, a przy tym bezwzględny i brutalny. Nie znosi sprzeciwu i nie zna strachu, to czyni go jednym z najlepszych w swoim fachu. Nie dziwi więc jego skuteczność, aczkolwiek zastanawiają pewne dziwne zachowania, jak pobicie właściwie za nic zbyt wesołego kowboja w barze. Ta przesadzona i nie potrzebna brutalność, obok paru innych nietypowych objawów, świadczy o jakimś defekcie charakteru i dodaje mu pewnego uroku. Co ciekawe to człowiek niewykształcony, co jakiś czas zacina się na "mądrych słowach", ale za to przejawia niesamowity wrodzony talent psychologiczny, który pozwala mu w sytuacjach niebezpiecznych oszacować ryzyko i przewidzieć zachowania przeciwników, tak że nawet mimo ich przewagi zawsze wychodzi obronną ręką.


   Znakomicie uzupełnia go postać Vigo, szczęśliwie już całkiem normalnego i poukładanego faceta. W walce może nie jest tak dobry jak Virgil, ale wystarczająco by być jego partnerem. Co ważniejsze jednak, Everett ma kręgosłup moralny i momentami trzeźwiejszą ocenę sytuacji. I taki to właśnie jest duet, a żeby było ciekawiej twórcy dorzucili kobietę, ale nie taka klasyczną lalunię dla kowboja, a całkiem ciekawą osóbkę graną tu przez Zellweger, która tchnęła w postać sporo życia i oryginalności. Pozwala ona uzewnętrznić pewne ukryte cechy obu bohaterów, czyniąc ich ciekawszymi i komplikuje i tak przemyślaną już intrygę.

Ach te kobiety, same problemy z nimi...

   Irons za to odstawił świetnego skurwiela. Ranczer Bragg jest bezwzględny, pieruńsko inteligentny i bezczelny, a przy tym ma swój urok i nawet chwilami bawi. Przeciwnik na miarę naszych rewolwerowców.

   Smaczku filmowi dodają jeszcze miejsca akcji i pewne atrybuty charakterystyczne dla gatunku. Appaloosa zapewnia nam chyba wszystko co charakterystyczne. Mamy akcję w klasycznym miasteczku, na pustyni i w Meksyku. Po drodze przewija nam się pociąg i nawet Indianie. A wszystko to poukładane całkiem zgrabnie, zapewniając ciekawe zwroty akcji i nie pozwalając się nudzić. Czego chcieć więcej?

sobota, 11 października 2014

Kanion bezprawia (The Sundowners) 1950 reż. George Templeton

   Uwielbiam spaghetti westerny i antywesterny, ale od czasu do czasu lubię odpocząć od tego nagromadzenia przemocy, krwi i trupów. Bo choć te pierwsze swoją brutalnością dostarczają więcej rozrywki, a drugie przedstawiają prawdziwszy obraz Dzikiego Zachodu, to jednak miło od czasu do czasu oddać się beztrosce klasycznej końskiej opery, gdzie mamy jasny podział na dobrych i złych, a mit kolonizacji zachodnich obszarów wydaje się bardzo romantyczny, a czasami nawet sielankowy. I właśnie ten niesamowity klimat starych westernów pozwala przymknąć oko na sztuczne i przerysowane postacie, a także historyczne zakłamanie pewnych faktów.

   Klimat o którym wyżej wspomniałem w Kanionie bezprawia udziela się nam już od pierwszych scen, gdy reżyser serwuje nam przepiękne krajobrazy teksańskiego kanionu na tle których młody kowboj wypasa bydło. Obrazek jest na tyle idylliczny, że aż chciało by się zająć miejsce tego mężczyzny. Ale, ale... chwila błogiego rozmarzenia nie trwa zbyt długo, bo kamera robi panoramę i najazd na leżącego w pobliżu trupa.


   Akcja szybko nabiera tempa, poznajemy szeryfa Elmera Galla będącego jedynie figurantem ustanowionym przez ojca - Johna (John Litel), wielkiego posiadacza ziemskiego o bandyckich zapędach, którego solą w oku są okoliczny ranczer Tom Cloud (Robert Sterling)i jego syn Jeff (John Drew Barrymore). I choć wszyscy wiedzą, że za śmiercią pracownika Cloudów, którego trupa znaleziono w kanionie, stoi stary Gall, to jednak nic się nie da zrobić z braku dowodów.

