Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1973. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1973. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 lutego 2014

Mały western 1960 i Stary kowboj 1973 reż. Witold Giersz

   Tak dla urozmaicenia, w temacie polskich westernów, chciałbym zwrócił uwagę na dwie krótkometrażowe animacje Witolda Giersza.

   To proste technicznie animacje z równie prostą fabułą, ale moim zdaniem da się je obejrzeć, nawet z pewnym zainteresowanie. Zresztą i tak biją na głowę Rancho Texas.



poniedziałek, 9 grudnia 2013

Pat Garrett i Billy Kid (Pat Garrett & Billy the Kid) 1973 reż. Sam Peckinpah

   Film opowiada o szeryfie Pacie Garecie (James Coburn), dawnym przestępcy, który zostawszy stróżem prawa decyduje się schwytać swojego niedawnego przyjaciela Billiego Kida (Kris Kristefferson).

    Zawiązanie akcji następuje na samym początku, szybko też poznajemy bohaterów. Coburn gra tutaj byłego bandytę, który na starość zgodził się być szeryfem zaprzedając się swoim własnym ideałom, czego jest boleśnie świadom. I chociaż jest w świetnej formie, to sprawia wrażenie zmęczonego życiem i pogodzonego ze zmianami, które przyniosły nowe czasy. Kristofferson to z kolei młody, pełen wdzięku przestępca nie chcący się pogodzić z nowymi porządkami i walczący dla siebie o wolność (w swoim rozumieniu). Jest człowiekiem bezwzględnym, ale nie zabija dla zabawy, a kiedy może stara się tego unikać. Jednocześnie potrafi być przyjacielski i pomocny. Obaj wzbudzają u widza sympatię w przeciwieństwie do pozostałych postaci, będących albo degeneratami, albo osobami surowymi, nakierowanymi na zysk.


   Historia jest pokazana w sposób ciekawy i wciągający, a poczynania bohaterów zaskakują. Dobrze nakreślone charaktery obu głównych bohaterów pozwalają szybko się do nich ustosunkować.
Dialogi są rewelacyjne, i chociaż również ociekają stylem macho jak w Django, to jednak tutaj są bardziej wyważone i mniej banalne.

   Mimo wszystko, czegoś filmowi brakuje. Mniej więcej od połowy zacząłem się nudzić, a kolejne sceny dłużyły mi się coraz bardziej. Nie chodzi mi o końcówkę, doceniam to, że Peckinpah skłonił się ku prawdzie historycznej zamiast postawić na widowiskowy koniec. Po prostu czegoś w tym filmie brakowało, podobnie jak w Dzikiej bandzie klimat siadał przy wątku Thorntona.


   Zdecydowanym minusem filmu jest hipisowska muzyka (nie znam się, inaczej nie potrafię tego określić), która niestety psuje całość, pasując jak kwiatek do kożucha.

   Od strony technicznej muszę pochwalić niesamowite sceny strzelanin. Wydaje mi się, że wyszły całkiem naturalnie nie tracąc nic z brutalności i brawury strzelców.



środa, 27 listopada 2013

Mściciel (High Plains Drifter) 1973 reż. Clint Eastwood

   Film opowiada historię obcego (Clint Eastwood), który przybywa do miasteczka Lago i sprowokowany zabija trzech miejscowych bandytów - ochroniarzy pewnej firmy. W tym samym czasie z więzienia zostają wypuszczeni trzej inni bandyci, zamknięci za zabicie przed laty szeryfa Duncana. Jest pewne, że zamierzają dokonać zemsty i pozostało nie dużo czasu do ich przybycia. Mieszkańcy widząc odwagę i celne oko przybysza postanawiają wynająć go do obrony. Nieznajomy odrzuciwszy formę zapłaty w pieniądzach, w zamian za swoje usługi przejmuje całkowitą władzę nad Lago.

   Przyznać muszę, że byłem zaskoczony. Spodziewałem się obrońcy uciśnionych, albo cwaniaka żerującego na biednych i słabych, a dostałem historię nietypową i zagadkową. Przygotowuje on plan obrony i uczy mężczyzn strzelania. Pozostałe poczynania przybysza są jednak przekorne (obdarowanie pogardzanych Indian cukierkami i kocami) lub poniżające (wyrzucenie gości z hotelu) względem mieszkańców.


