Raz jeszcze skorzystałem z podpowiedzi Mariusza i sięgnąłem po kolejny film André De Totha, tym razem ku większej satysfakcji - western. Co ciekawe gra tu Gary Cooper i film pochodzi z tego samego roku co W samo południe, daruję sobie jednak robienie porównań, bo to zupełnie inne filmy.
OPIS:
Major Alex Kearney prowadzący transport koni dla armii, w sytuacji kontaktu z bandytami podejmuje decyzje o odwrocie i pozostawieniu zwierząt. Zostaje za to karnie wydalony z wojska, lecz jego problemy na tym się nie kończą.
Początkowo standardzik jak na klasyczny western: ładna, choć typowa muzyka (Max Steiner), piękne z plenery, czarujące zdjęcia, bla, bla, bla... No cud, miód, malina. Taki początek może prowadzić w zasadzie do spektakularnego sukcesu jak i wielkiej klapy. Długo jednak nie musiałem pozostawać w niepewności, gdyż akcja zawiązuje się bardzo szybko.
Na początek dostajemy kilka ciekawych wątków, wśród których budząca emocje tajna broń w postaci tytułowego karabinu, ale i konflikt wojsk Unii z... nie, nie z Konfederatami, a z bandytami, którzy kradnąc wojskowe konie, przyczyniają się do klęski armii Północy, w tle sprawa szpiegostwa, a na pierwszym planie major, który oddaje bandytom wszystkie konie i ratuje swoich ludzi.
Tak, major Alex Kearney to człowiek, który od razu zyskał moją sympatię ze względu na swoją kontrowersyjną z wojskowego punktu widzenia, lecz rozsądną decyzję. Cooper świetnie zagrał tę rolę, jak na lata 50' przystało mamy tu szlachetny charakter, ale dzięki zawiłości fabuły i ciekawej intrydze, postać nabiera jaskrawszych kolorów. Łatwo się z nim zżyć - wczułem się w jego losy, a zdarza mi się to nieczęsto. Zresztą jego problem nie był błahą sprawą i to dodawało sytuacji dramatyzmu.
Ten film zasadniczo nie ma słabych stron, jasne jest parę rzeczy, które mi się nie podobają, no ale przez sześćdziesiąt lat gust widza i sposoby kręcenia filmów musiały się zmienić. Ale i tak nie byłoby źle, bo postać głównego bohatera dużo zyskuje dzięki świetnej intrydze, a wątek miłosny, w zasadzie epizod z żoną, chociaż ocieka słodyczą, nie jest przesadnie rozbudowany. To jeden z tych filmów, których remake chętnie bym zobaczył w dzisiejszej odsłonie.
Nie zabrakło też rozmachu, mamy tu całkiem sporo fajerwerków, piękne strzelaniny i wielu statystów. Liczne zwroty akcji nie pozwalają się nudzić, ciągle trzyma w napięciu i zaskakuje. Nawet się nie zestarzał mocno i ciągle prezentuje się nieźle.
Bardzo polecam :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna secesyjna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna secesyjna. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 30 czerwca 2014
piątek, 20 czerwca 2014
Indiański wojownik (The Indian Fighter) 1955 reż. André De Toth
God bless YouTube :D
Wziąłem na chybił trafił co było dostępne z westernów, spodziewając się jakiegoś nudnego klasyka, który mimo wszystko warto odhaczyć. Zaraz tez sprawdziłem, w rolach głównych Douglas i Matthau. Pomyślałem, no no, może być nieźle, ale... zaraz też zacząłem się zastanawiać czy nie czeka mnie powtórka z Bezkresnego nieba, co niepotrzebnie ostudziło mój zapał.
OPIS:
Dziki Zachód, po wojnie secesyjnej. Johny Hawks (Kirk Douglas) sympatyzujący z Indianami próbuje nie dopuścić do konfliktu z białymi. utrudnia mu to dwóch łotrów chcących zdobyć złoto Indian.