   Już w tym momencie niecierpliwy widz mógłby pomyśleć: jakie to wszystko proste, dobrzy drobni ranczerzy i niegodziwy wielki posiadacz ziemski, który próbuje ich wygonić. Szczęśliwie twórcy nie poszli na łatwiznę i podrzucili kolejnego bohatera, Kida Wichitę (Robert Preston), któremu towarzyszy aura tajemniczości okrywająca motywy jego przybycia i związek z okolicznymi osobami. Przybysz okazuje się zorientowany w sytuacji i zaznajomiony z okolicą, dodatkowo zastanawia jego dziwna relacja z Tomem, chociaż obaj za sobą nie przepadają, to jak na dłoni widać, że coś ich łączy. I ten sprytny wybieg dodaje całej sprawie pikanterii, wzbudzając zainteresowanie.


   A skoro o bohaterach mowa. Tom to człowiek będący zbiorem samych cnót, podczas gdy jego syn Jeff szuka jeszcze swojej drogi w życiu, a przez to imponuje mu tajemniczy przybysz. Wichita jest najciekawszym z bohaterów, określić by go można jako: cynicznego, beztroskiego i pewnego siebie kpiarza, nie pozbawionego przy tym odwagi. Posiada on przy tym urok osobisty i cały ten zestaw sprawia, że trudno nie poczuć do niego sympatii. Ciekawi mnie jak to było sześćdziesiąt cztery lata temu, czy widzowie odbierali go negatywnie, czy podobnie jak dzisiaj. W końcu od tamtego czasu minęło już wiele dekad i kino już dawno nauczyło nas lubić szwarccharakterów.


   Wichita nieźle nagina tutaj fabułę pod siebie, można nawet powiedzieć, że kradnie całe show. Konflikt Toma z Johnem, który powinien być punktem ciężkości filmu, staje się jedynie tłem dla działań zadziornego rewolwerowca rozpoczynającego własną grę, walcząc z wszystkimi dookoła zarówno przy użyciu broni jak i podstępów. Dochodzi do sytuacji, w której dwóch czarnych charakterów zmaga się ze sobą podczas gdy pozytywny bohater biernie stoi na uboczu.

   Miły film dla złapania oddechu :)

wtorek, 11 marca 2014

Pojedynek w słońcu (Duel in the Sun) 1946 reż. King Vidor

   Po ostatniej recenzji Rewolwerowców, którzy zachwycili mnie jedynie kolorowym obrazem i ładnymi zdjęciami, Simply polecił mi Pojedynek w Słońcu. W sumie to bardziej melodramat, ale kilka niezłych kowbojskich akcji odchodzi, więc można śmiało uznać.


Zamiast opisu: czy to aby na pewno nie brazylijska telenowela?

   Zaczyna się od matki głównej bohaterki, która puszcza się z jakimś typem, na czym przyłapuje ją maż. Kochanków zabija, a sam trafia na stryczek. Nieźle co? A to dopiero początek. Córka-sierota, zdawałoby się dobra dziewczyna, nie chce iść w ślady matki, ale gdy trafia na ranczo zadziwiająco szybko zaczyna się szmacić. Powodem tego są dwa przystojni chłopcy, synowie senatora: Jessie, wykształcony i wrażliwy oraz Lewt lekkoduszny i podły. Ja rozumiem, że spodobali się jej obaj, ale życie jest takie (tym bardziej w tamtych latach), że trzeba potrafić się zdecydować. Pearl ma to jednak w dupie i gra na dwa fronty. W końcu przyłapuje ją Jessie i po prostu spuszcza. Wtedy dziewczę leci w objęcia Lewta, którego nienawidzi, ale i... kocha (na zasadzie: im bardziej ją tłuczesz, tym bardziej cię kocha).


   Jak na 1946 rok ten film jest dla mnie wielkim zaskoczeniem i nie chodzi tu o kolorowy obraz, a o fabułę, śmiałą i zaskakującą jak na tamten okres. Mamy seks, zdradę i przemoc.

Wreszcie bohaterowie z jajem.

   Świetna rola Pecka, co ja mówię: genialna. W roli drania spisuje się chyba nawet lepiej niż jako amant. Jako totalny palant ma jednak ciągle sporo uroku osobistego, którym szafuje na lewo i prawo. Nie jest skomplikowaną postacią, na pierwszy rzut oka widać, że interesuje go tylko zabawa bez zobowiązań. Nie ma też jasno określonych zasad, co i rusz obraża i lekceważy Pearl za jej mieszane pochodzenie, ale nie przeszkadza mu to z nią figlować. I Pearl tego nie widzi? Ano, dziewczę nie dość, że niestabilne emocjonalnie to jeszcze głupie.


