Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Walter Brennan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Walter Brennan. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 października 2015

Rio Bravo (1959) reż. Howard Hawks

   Western legenda z równie legendarną obsadą i reżyserem. Czemu pojawia się u mnie tak późno? Myślicie, że dopiero teraz go zobaczyłem? O nie :) Był to jeden z pierwszych przedstawicieli gatunku, który zobaczyłem po tym jak zacząłem się nim interesować. Blog pojawił się dopiero później.
   No i mamy w końcu tę perłę, zarówno grający w niej aktorzy jak i jej twórcy zjedli zęby na kultowych hollywoodzkich filmach i to jeszcze w czasach, gdy przymiotnik "hollywoodzki" nie miał pejoratywnego znaczenia.

Rio Bravo 1959 John Wayne

   Rio Bravo to dumny przedstawiciel klasycznych westernów, który pojawił się na chwilę przed ich śmiercią. Trzeba przyznać, że to piękny finał, a sam film chociaż trzyma się konwencji to tchnie świeżością omijając najchętniej powielane i najprostsze schematy końskich oper.

   Chance, Dude czy Stumpy to ciągle bezsprzecznie pozytywni bohaterowie, ale daleko im do cnótek niewydymek pokroju Shane'a z Jeźdźca znikąd. Mają swoje wady, ale nie brak im jaj. Jak na "tych dobrych" są autentyczni i zwyczajnie dają się lubić. Czarne charaktery to również ludzie z krwi i kości, prawdziwi degeneraci, a nie wydmuszki powołane do życia ze scenariusza bez polotu.

Rio Bravo 1959 Dean Martin

   Fabuła jest prosta, ale za to ładnie przyozdobiona. Bo oto lokalny bandzior zabija człowieka za co trafia do pierdla. Kumple i rodzina zamierzają go odbić, a stróże prawa osamotnieni w obliczu przeważających sił wroga konsolidują siły. No i pięknie, to dobry punkt wyjścia, z którego można wyprowadzić dalszą narrację na trzy sposoby: 
1. czyniąc ją równie ciekawą co pożar osiedlowego śmietnika,
2. dając krwawą, okraszoną wybuchami rąbankę będącą starciem dwóch cwaniaków,
3. opowiadając po prostu ciekawą historię z polotem.

   Na opcję numer dwa było jeszcze za wcześnie, a jedynki szczęśliwie udało się uniknąć.

Rio Bravo 1959 Dean Martin

   Hawks wystawił do gry bardzo nierówne siły. Drużynę dobrych reprezentuje szeryf Chance, prawdziwy motherfucker będący uosobieniem wszystkiego co najlepsze na Dzikim Zachodzie. Przyłącza się do niego Dude, niegdyś jego zastępca i kozak podobnego kalibru, obecnie miejscowy lump. Właściwy skład zamyka stary i kulawy, lecz odważny i lojalny Stumpy.

   Jeszcze nie przedstawiłem czarnych charakterów, ale chyba czujecie już, że będą oni mieli miażdżącą przewagę. Dlatego też scenarzyści dorzucili naszym stróżom porządku dodatkowe wsparcie w postaci wędrownej oszustki (ma ona akurat podwójną wartość, bo dodatkowo nakręca wątek miłosny), właściciela hotelu Meksykańca kurdupla i w odwodach pewnego siebie, narwanego młodziaka.

Rio Bravo 1959 John Wayne Ricky Nelson

   No dobra, a przeciwnicy? Około dwudziestu obytych z bronią i bezwzględnych zakapiorów pod dowództwem bogatego Burdette'a, brata zatrzymanego.

   Pytanie więc jakim cudem te łotry nie rozgromią przeciwników z marszu? Można się karmić mrzonkami, że wobec resztek respektu wobec prawa, ale odpowiedź jest bardziej prozaiczna - Chance traktuje zatrzymanego, o którego toczy się cała draka, nie tylko jak aresztanta, ale i zakładnika. Podejmuje narzucone zasady gry, ale i sam je modyfikuje.

Rio Bravo 1959 Ricky Nelson John Wayne Claude Akins Walter Brennan

   Tym samym zabawa wchodzi na wyższy poziom, czyniąc rozwiązanie siłowe ostatecznością, a nam widzom dając coś więcej niż garść strzelanin i pościgów. A żeby było jeszcze ciekawiej to pozytywni bohaterowie mają jeszcze więcej problemów (jakby bandy zbirów było mało), bo w przeciwieństwie do Burdette'a i jego ludzi nie są wystarczająco zintegrowani i brakuje im wiary w siebie nawzajem.