Początek okazał się zachęcający. Film kolorowy, z ładną muzyką, niezłymi zdjęciami w pięknych plenerach... Nieźle, lecz zbytnio się nie podniecałem świadom, że fabuła i postacie mogą leżeć i kwiczeń. Oglądałem. Z każdą minutą było coraz lepiej. Mamy tu Indian ukazanych w pozytywnym świetle, jako ludzi prawych i mądrych, chociaż nie pozbawionych słabości. To też świetni wojownicy, dysponujący dobrą taktyką walki, a nie banda dzikusów. Biali zaś to głównie porządni ludzie, chociaż jest między nimi kilka czarnych owiec. Główny bohater Johny Hawks daje się lubić chyba od samego początku, zadziorny, wyluzowany i pewny siebie, a jednocześnie sympatyczny. Nie jest człowiekiem bez skazy, ma za sobą trudną przeszłość i parę niechlubnych uczynków, ale daje się usprawiedliwić.
Szybko jesteśmy wciągani w wir akcji. Prosta fabuła powoli się zazębia, a napięcie narasta stopniowo wraz z naszą sympatią/antypatią do poszczególnych bohaterów. Nie ma niepotrzebnych dłużyzn, a fabuła jest całkiem ciekawa i podana w przystępny sposób, ba, powiedziałbym nawet intrygująca, bo parę niespodzianek tez na nas czeka. Całość nie jest wygładzona i nie zakłamuje historii (aczkolwiek to fikcja nie dokument). Mamy tu sporo dramatyzmu, a niezbyt rozbudowana lecz dobrze przemyślana intryga skutecznie utrzymuje napięcie.
Dobrze pokazano trudne relacje między białymi i Indianami. Napięta atmosfera i wzajemna nieufność są kruchą podstawą do współżycia obu przenikających kultur. W takich warunkach tragiczne pomyłki mogą doprowadzić do prawdziwej katastrofy i rzecz jasna tak się dzieje. A skoro tak to są i próby porozumienia i ocieplenia stosunków, ot słuszny wniosek się nasuwa, że zawsze się jacyś mądrzy ludzie znajdą.
Główny bohater to jak już wspomniałem postać ciekawa, pozytywna i zachęcająca, nie żaden tam mydłek, ani owoc propagandy. Douglas świetnie go odegrał. Matthau za to dobrze wykreował łotra, chociaż nie jest to rola wybitna. Elsa Martinelli będąca istotnym elementem składowym (wspomnianą Indianką), poza uzupełnianiem fabuły i wypełnieniem wątku miłosnego, może poszczycić się jedynie ładną buzią, co też ma swoje zalety. A pozostali wypadli po prostu dobrze.
Nie szczędzili tu kasy na statystów, stroje, rekwizyty, efekty specjalne i scenografie. Jasne są małe zgrzyty tak jak Indianka odgrywana przez aktorkę o maksymalnie europejskich rysach, ale tak się wtedy kręciło, by przyciągnąć widzów do kina. Drobiazg. Całokształt za to robi wspaniałe wrażenie. A wspaniałe plenery... mmm, jest na czym oko zawiesić.
Scena batalistyczna to mocny atut tego filmu i kawał naprawdę dobrej roboty. Popisy kaskaderskie również wspaniałe. No i kawał dobrej roboty speców od efektów specjalnych daje nam niezłe widowisko, a nie suchą wymianę strzałów. Jak na lata 50' bomba.
Zdecydowanie polecam.
Etykiety:
1955,
amerykański,
André De Toth,
fort,
indiański wojownik,
kirk douglas,
klasyczny western,
osadnicy,
recenzja,
the indian fighter,
walter matthau,
western,
wojna secesyjna
piątek, 29 listopada 2013
Wyjęty spod prawa Josey Wales (The Outlaw Josey Wales) 1976 reż. Clint Eastwood
Farmer Josey Wales po ataku bandytów walczących w szeregach Unii traci rodzinę i farmę. Wkrótce przyłącza się do napotkanego oddziału Konfederatów i rusza by szukać zemsty. Kiedy szala zwycięstwa przeważa na stronę przeciwników jego oddział kapituluje, sam Wales nie składa broni. Od razu też napada na obóz Unii i zadaje przeciwnikowi poważne straty, po czym musi uciekać. W drodze na południe napotyka różnych ludzi, z których większość próbuje go zabić, lecz paru okazuje się prawdziwymi przyjaciółmi.
