Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mściciel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mściciel. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 września 2015

Navajo Joe (1966) reż. Sergio Corbucci

   O Navajo Joe będzie krótko, bo obejrzałem go jakieś dwa tygodnie temu i już średnio pamiętam, a co za tym idzie, nie był chyba wcale taki dobry jak mi się zdawało.

   Przyznaję, że całość zaczyna się z jajem. Krew, przemoc i sporo akcji. Problem tylko w tym, że jakieś to takie nudnawe.


   Sam Navajo to ciekawy miks, łączy w sobie cechy bezwzględnego mściciela i cynicznego zarobkiewicza, a jednocześnie ma w sobie ludzkie odruchy. I chociaż momentami powinien (chyba) budzić grozę, to ja odczuwałem co najwyżej zaciekawienie, ale też ledwie przelotne. Szkoda tylko, że sam odtwórca głównej roli z wyglądu średnio pasuje na Indianina, tudzież mieszańca (nie pamiętam już). Zresztą Reynolds bez wąsa to nie Reynolds.

   A im dalej tym gorzej/lepiej. No właśnie. Niby dużo się dzieje, jest krwawa zemsta, widowiskowy napad na pociąg, fortele których nie powstydziliby się najwięksi motherfuckerzy spaghetti westernu, a jednak jako widz nie odczuwam satysfakcji i na końcu mam wrażenie jakbym przeżuł właśnie coś bardzo mdłego.

   Być może to dlatego, że Navajo w zasadzie robi co chce i z łatwością osiąga każdy cel. Ten sam zabieg zepsuł mi I Bóg powiedział do Kaina..., a jednocześnie dał świetny ubaw w przypadku Sabaty, ale to jak już kiedyś wspominałem delikatna sprawa i wymaga sporo wprawy.


poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Człowiek zwany ciszą (Il Grande silenzio) 1968 reż. Sergio Corbucci

   Człowiek zwany Ciszą przypadł mi do gustu już od samego początku. Po pierwsze, akcja filmu rozgrywa się w zimie, a nawet laicy wiedzą, że naprawdę niewiele jest westernów w śnieżnej scenerii. Po drugie, od samego początku urzekła mnie piękna muzyka Morricone, naprawdę świetnie dopasowana do narracji, smutna lub niepokojąca zależnie od sytuacji. To film, który ma parę mocnych akcji i niezłych tekstów, ale żeby jednak nie zdezorientować Was zbytnio, chwilowo przestanę słodzić i skupię się na tym co mi się nie spodobało.


   Sama fabuła może nie powala, bo oto kolejny mściciel, który walczy o uciśnionych (chociaż nie tak za darmo, żeby kto nie powiedział: frajer), w tym przypadku drobnych przestępców, którzy ukrywają się w górach czekając na amnestię. Na przeciw niemu stają bezwzględni łowcy głów i sprzysięgłe z nimi władze pobliskiego miasteczka. Sympatie widzów ustalają się oczywiście po stronie tytułowego Ciszy i ofiar łowców, ale ich sytuacja w świetle prawa skłania też do refleksji: czemu to czarne charaktery stoją po stronie prawa i to prawa, które raczej większość społeczeństwa by respektowała.


   Szkoda że aktorsko film leży, bo jedynie Kinski dał czadu wykreowawszy postać bezwzględnego i cynicznego łowcy głów. Ma w sobie coś tak odpychającego, że od razu budzi niechęć i to się przekłada na grę. Także talentu odmówić mu nie można. Sam tytułowy bohater zaś wypadł słabo, chociaż pomysł na niemego mściciela broniącego uciśnionych był całkiem ok, to jednak Trintignant w moim odczuciu nie podołał prezentując przez cały film może dwie trzy miny, co wydaje mi się słabe. O pozostałych nie ma co wspominać, bo jakoś ich tak za mało, niegodziwy sędzia ledwie miga tu i ówdzie, a szeryf jest jakiś taki nazbyt pierdołowaty jak na tak poważny film.


   Technicznie też kiepściutko, jest mnóstwo niepotrzebny najazdów kamery, gdzieś pod koniec odniosłem wrażenie, że jedna scena im się nieudała, wyszła nieostra i prześwietlona, a mimo to znalazła się w filmie. Niby drobnostki, niby da się przeżyć, ale jednak kumulują się z pozostałymi mankamentami.

   Niemniej Człowieka zwanego Ciszą zdecydowanie warto obejrzeć, bo to bezsprzecznie brutalne kino, któremu daleko do klasycznych westernów czy nawet wielu spaghetti westernów z happy endami. Tutaj prawo stoi po stronie bogatych i silnych, a biednym pozostaje jedynie prawo zemsty. Co ciekawe o ile trudno jednoznacznie osądzić po czyjej stronie jest racja, bo łowcy zabijają przestępców w świetle prawa, chociaż każdy widzi, że jest to kara nieproporcjonalna do popełnionych win lub nie uwzględniająca okoliczności łagodzących, to Cisza pokazuje, że na każdego znajdzie się sposób. Sam również zabija i to równie podstępnie, bo prowokuje swoich przeciwników, by pierwsi wyciągnęli w jego stronę rewolwer, a potem prześciga ich, zabijając tym samym w świetle prawa.