   Nie dziwię się, że Rio Bravo jest tak wysoko oceniane. Obok Siedmiu wspaniałych to film, który godnie i zasłużenie zajmuje miejsce w panteonie westernów (szczególnie tych klasycznych).

Rio Bravo 1959 John Wayne Dean Martin Ricky Nelson

sobota, 19 lipca 2014

Popierajcie swego szeryfa (Support Your Local Sheriff!) 1969 reż. Burt Kennedy

   Robk po raz kolejny bardzo dobrze mi doradził, gdyż Popierajcie swojego szeryfa to rewelacyjny western komediowy, który spodobać się może nie tylko miłośnikom Dzikiego Zachodu.

OPIS:

   Jason McCullough z braku lepszego zajęcia decyduje się zostac szeryfem w pewnym bogatym miasteczku niedaleko kopalń złota. Postanawia jednocześnie rozprawić się z bezprawiem, przez co zadziera z lokalnymi łotrami.


   Rola Garnera jest tutaj świetna. McCullough to człowiek beztroski i wyluzowany w każdej sytuacji, przy czym może sobie na to pozwolić ze względu na znakomite umiejętności rewolwerowca i nieprzeciętny intelekt. I to chyba jest piękne w jego postaci, w przeciwieństwie do typowego szeryfa, McCullough rzadko stosuje przemoc, nie krzyczy, nie grozi, nie urządza strzelanin, wszystko załatwia spokojnie i z użyciem forteli. Jego niunia Prudy (Joan Hackett) trochę mi już zawadzała, swoją nieporadnością raczej irytując niż bawiąc. Za to zastępca Jake (Jack Elam) to dobrze dobrany towarzysz dla głównego bohatera. Czarne charaktery zaś okresliłbym mianem pociesznych. Walter Brennan w roli ojca rodu trochę mnie zawiódł, ale już głupiutki i nieporadny Joe zagrany przez Bruce'a Derna rozbawił mnie wielokrotnie, myślę że można go porównać ze współczesnym Willem Ferrelem, to ta sama klasa wagowa :)


   Fabuła jest fajnie pomyślana i nastawiona na bawienie widzów poszczególnymi gagami. Momentami zakrawa to na purnonsens, a już samo pojawienie się w kadrze Garnera budzi uśmiech na twarzy będąc oczywistą zapowiedzią kolejnej zabawnej akcji. Przy okazji jestem zaskoczony widząc go w takiej roli, niewiele oglądałem filmów z jego młodości, ale jakoś utrwalił mi się jako aktor odgrywający postacie ciekawe, ale jednak poważniejsze. A tu trochę taki luzak jak Gibson w Mavericku (w którym też sam zagrał... szeryfa).


   Świetnie pokazano tu Dziki Zachód, owszem w krzywym zwierciadle, ale trzymając się znanych schematów. A właściwie te schematy wyśmiewając. Świetny pastisz nie popadający w skrajności.

środa, 4 grudnia 2013

Rzeka Czerwona (Red River) 1948 reż. Howard Hawks

   Do tego filmu podchodziłem z jawną niechęcią i przymusem. Spodziewałem się klasycznego, szlachetnego kowboja w wykonaniu Wayne i mnóstwo moralnych wskazówek dla widzów. Może na początku mojej przygody z westernami połknąłbym taką przynętę, ale po wielu obejrzanych spag westach nie miałem już ochoty na kolejne przygody "błędnych rycerzy w kapeluszach". Co ciekawe początek filmu potwierdził moje najgorsze obawy. Kiedy Tom Dunson (John Wayne), w którym obudził się "amerykański sen" odłączył się od taboru i ruszył ze swoim bydłem w głąb Texasu by zakładać własne rancho (największe, które wykarmi cały kraj!), a zaraz potem przygarnął napotkanego chłopaka i zastrzelił wysłanników lokalnego watażki (tak, tak, sporo tego) pomyślałem: o cholera... gorzej być nie może. I faktycznie nie mogło być gorzej, bo fabuła zaczęła się powoli podnosić z kolan.

   Przeskakujemy o czternaście lat w przód. Dunsonowi się udało, stworzył największą hodowlę bydła w Texasie z tym, że nie ma jej komu sprzedać. Decyduje się na szaleńczy przepęd krów do Missouri, lekceważąc rady swoich towarzyszy i z biegiem podróży zamieniając się z poczciwego ranczera w prawdziwego potwora, nie wahającego się sięgnąć po karę chłosty czy śmierci za nieposłuszeństwo wyczerpanych pracowników.