Tym razem postać wykreowana przez Eastwooda zaskakuje. Nie jest to znany nam z trylogii dolarowej czy Mściciela Bezimienny, tym razem znamy imię bohatera, co więcej on sam przedstawia się wielu napotkanym osobom, jakby dla zaznaczenia tej różnicy. Nie jest też osobą obojętną i surową, kiedy opuszcza towarzyszy podróży, nie robi tego bez słowa i żalu, mówi też że "chciałby zostać, ale nie może, za to będzie od czasu do czasu ich odwiedzał".Przyznam że byłem pozytywnie zaskoczony. Co ważne Josey pozostał przy tym niezwyciężonym rewolwerowcem, który prócz celnego oka i szybkich rak dysponuje także inteligencją. Żeby jednak nie było zbyt cukierkowo, okazuje się jednocześnie chamem, bez względu na to czy rozmawia z wrogami, przyjaciółmi czy osobami neutralnymi. Najgorsze w tym jest ciągłe spluwanie przeżutym tytoniem, ta poza może zarówno bawić jak i irytować widza. Uczciwe trzeba przyznać, że Josey łagodnieje po czasie w stosunku do osób, z którymi się zaprzyjaźnia. Widać wtedy zmęczonego życiem i doświadczonego przez wojnę człowieka.
Ten film to materiał na kilka osobnych opowieści. Po części przypomina mi (mającego nadejść wiele lat później) Tańczącego z wilkami - samotny żołnierz w czasie wojny secesyjnej, który nie składa broni, jest doświadczony przez los i potrafi znaleźć nić porozumienia z Indianami.
Postacie są wyraziste i dobrze zagrane. Eastwood jak zawsze rewelacyjny, ale przy okazji chciałbym zwrócić uwagę na Chiefa Dan George, który zagrał starego Indianina Lone Watie - postać która swoim zachowaniem i żartami wprowadza do filmu humor i pozwala rozładować napięcie. Akcja poprowadzona jest w sposób logiczny i intrygujący. Złych jak i dobrych spotykamy wśród żołnierzy, Indian, mieszkańców mijanych miejscowości i w zasadzie każdy ma coś za uszami.
Muzyka jest dopasowana i tworzy klimat, momentami podnosząc napięcie. Rekwizyty, kostiumy, plenery... co mam napisać, przecież oczywistym jest, że całość zasługuje na najwyższą ocenę.
Tym razem postać wykreowana przez Eastwooda zaskakuje. Nie jest to znany nam z trylogii dolarowej czy Mściciela Bezimienny, tym razem znamy imię bohatera, co więcej on sam przedstawia się wielu napotkanym osobom, jakby dla zaznaczenia tej różnicy. Nie jest też osobą obojętną i surową, kiedy opuszcza towarzyszy podróży, nie robi tego bez słowa i żalu, mówi też że "chciałby zostać, ale nie może, za to będzie od czasu do czasu ich odwiedzał".Przyznam że byłem pozytywnie zaskoczony. Co ważne Josey pozostał przy tym niezwyciężonym rewolwerowcem, który prócz celnego oka i szybkich rak dysponuje także inteligencją. Żeby jednak nie było zbyt cukierkowo, okazuje się jednocześnie chamem, bez względu na to czy rozmawia z wrogami, przyjaciółmi czy osobami neutralnymi. Najgorsze w tym jest ciągłe spluwanie przeżutym tytoniem, ta poza może zarówno bawić jak i irytować widza. Uczciwe trzeba przyznać, że Josey łagodnieje po czasie w stosunku do osób, z którymi się zaprzyjaźnia. Widać wtedy zmęczonego życiem i doświadczonego przez wojnę człowieka.
