piątek, 29 listopada 2013

Wyjęty spod prawa Josey Wales (The Outlaw Josey Wales) 1976 reż. Clint Eastwood

   Farmer Josey Wales po ataku bandytów walczących w szeregach Unii traci rodzinę i farmę. Wkrótce przyłącza się do napotkanego oddziału Konfederatów i rusza by szukać zemsty. Kiedy szala zwycięstwa przeważa na stronę przeciwników jego oddział kapituluje, sam Wales nie składa broni. Od razu też napada na obóz Unii i zadaje przeciwnikowi poważne straty, po czym musi uciekać. W drodze na południe napotyka różnych ludzi, z których większość próbuje go zabić, lecz paru okazuje się prawdziwymi przyjaciółmi.


   Tym razem postać wykreowana przez Eastwooda zaskakuje. Nie jest to znany nam z trylogii dolarowej czy Mściciela Bezimienny, tym razem znamy imię bohatera, co więcej on sam przedstawia się wielu napotkanym osobom, jakby dla zaznaczenia tej różnicy. Nie jest też osobą obojętną i surową, kiedy opuszcza towarzyszy podróży, nie robi tego bez słowa i żalu, mówi też że "chciałby zostać, ale nie może, za to będzie od czasu do czasu ich odwiedzał".Przyznam że byłem pozytywnie zaskoczony. Co ważne Josey pozostał przy tym niezwyciężonym rewolwerowcem, który prócz celnego oka i szybkich rak dysponuje także inteligencją. Żeby jednak nie było zbyt cukierkowo, okazuje się jednocześnie chamem, bez względu na to czy rozmawia z wrogami, przyjaciółmi czy osobami neutralnymi. Najgorsze w tym jest ciągłe spluwanie przeżutym tytoniem, ta poza może zarówno bawić jak i irytować widza. Uczciwe trzeba przyznać, że Josey łagodnieje po czasie w stosunku do osób, z którymi się zaprzyjaźnia. Widać wtedy zmęczonego życiem i doświadczonego przez wojnę człowieka.

   Ten film to materiał na kilka osobnych opowieści. Po części przypomina mi (mającego nadejść wiele lat później) Tańczącego z wilkami - samotny żołnierz w czasie wojny secesyjnej, który nie składa broni, jest doświadczony przez los i potrafi znaleźć nić porozumienia z Indianami.


   Postacie są wyraziste i dobrze zagrane. Eastwood jak zawsze rewelacyjny, ale przy okazji chciałbym zwrócić uwagę na Chiefa Dan George, który zagrał starego Indianina Lone Watie - postać która swoim zachowaniem i żartami wprowadza do filmu humor i pozwala rozładować napięcie. Akcja poprowadzona jest w sposób logiczny i intrygujący. Złych jak i dobrych spotykamy wśród żołnierzy, Indian, mieszkańców mijanych miejscowości i w zasadzie każdy ma coś za uszami.

   Muzyka jest dopasowana i tworzy klimat, momentami podnosząc napięcie. Rekwizyty, kostiumy, plenery... co mam napisać, przecież oczywistym jest, że całość zasługuje na najwyższą ocenę.



8 komentarzy:

  1. To mój ulubiony film w reżyserii Clinta Eastwooda, oglądałem go wielokrotnie. Jednak nie polubiłem go za pierwszym razem - po pierwszym obejrzeniu zapamiętałem go tylko z tego, że Clint ciągle tu pluje :D, ale ponowny seans utwierdził mnie jednak w przekonaniu, że jest to arcydzieło antywesternu, zaś motyw z pluciem wydał mi się całkiem zabawny :D Chief Dan George, którego pamiętałem ze świetnej roli w "Małym wielkim człowieku", wypadł znakomicie w roli ucywilizowanego Indianina, ale trzeba przyznać, że Clint też stworzył tu świetną kreację. Sam film to zaś nieprzewidywalny western o wymowie antywojennej z bardzo ciekawą postacią outsidera.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi z jednej strony podoba się dziwna kompania Josey'ego, ale jednocześnie wyglądają oni komicznie: rewolwerowiec, indiańska dziewczyna i stary Indianin. Aha! I pies :D To troszkę łagodzi fabułę.
      Nie jestem pewny czy nie wolałbym samotnego jeźdźca przemijającego tę trasę i walczącego z przeciwnościami losu, albo chociaż w towarzystwie jakiegoś poważniejszego kompana.

      Nie ma co gdybać, dobrze wyszło, jak wyszło :)

      Usuń
  2. To ten Josey Wales, który wbiega do obozu pełnego żołnierzy i zabija w pojedynkę 50 ludzi? Nie no film jest dobry, ale ta scena mnie bawi. Motyw zjednania trojga bohaterów to bardzo ciekawa rzecz. Pamiętam, że film mi się podobał, ale nie był dla mnie mega rewelacyjny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to ten :) Chociaż zabija ich przy użyciu CKM-u, scena jest podobna do tej finałowej z Dzikiej bandy Peckinpaha.

      Usuń
    2. No tak, ale nie wszyscy padają od CKM. Musi tam jeszcze dobiec, potem uciec. Josey zabił ze dwa razy więcej ludzi w 15 minut niż Jesse James przez całe życie. ;>

      Usuń
    3. Właśnie obejrzałem Django z 1966 i tam też jest CKM i również bohater kosi hordę bandziorów i żołnierzy. Ciekaw jestem ile razy jeszcze spotkam ten motyw :D

      Usuń
  3. To taki pół-westerm,pół-przygodowy.Jest tu wszystko co powinno być w westernie:strzeleniny,pościgi,indianie.
    Nie tylko jeden z najlepszych filmów Eastwooda,ale westernów wogóle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja chyba lubię bardziej niż "Bez przebaczenia".

      Usuń