   Dużym plusem filmu jest pędząca jak lokomotywa akcja. Chociaż niektóre wątki nie są zbyt ciekawe, to cały czas coś się dzieje. Aktorstwo z początku bardzo teatralne z biegiem czasu się polepsza i chociaż Wayne, ani żadna z dam nie dały rady mnie zadowolić (niefortunny zlepek słów :P ), to już Clift w roli dorosłego Matta zagrał całkiem nieźle. Z pozostałych warci wymienienia są jeszcze John Ireland (Cherry), Noah Beery (Buster), Walter Brennan (Groot) i Chief Yowlachie (Quo). Ci dwaj ostatni w dużej mierze rozluźniają atmosferę i serwują nam pewną dawkę dobrego humoru.

   A skoro już jesteśmy przy Yowlachie, zasmuciło mnie że m.in. na jego przykładzie pokazano Indian jako dzikusów i ludzi prymitywnych. Nie będę tu wnikał w jak dużej mierze wykreowany obraz jest prawdziwy lub nie, problem w tym, że parokrotnie w filmie pojawiały się wyraźne akcenty przedstawiające Indian jedynie w złym świetle. Rozbroiła mnie szczególnie scena, w której tabor handlarzy zostaje zaatakowany przez czerwonoskórych. Zamknąwszy się w okręgu z wozów stawiają oni skuteczny opór wystrzeliwując jak kaczki, galopujących w koło wojowników, nie zmasakrowawszy ich z miejsca chyba tylko po to, by banda Matta mogła przypuścić brawurową odsiecz.


   Ale wracajmy do naszych kowboi. Póki przewodzi im Dunson jest nudno, po prostu nudno. Nawet dramatyczne sceny konfliktów w grupie nie budzą emocji. Początkowo prowadzona zgrabnie, szybko i z sensem akcja zaczyna się wlec. Pojawiają się sceny i ujęcia, które na dobrą sprawę są zbędne, albo zbyt długie. Twórcy pozwalają nam nacieszyć oczy pięknymi widokami i o ile spełniało to swoją rolę w latach czterdziestych czy też pięćdziesiątych to dziś nie może zachwycać, bo co i rusz widać sztuczną scenografie, zdjęcia wykonywane z użyciem reprojektora czy inne niedoróbki techniczne. Chociaż przyznaję, że spora część scen była kręcona w plenerach i do nich nie mam właściwie żadnych zastrzeżeń.

 

   Znowu odbiegłem myślami od dzielnych poganiaczy bydła! Wstyd! Nawet myśli skupić nie potrafię :D No to tak, zaczyna robić się ciekawiej w momencie kiedy chłopcy pozbywają się Dunsona. On sam już dawno przeistoczył się z niepoprawnego idealisty w łajdaka i chociaż wciąż nie jest w stanie dostarczyć takich emocji jak Clint Eastwood, to w momencie kiedy Matt nie pozwolił mu wieszać towarzyszy i weszli w otwarty konflikt, coś we mnie drgnęło. Pojawiło się napięcie towarzyszące dalszej wędrówce kowbojów ze stadem. Dodajmy: wystraszonych kowbojów, którzy z lękiem oglądali się za siebie lub budzili w nocy spodziewając zemsty Dunsona, który - czego się spodziewali - zebrawszy ludzi ruszył za nimi, by wymierzyć odwet. Nawet zadziorny Cherry i dzielny Matt nie sprawiali wrażenia gotowych do walki ze ścigającym ich ranczerem. Swoja drogą potyczka z Indianami nie sprawiła im większego problemu...


   Chociaż wiem, że ścieżka dźwiękowa do tego filmu to klasyka westernu, to jakoś mi się nie podoba, kiedy ją słyszałem to zamiast groźnych rewolwerowców, czy twardych pasterzy walczących z przeciwnościami losu, przywodziła mi na myśl obraz starych pantoflarzy siedzących na werandzie lub w kościele. To słaby motyw jak na western.

   Zbliżając się ku końcowi muszę powiedzieć, ze finał został spartolony na maksa. Całe to napięcie, którym twórcy pompowali widzów od połowy filmu, po prostu zleciało zamiast wystrzelić. Aż cofam to co mówiłem o Yumie, a w zasadzie o obu Yumach.

   I tak podsumowując, polecam ten film, chociaż zaznaczam, że może być ciężki, to raczej przygody poganiaczy bydła, nie western :D