Ten film to materiał na kilka osobnych opowieści. Po części przypomina mi (mającego nadejść wiele lat później) Tańczącego z wilkami - samotny żołnierz w czasie wojny secesyjnej, który nie składa broni, jest doświadczony przez los i potrafi znaleźć nić porozumienia z Indianami.
Postacie są wyraziste i dobrze zagrane. Eastwood jak zawsze rewelacyjny, ale przy okazji chciałbym zwrócić uwagę na Chiefa Dan George, który zagrał starego Indianina Lone Watie - postać która swoim zachowaniem i żartami wprowadza do filmu humor i pozwala rozładować napięcie. Akcja poprowadzona jest w sposób logiczny i intrygujący. Złych jak i dobrych spotykamy wśród żołnierzy, Indian, mieszkańców mijanych miejscowości i w zasadzie każdy ma coś za uszami.
Muzyka jest dopasowana i tworzy klimat, momentami podnosząc napięcie. Rekwizyty, kostiumy, plenery... co mam napisać, przecież oczywistym jest, że całość zasługuje na najwyższą ocenę.
Etykiety:
1976,
antywestern,
clint eastwood,
indianie,
josey wales,
konfederacja,
rewelwerowiec,
Texas,
The Outlaw,
Unia,
western,
wojna secesyjna,
wyjęty spod prawa
czwartek, 31 października 2013
Dobry, zły i brzydki (Il buono, il brutto, il cattivo) 1966 reż. Sergio Leone
Poprzednie produkcje "dolarowe" mam już za sobą (kiedyś jeszcze do nich wrócę na blogu), a teraz dopełniam całości. Tak jak po poprzednich i po tym filmie spodziewałem się wiele. Nie zawiodłem się, ba, dostałem nawet więcej niż liczyłem :)
Fabuła poprowadzona jest w ciekawy sposób. Niektóre ujęcia co prawda dłużą się w nieskończoność, ale ma to swój urok i tworzy napięcie. Na początku zaczynają mnożyć się nam zagadki. Akcja (pomysłowo osadzona w realiach wojny secesyjnej) tym czasem sprawnie posuwa się do przodu i wraz z upływem czasu wszystkie wątki zaczynają się zazębiać odkrywając przed nami swoje tajemnicę. Jednocześnie rodzą się kolejne niejasności i tym sposobem cały czas trzymani jesteśmy w napięciu. Koleje losu bohaterów są tak niesamowite, że wystarczyłoby materiału na miniserial.
Postacie od początku są wyraziste, a gra aktorska dobra, można się w tym rozsmakować. Może jedynie Tuco pod koniec robi się nazbyt karykaturalny, ale wprowadza to pewną dawkę humoru dająca rozluźnienie (a pamiętajmy, że film trwa trzy godziny). Eastwood z kolei niewiele mówi, jego mimika i gesty również są oszczędne, ale tworzy w ten sposób wizerunek prawdziwego twardziela i stereotyp kowboja, który przyjął się na całym świecie. Za to Lee Van Cleef chociaż gra łajdaka (o wdzięcznej ksywce Anielskie Oczko) to nie daje się nie lubić.
Jak to u Sergio Leone, ciężko momentami nadążyć za fabułą, gdy ujawniane są coraz to nowe fakty, a poszczególne elementy układanki wskakują na właściwe miejsce. To sprawia że film nieustająco intryguje i zaskakuje. Ciężko przewidzieć kolejne posunięcia bohaterów, a czasem jest to wręcz niemożliwe, gdyż twórcy nie odkrywają przed nami wszystkich kart. Co ciekawe nie ma też krystalicznie czystych bohaterów, żadnych "rycerzy w lśniących zbrojach", każdy ma coś za uszami, a tym samym film jest bardziej realistyczny.
Niestety nie zabrakło też pewnych pomyłek. Tylko to określenie przychodzi mi na myśl, gdy przypomnę sobie scenę, w której towarzysze Tuco "spadają z nieba" po tym jak wygłasza w kryjówce swój monolog o planach na życie. Druga rzecz to za dużo przypadków, które odwracają losy bohaterów (jak choćby zbłąkana kula armatnia).