środa, 27 listopada 2013

Mściciel (High Plains Drifter) 1973 reż. Clint Eastwood

   Film opowiada historię obcego (Clint Eastwood), który przybywa do miasteczka Lago i sprowokowany zabija trzech miejscowych bandytów - ochroniarzy pewnej firmy. W tym samym czasie z więzienia zostają wypuszczeni trzej inni bandyci, zamknięci za zabicie przed laty szeryfa Duncana. Jest pewne, że zamierzają dokonać zemsty i pozostało nie dużo czasu do ich przybycia. Mieszkańcy widząc odwagę i celne oko przybysza postanawiają wynająć go do obrony. Nieznajomy odrzuciwszy formę zapłaty w pieniądzach, w zamian za swoje usługi przejmuje całkowitą władzę nad Lago.

   Przyznać muszę, że byłem zaskoczony. Spodziewałem się obrońcy uciśnionych, albo cwaniaka żerującego na biednych i słabych, a dostałem historię nietypową i zagadkową. Przygotowuje on plan obrony i uczy mężczyzn strzelania. Pozostałe poczynania przybysza są jednak przekorne (obdarowanie pogardzanych Indian cukierkami i kocami) lub poniżające (wyrzucenie gości z hotelu) względem mieszkańców.


   Tym razem Eastwood zagrał skurwiela, chociaż widać że nie jest zły z natury. Zachowanie nieznajomego jest uzasadnione - po jego czynach widzimy, że ma do mieszkańców żal za to, iż żaden z nich nie pomógł katowanemu przed laty szeryfowi, a jedynie przyglądali się całemu zajściu (widzimy to w jego wspomnieniach, czy też snach). By ich ukarać ogranicza się jednak do drobnych złośliwości, a jednocześnie daje możliwość poprawy - uczy ich strzelać, by przy następnym konflikcie podjęli walkę. Mimo iż są przeciwni jego władzy to nikt nie ma odwagi mu odmówić, kilku stać jedynie na nieudane skrytobójstwo. A pamiętajmy, że na początku sami dali mu tą władzę. Taka jest kara dla nich, zaś prawdziwą zemstę szykuje zaś dla powracających morderców.

   Można powiedzieć, że nieznajomemu nie brak poczucia humoru, nieco wisielczego, ale jednak. Sceny z pomalowaniem domów na czerwono i zamianą nazwy Lago na Piekło są może nieco wyolbrzymione, ale ciekawe, to ukoronowanie całego czasu oczekiwania na zemstę. Z jednej strony podobała mi się ta tajemnicza otoczka i zagadki, ale w którymś momencie poziom odrealnienia przekroczył mój dopuszczalny limit.


   Dialogi są niesamowite, wiele na długo zapada w pamięć. Postawa Eastwooda również zachwyca, to nadal twardy, bezwzględny, inteligentny i silny facet jakiego znamy z trylogii dolarowej. Może tym razem robi nieco większy użytek z mimiki twarzy i zdolności mowy, ale wychodzi to tylko na dobre. Strzelanin nie jest może za dużo, ale nie ma na co narzekać.

   Trochę denerwowała mnie muzyka, momentami dopasowana, westernowa, a momentami po prostu dziwna. Ciekawy okazał się plener, dla odmiany miasteczko znajdowało się nad wodą (jakiś zalew czy jezioro), a nie jak zwykle na pustyni.

   Jak na drugi wyreżyserowany przez niego film, a pierwszy western to prawdziwa bomba, ale czego się spodziewać po latach pracy u Sergio Leone :)


Mikrospojler.

Przez cały film zastanawiało mnie kim jest nieznajomy i byłem przekonany, że na końcu się dowiem (przyzwyczaiłem się do tego w spaghetti westernach), a tu lipa... :D Początkowo uznałem, że to musi być jakiś krewny, który dowiedział się o losie bliskiego i postanowił go pomścić. Sny, wspomnienia, mogły być jedynie jego wyobrażeniem z tego co zasłyszał, a nie zapisem tego co widział. Ostatnia scena nakierowała mnie na inne tory, a mianowicie gdy karzeł pyta go o imię, a on odpowiada że już je zna, po czym jest zbliżenie na tablicę nagrobną Duncana. Pomyślałem, że może szeryf cudownie przeżył i wrócił niepoznany, ale to zbyt naciągane. Poszperałem po internecie i znalazłem mnóstwo różnych interpretacji. Najbardziej skłaniam się ku tej, iż Bezimienny to sam szeryf Duncan, który powraca jako zjawa, by ukarać winowajców - bandytów śmiercią za śmierć, a mieszkańców którzy mu nie pomogli, zamieniając iż życie w piekło, jak sam powiedział nim skonał: niech was diabli.