   A skoro już przechodzimy do jej osoby. Jennifer Jones dostała do odegrania chyba najciekawszą postać w filmie. Niestety brakło jej talentu, którym dysponował Peck. Owszem mamy tu całkiem niezłą kreacje zagubionej, naiwnej dziewczyny, która nie potrafi poradzić sobie z targającymi nią namiętnościami, ale Jones zagrała ją trochę... bo ja wiem, nazbyt teatralnie. Jej gesty, miny czy tonacja, co i rusz obwieszczają nam głośną sprawy oczywiste lub takie, które można było przekazać bardziej oszczędną grą. Nie zmienia to jednak faktu, że jej postać intryguje najbardziej, bo prócz wewnętrznego niezdecydowania, dziewczę dysponuje całkiem niezłym charakterkiem przez co np. nie boi się wziąć karabinu do reki (w końcu to  półkrwi Indianka).


   Będąc przy bohaterach, na uwagę zasługują jeszcze Jessy (Joseph Cotten) i senator McCanles (Lionel Barrymore). Ten pierwszy jest odgrywa porządnego kolesia i chociaż ze wszech miar zasługuje na sympatię, to jednak wymięka w porównaniu z charakternym i podłym, lecz uroczym bratem. Senator z kolei... z jednej strony budzi niechęć, jako osoba zachłanna (obszarnik cholerny, ot co!), ale z drugiej stoi na straży wolności i własnych wartości, co w dużej mierze popierają jego ludzie. Skoro więc chcą być zacofani to czemu ich uszczęśliwiać na siłę.


Westernowo.

   Mamy tu parę niezłych scen. Są pościgi konne, strzelaniny, wysadzanie pociągu (a jakże!), pospolite ruszenie kowbojów i konfrontacja z dzielną US Army. Wszystko to zrobione całkiem porządnie (popisy konne i strzelaniny) i z rozmachem (na statystach i scenografiach nie oszczędzali).


   Jeśli jesteśmy już przy sprawach technicznych to jedynym mankamentem na jaki zwróciłem uwagę była zmiana warunków pogodowych wraz kolejnymi ujęciami (scena w której Lewt goni Pearl, zachmurzenie zmienia się nam co parę sekund).

   Jak na westernowe klimaty przystało mamy naprawdę rewelacyjne zdjęcia. Muzyka niestety nie jest westernowa, a taka bardziej pasująca do melodramatu, ale trudno, wszystkiego mieć nie można.

Trochę polityki.

   Sporo tu rasizmu. Murzynka służąca jest głupia jak but, matka Pearl, która jest Indianką okazuje się skończoną szmatą, córka zresztą w niczym jej nie ustępuje. Ze strony białych nie brakuje licznych złośliwości pod adresem innych ras. Jasnym jest, że ten stan rzeczy nie jest podyktowany jedynie chęcią oddania realiów epoki, ale i faktycznym nastawieniem ówczesnego społeczeństwa.


   Ciekawi mnie też jeszcze jedna rzecz, a mianowicie scena konfrontacji krnąbrnych południowców z US Army. Nie wiem czy twórcy chcieli pokazać kowbojów w złym świetle jako zacofanych i prymitywnych, czy wprost przeciwnie wychwalić ich za poczucie wolności i odwagę. Można odnieść takie wrażenie. Z drugiej jednak strony, amerykańska kawaleria pojawia się w blasku chwały, nie dając cienia złudzeń, że oto przybyli ci dobrzy. Czy może twórcy postanowili nie potępiać żadnej ze stron dając widzowi wybór, by sam się opowiedział za swoimi faworytami.


Podsumowując.

   To film, który nie pozwala się nudzić. Aż nie chce się wierzyć, że powstał w połowie lat 40', gdyż nie ma się czego powstydzić przed nowszymi produkcjami z lat 50', a nawet 60'. Co więcej nie jest wcale taki prosty jakby się mógł wydawać na pierwszy rzut oka i zaskoczy nas nieraz, aż do samego końca. Pojedynek w słońcu warto zobaczyć, bo pomimo swojego wieku to ciągle kawał dobrego kina.



piątek, 14 lutego 2014

Silverado 1985 reż. Lawrence Kasdan

   Po świetnym Tańczącym z wilkami i koszmarnym Wyatt Earp, do kolejnego filmu z Costnerem w roli kowboja podchodziłem raczej ostrożnie. Szczęśliwie spotkało mnie pozytywne zaskoczenie, chociaż zaznaczam, że to nie taka bomba jak Tombstone.

OPIS:
Przypadek łączy losy czterech mężczyzn. W drodze do Silverado rodzi się między nimi przyjaźń, która owocuje wkrótce podjęciem wspólnej walki z lokalnym zbirem i jego ludźmi.