Scenografie są rewelacyjne, może kryjówka Tuco była nieco przesadzona i sztuczna, ale reszta jest naprawdę niezła (miasteczko, budynki). Sceny batalistyczne zachwycają ilością statystów, rekwizytów i efektami specjalnymi (jest ich ciągle więcej niż w Bitwie warszawskiej Hoffmana). Kostiumy i charakteryzacja to kolejna mocna strona filmu.
To co najbardziej lubię w westernach to piękne krajobrazy i tym razem nie zawiodłem się na zdjęciach do filmu, ciesząc oczy pięknymi plenerami. Całość dopełniona nastrojową muzyką. Cymesik.
Ostatni atut na koniec: Nie ma wątku miłosnego! Hura! Nieczęsto w końcu się takie filmy trafiają ;)
Fabuła poprowadzona jest w ciekawy sposób. Niektóre ujęcia co prawda dłużą się w nieskończoność, ale ma to swój urok i tworzy napięcie. Na początku zaczynają mnożyć się nam zagadki. Akcja (pomysłowo osadzona w realiach wojny secesyjnej) tym czasem sprawnie posuwa się do przodu i wraz z upływem czasu wszystkie wątki zaczynają się zazębiać odkrywając przed nami swoje tajemnicę. Jednocześnie rodzą się kolejne niejasności i tym sposobem cały czas trzymani jesteśmy w napięciu. Koleje losu bohaterów są tak niesamowite, że wystarczyłoby materiału na miniserial.
Postacie od początku są wyraziste, a gra aktorska dobra, można się w tym rozsmakować. Może jedynie Tuco pod koniec robi się nazbyt karykaturalny, ale wprowadza to pewną dawkę humoru dająca rozluźnienie (a pamiętajmy, że film trwa trzy godziny). Eastwood z kolei niewiele mówi, jego mimika i gesty również są oszczędne, ale tworzy w ten sposób wizerunek prawdziwego twardziela i stereotyp kowboja, który przyjął się na całym świecie. Za to Lee Van Cleef chociaż gra łajdaka (o wdzięcznej ksywce Anielskie Oczko) to nie daje się nie lubić.
Jak to u Sergio Leone, ciężko momentami nadążyć za fabułą, gdy ujawniane są coraz to nowe fakty, a poszczególne elementy układanki wskakują na właściwe miejsce. To sprawia że film nieustająco intryguje i zaskakuje. Ciężko przewidzieć kolejne posunięcia bohaterów, a czasem jest to wręcz niemożliwe, gdyż twórcy nie odkrywają przed nami wszystkich kart. Co ciekawe nie ma też krystalicznie czystych bohaterów, żadnych "rycerzy w lśniących zbrojach", każdy ma coś za uszami, a tym samym film jest bardziej realistyczny.
Niestety nie zabrakło też pewnych pomyłek. Tylko to określenie przychodzi mi na myśl, gdy przypomnę sobie scenę, w której towarzysze Tuco "spadają z nieba" po tym jak wygłasza w kryjówce swój monolog o planach na życie. Druga rzecz to za dużo przypadków, które odwracają losy bohaterów (jak choćby zbłąkana kula armatnia).
Scenografie są rewelacyjne, może kryjówka Tuco była nieco przesadzona i sztuczna, ale reszta jest naprawdę niezła (miasteczko, budynki). Sceny batalistyczne zachwycają ilością statystów, rekwizytów i efektami specjalnymi (jest ich ciągle więcej niż w Bitwie warszawskiej Hoffmana). Kostiumy i charakteryzacja to kolejna mocna strona filmu.
To co najbardziej lubię w westernach to piękne krajobrazy i tym razem nie zawiodłem się na zdjęciach do filmu, ciesząc oczy pięknymi plenerami. Całość dopełniona nastrojową muzyką. Cymesik.