   Tym razem Eastwood zagrał skurwiela, chociaż widać że nie jest zły z natury. Zachowanie nieznajomego jest uzasadnione - po jego czynach widzimy, że ma do mieszkańców żal za to, iż żaden z nich nie pomógł katowanemu przed laty szeryfowi, a jedynie przyglądali się całemu zajściu (widzimy to w jego wspomnieniach, czy też snach). By ich ukarać ogranicza się jednak do drobnych złośliwości, a jednocześnie daje możliwość poprawy - uczy ich strzelać, by przy następnym konflikcie podjęli walkę. Mimo iż są przeciwni jego władzy to nikt nie ma odwagi mu odmówić, kilku stać jedynie na nieudane skrytobójstwo. A pamiętajmy, że na początku sami dali mu tą władzę. Taka jest kara dla nich, zaś prawdziwą zemstę szykuje zaś dla powracających morderców.

   Można powiedzieć, że nieznajomemu nie brak poczucia humoru, nieco wisielczego, ale jednak. Sceny z pomalowaniem domów na czerwono i zamianą nazwy Lago na Piekło są może nieco wyolbrzymione, ale ciekawe, to ukoronowanie całego czasu oczekiwania na zemstę. Z jednej strony podobała mi się ta tajemnicza otoczka i zagadki, ale w którymś momencie poziom odrealnienia przekroczył mój dopuszczalny limit.


   Dialogi są niesamowite, wiele na długo zapada w pamięć. Postawa Eastwooda również zachwyca, to nadal twardy, bezwzględny, inteligentny i silny facet jakiego znamy z trylogii dolarowej. Może tym razem robi nieco większy użytek z mimiki twarzy i zdolności mowy, ale wychodzi to tylko na dobre. Strzelanin nie jest może za dużo, ale nie ma na co narzekać.

   Trochę denerwowała mnie muzyka, momentami dopasowana, westernowa, a momentami po prostu dziwna. Ciekawy okazał się plener, dla odmiany miasteczko znajdowało się nad wodą (jakiś zalew czy jezioro), a nie jak zwykle na pustyni.

   Jak na drugi wyreżyserowany przez niego film, a pierwszy western to prawdziwa bomba, ale czego się spodziewać po latach pracy u Sergio Leone :)


Mikrospojler.

Przez cały film zastanawiało mnie kim jest nieznajomy i byłem przekonany, że na końcu się dowiem (przyzwyczaiłem się do tego w spaghetti westernach), a tu lipa... :D Początkowo uznałem, że to musi być jakiś krewny, który dowiedział się o losie bliskiego i postanowił go pomścić. Sny, wspomnienia, mogły być jedynie jego wyobrażeniem z tego co zasłyszał, a nie zapisem tego co widział. Ostatnia scena nakierowała mnie na inne tory, a mianowicie gdy karzeł pyta go o imię, a on odpowiada że już je zna, po czym jest zbliżenie na tablicę nagrobną Duncana. Pomyślałem, że może szeryf cudownie przeżył i wrócił niepoznany, ale to zbyt naciągane. Poszperałem po internecie i znalazłem mnóstwo różnych interpretacji. Najbardziej skłaniam się ku tej, iż Bezimienny to sam szeryf Duncan, który powraca jako zjawa, by ukarać winowajców - bandytów śmiercią za śmierć, a mieszkańców którzy mu nie pomogli, zamieniając iż życie w piekło, jak sam powiedział nim skonał: niech was diabli.



niedziela, 3 listopada 2013

Świat Dzikiego Zachodu (Westworld) 1973 reż. Michael Crichton

   Myślałem że w tym filmie będzie więcej z westernu, a tymczasem Dziki Zachód okazał się faktycznie jedynie tłem wydarzeń. Mimo to zamieszczam tu recenzję, ot tak, jako ciekawostka.