   Film zaczyna się z hukiem, dosłownie. I chociaż akcji tu nie brakuje (o czym zaraz) to myślę, że większym atutem jest tu obsada. Wyżej wspomniany Costner jako narwany i sympatyczny, lecz nie mogący opędzić się od kłopotów Jake daje się lubić od samego początku. Dla kontrastu jego brat Emmet (Scott Glenn) jest spokojny i raczej ponury, ale za to niezwykle skuteczny w walce. Dalej, powtarzając za Tarantino: "czarny na koniu", czyli Danny Glover jako Mal, po prostu fajny facet i dobry przyjaciel. Kompanii dopełnia Paden, człowiek z przeszłością, który próbuje zacząć żyć uczciwie od nowa, w tej roli świetny Kevin Kline, na którego jakoś specjalnie nigdy nie zwracałem uwagi, a teraz będę musiał baczniej przypatrzeć się jego dorobkowi artystycznemu. Żeby nie utonąć w zachwytach: równie szybko jak mnie oczarował, tak i zaraz rozczarował Jeff Goldblum jako hazardzista Slick, początkowo intrygujący i charyzmatyczny (nieco jak Doc Holliday z Tombstone), potem raczej już tylko szujowaty i z niejasnymi motywami. Wśród czarnych charakterów tylko Brian Dennehy (szeryf znany z Rambo) jako Cobb rzuca się w oczy i gra całkiem nieźle, chociaż jego postać jest zaledwie marionetką w rękach potężniejszego łotra.


   Fabuła nie jest skomplikowana, ale i niejednokrotnie zaskakuje. Nie ma tu znanych z innych westernów dłużyzn. Na nieco ponad dwie godziny filmu, cały ten czas wypełniają ciekawe i istotne wątki. To nie tylko strzelaniny, walki i pościgi, ale również historia przyjaźni czterech różnych mężczyzn i moim zdaniem wcale nie naiwna. Poważniejsze sekwencje są szczęśliwie uzupełniane przez pewne wstawki humorystyczne (głównie zasługa Costnera), dzięki czemu całość ogląda się lekko i przyjemnie, a jednocześnie z zainteresowaniem i chwilami w napięciu. Jako że to antywestern, nie otrzymujemy tu jasnego i kategorycznego podziału na dobrych i złych, dla przykładu szeryf i zastępcy to kanalie, a poczciwy z pozoru Jake lubi awantury, których finał okazuje się czasem tragiczny.


   I chociaż zadbano o rozmaite fajerwerki w postaci widowiskowych strzelanin czy fantastycznych popisów z bronią na miarę najlepszych rewolwerowców Dzikiego Zachodu, to jednak zachowany jest umiar i realizm. Nie spotkamy tu zatem samotnych wojowników, których nie imają się kule, a oni bez przeładowywania rewolweru rozwalają hordę bandytów. Nic z tych rzeczy.


   Poza bardzo dobrą obsadą i rewelacyjnym scenariuszem, Silverado posiada wszystko to czego dobremu westernowi nie może braknąć: nastrojową muzykę, piękne zdjęcia w zapierających dech w piersiach plenerach, dopracowane scenografie i rekwizyty, a także odpowiednio sterane kostiumy.

   Polecam wszystkim i zapewniam, że sam nieraz jeszcze wrócę do tego filmu.



środa, 4 grudnia 2013

Rzeka Czerwona (Red River) 1948 reż. Howard Hawks

   Do tego filmu podchodziłem z jawną niechęcią i przymusem. Spodziewałem się klasycznego, szlachetnego kowboja w wykonaniu Wayne i mnóstwo moralnych wskazówek dla widzów. Może na początku mojej przygody z westernami połknąłbym taką przynętę, ale po wielu obejrzanych spag westach nie miałem już ochoty na kolejne przygody "błędnych rycerzy w kapeluszach". Co ciekawe początek filmu potwierdził moje najgorsze obawy. Kiedy Tom Dunson (John Wayne), w którym obudził się "amerykański sen" odłączył się od taboru i ruszył ze swoim bydłem w głąb Texasu by zakładać własne rancho (największe, które wykarmi cały kraj!), a zaraz potem przygarnął napotkanego chłopaka i zastrzelił wysłanników lokalnego watażki (tak, tak, sporo tego) pomyślałem: o cholera... gorzej być nie może. I faktycznie nie mogło być gorzej, bo fabuła zaczęła się powoli podnosić z kolan.

   Przeskakujemy o czternaście lat w przód. Dunsonowi się udało, stworzył największą hodowlę bydła w Texasie z tym, że nie ma jej komu sprzedać. Decyduje się na szaleńczy przepęd krów do Missouri, lekceważąc rady swoich towarzyszy i z biegiem podróży zamieniając się z poczciwego ranczera w prawdziwego potwora, nie wahającego się sięgnąć po karę chłosty czy śmierci za nieposłuszeństwo wyczerpanych pracowników.


   Dużym plusem filmu jest pędząca jak lokomotywa akcja. Chociaż niektóre wątki nie są zbyt ciekawe, to cały czas coś się dzieje. Aktorstwo z początku bardzo teatralne z biegiem czasu się polepsza i chociaż Wayne, ani żadna z dam nie dały rady mnie zadowolić (niefortunny zlepek słów :P ), to już Clift w roli dorosłego Matta zagrał całkiem nieźle. Z pozostałych warci wymienienia są jeszcze John Ireland (Cherry), Noah Beery (Buster), Walter Brennan (Groot) i Chief Yowlachie (Quo). Ci dwaj ostatni w dużej mierze rozluźniają atmosferę i serwują nam pewną dawkę dobrego humoru.

   A skoro już jesteśmy przy Yowlachie, zasmuciło mnie że m.in. na jego przykładzie pokazano Indian jako dzikusów i ludzi prymitywnych. Nie będę tu wnikał w jak dużej mierze wykreowany obraz jest prawdziwy lub nie, problem w tym, że parokrotnie w filmie pojawiały się wyraźne akcenty przedstawiające Indian jedynie w złym świetle. Rozbroiła mnie szczególnie scena, w której tabor handlarzy zostaje zaatakowany przez czerwonoskórych. Zamknąwszy się w okręgu z wozów stawiają oni skuteczny opór wystrzeliwując jak kaczki, galopujących w koło wojowników, nie zmasakrowawszy ich z miejsca chyba tylko po to, by banda Matta mogła przypuścić brawurową odsiecz.


   Ale wracajmy do naszych kowboi. Póki przewodzi im Dunson jest nudno, po prostu nudno. Nawet dramatyczne sceny konfliktów w grupie nie budzą emocji. Początkowo prowadzona zgrabnie, szybko i z sensem akcja zaczyna się wlec. Pojawiają się sceny i ujęcia, które na dobrą sprawę są zbędne, albo zbyt długie. Twórcy pozwalają nam nacieszyć oczy pięknymi widokami i o ile spełniało to swoją rolę w latach czterdziestych czy też pięćdziesiątych to dziś nie może zachwycać, bo co i rusz widać sztuczną scenografie, zdjęcia wykonywane z użyciem reprojektora czy inne niedoróbki techniczne. Chociaż przyznaję, że spora część scen była kręcona w plenerach i do nich nie mam właściwie żadnych zastrzeżeń.

 

   Znowu odbiegłem myślami od dzielnych poganiaczy bydła! Wstyd! Nawet myśli skupić nie potrafię :D No to tak, zaczyna robić się ciekawiej w momencie kiedy chłopcy pozbywają się Dunsona. On sam już dawno przeistoczył się z niepoprawnego idealisty w łajdaka i chociaż wciąż nie jest w stanie dostarczyć takich emocji jak Clint Eastwood, to w momencie kiedy Matt nie pozwolił mu wieszać towarzyszy i weszli w otwarty konflikt, coś we mnie drgnęło. Pojawiło się napięcie towarzyszące dalszej wędrówce kowbojów ze stadem. Dodajmy: wystraszonych kowbojów, którzy z lękiem oglądali się za siebie lub budzili w nocy spodziewając zemsty Dunsona, który - czego się spodziewali - zebrawszy ludzi ruszył za nimi, by wymierzyć odwet. Nawet zadziorny Cherry i dzielny Matt nie sprawiali wrażenia gotowych do walki ze ścigającym ich ranczerem. Swoja drogą potyczka z Indianami nie sprawiła im większego problemu...


   Chociaż wiem, że ścieżka dźwiękowa do tego filmu to klasyka westernu, to jakoś mi się nie podoba, kiedy ją słyszałem to zamiast groźnych rewolwerowców, czy twardych pasterzy walczących z przeciwnościami losu, przywodziła mi na myśl obraz starych pantoflarzy siedzących na werandzie lub w kościele. To słaby motyw jak na western.

   Zbliżając się ku końcowi muszę powiedzieć, ze finał został spartolony na maksa. Całe to napięcie, którym twórcy pompowali widzów od połowy filmu, po prostu zleciało zamiast wystrzelić. Aż cofam to co mówiłem o Yumie, a w zasadzie o obu Yumach.

   I tak podsumowując, polecam ten film, chociaż zaznaczam, że może być ciężki, to raczej przygody poganiaczy bydła, nie western :D