   Świat Dzikiego Zachodu to historia z przyszłości. Dwóch przyjaciół jedzie do nowoczesnego parku rozrywki, gdzie za duże pieniądze mogą pobawić się w kowboi w doskonale odwzorowanym westernowym miasteczku. Za jego mieszkańców robią roboty, które goście parku mogą zabijać, albo wykorzystywać seksualnie. Zabawa dla bogaczy jest przednia do czasu, aż nie zaczynają się pojawiać awarie maszyn, które w końcu prowadzą do buntu.


   Zacznijmy od samego pomysłu. Jest naprawdę niezły i oryginalny, ale niestety niedopracowany. Po prostu poziom bezpieczeństwa parku nawet w teorii był za niski, a ryzyko za wysokie. Broń palna miała czujniki ciepła, więc ludzie nie mogli się przypadkiem pozabijać, fajnie. Ale broń biała? Gdyby goście zaczęli się rąbać siekierami, albo kroić nożami? Bo czego się spodziewać po facetach, którzy jadą przeżyć westernową przygodę. (Mówię już o samym parku Dziki Zachód, bo pozostałe dwa światy nie zostały dokładnie zaprezentowane, może mieli tam inne systemy zabezpieczeń.) Bójka w barze również pokazała, że można się pozabijać bez pistoletów, ale nikt nie interweniował. Owszem, był monitoring, ale działał ociężale, zresztą... właściciele parku rozrywki nie mieli nawet własnych służb porządkowych (komando) i ratowniczych, bo gdyby było inaczej, to przecież rzuciliby je do walki z robotami i do ratowania rannych.



   Niedoróbek było więcej. Bo skąd nagle u Rewolwerowca broń bez zabezpieczenia? Nie wyjaśniono przyczyny awarii maszyn. Rewolwerowiec "widział" pikselami, trudno więc uwierzyć by mógł być maszyną do zabijania. Dalej, chociaż miał czujnik ciepła to nie wypatrzył Martina na stole. A wątek naukowców duszących się w sali to kpina: żadnej wentylacji, wyjść awaryjnych czy siekier, by rozrąbać drzwi? A kontakt ze światem zewnętrznym? Nie mogli kogoś wezwać na pomoc.

   Dobrze, starczy narzekania (chociaż na chwilę). Na plus mogę policzyć, że bunt maszyn bardzo mi się spodobał, od razu nasuwając skojarzenie z Terminatorem. Walka everymana Petera Martina z Rewolwerowcem to również strzał w dziesiątkę, doprowadza to do jego przemiany z ciapowatego kolesia w prawdziwego faceta, można by powiedzieć, że osiągnął to co chciał - został prawdziwym kowbojem.

   Po Brynnerze spodziewałem się trochę więcej. Świetnie zagrał robota, było widać to w mimice twarzy i ruchach ciała, ale czegoś mu brakowało. Nie mówię, że zagrał źle, wręcz przeciwnie, wyszło sztucznie, ale tak miało być. Szkoda tylko, że nie dostał jakiejś bardziej wymagającej roli, bo aż szkoda jego talentu.



   Jeśli chodzi o Benjamina, to trochę mnie na początku irytował swoją ciamajdowatoscią, ale z biegiem czasu i z przemianą, która w nim następowała zyskał sobie moje uznanie. Nie wypowiem się na temat Brolina, bo przez cały film widziałem w nim jedynie Christiana Bale'a :D

   Jeśli chodzi o scenografie, to zasługują na pochwałę. Mieli rozmach... i zapewne budżet. Śmieszą mnie jedynie wszechobecne telewizory-pudła. Zastanawia mnie zawsze czy filmowcy nie mogli przewidzieć, że tego typu sprzęt odejdzie w przyszłości do lamusa, czy pokazanie jakiegoś bardziej zaawansowanego rekwizytu była jeszcze zbyt skomplikowane dla scenografów. Zresztą zobaczymy za kilkadziesiąt lat czy lansowane teraz przez filmowców futurystyzne nowinki techniczne się sprawdzą.



   Jeśli chodzi o wątek westernowy, to pomijając całe to pajacowanie bohaterów w miasteczku (wóda, dziwki i dynamit), finałowa walka okazała się całkiem niezła i nawet trzymająca w napięciu.

   Film niestety nie przetrwał próby czasu. Mimo wszystko jednak pozytywnie go oceniam, bardziej za całokształt niż pojedyncze elementy.