Ostatni atut na koniec: Nie ma wątku miłosnego! Hura! Nieczęsto w końcu się takie filmy trafiają ;)
Etykiety:
clint eastwood,
dobry,
dolarowa trylogia,
eli wallach,
il brutto,
Il buono,
il cattivo,
lee van cleef,
sergio leone,
spaghetti,
the Bad and the Ugly,
The Good,
western,
wojna secesyjna,
zły i brzydki
poniedziałek, 21 października 2013
Tańczący z wilkami (Dances with Wolves) 1990 reż. Kevin Costner
Nie dość, że normalnie trwa trzy godziny to mi się jeszcze przypadkiem trafiła wersja reżyserska dłuższa o czterdzieści parę minut, ale dałem radę przypłacając to późnym pójściem spać i lekkim niewyspaniem na drugi dzień. Było warto.
Wbrew temu co zarzuca mu wiele osób, film nie demonizuje białych i nie wybiela czerwonych (kurde jakiś kolorystycznych miszmasz...). Przecież są pokazani brutalni Paonisi, którzy zabijają białych za nic (właściwie nie za nic, a po to by oczyścić swe ziemie z najeźdźców), a Dunbar jest dowodem na to, że biali mogli być dobrzy. To po prostu nowe spojrzenie na Dziki Zachód. Wcześniej przecież Indianie zawsze byli ukazywani jako dzikusy i łotry.
Fabuła jest może trochę prosta i naiwna, ale za to urzekająca. Porucznik Dunbar walczący w amerykańskiej wojnie domowej po stronie Unii przypadkiem zostaje bohaterem wojennym. W związku z tym dostaje prawo wybrania sobie następnego miejsca służby. Decyduje się na Pogranicze, gdyż ciekaw jest tych dziewiczych jeszcze terenów. Na miejscu okazuje się, że jego nowa placówka szumnie zwana "fortem" to rozsypująca się szopa, a jego załoga gdzieś przepadła. Mimo to Dunbar postanawia przywrócić porządek i czekać na tej pozycji na pozostałe siły lub rozkazy. Po paru dniach dochodzi do kontaktu z Indianami, z którymi w końcu w niełatwy sposób się zaprzyjaźnia.
Dupy nie urywa, co? Ale to przyjemna, rozczulająca historyjka, oczywiście z love story. Widzimy przede wszystkim fascynujące spotkanie dwóch kultur i przełamywanie barier. Szukanie wspólnego języka i powolne przełamywanie barier wydaje się wyjątkowo ciekawe. To był też ogólny przekaz filmu: pokazać, że biali i czerwoni mogli się porozumieć i żyć w pokoju, pomagając sobie nawzajem. Druga rzecz na która zwróciłem uwagę to fakt skłócenia Indian. Tutaj mamy to pokazane na przykładzie tylko dwóch plemion, ale to wystarcza. Nawet w obliczu bliskiego nadejścia białego człowieka, poszczególne grupy nie potrafiły się pogodzić i nawet jeśli nie współpracować to przynajmniej nie walczyć miedzy sobą, by nie osłabiać się nawzajem przed zbliżającą się konfrontacją z białymi.
Wbrew temu co zarzuca mu wiele osób, film nie demonizuje białych i nie wybiela czerwonych (kurde jakiś kolorystycznych miszmasz...). Przecież są pokazani brutalni Paonisi, którzy zabijają białych za nic (właściwie nie za nic, a po to by oczyścić swe ziemie z najeźdźców), a Dunbar jest dowodem na to, że biali mogli być dobrzy. To po prostu nowe spojrzenie na Dziki Zachód. Wcześniej przecież Indianie zawsze byli ukazywani jako dzikusy i łotry.
Zdjęcia są niesamowite, wręcz zapierające dech w piersiach. Już dla samych plenerów czy sceny z bizonami warto ten film zobaczyć. Zaskoczyło mnie że za montaż twórcy dostali Oscara. Nie jest on jakoś specjalnie nowatorski, po prostu dobry. Kostiumy i charakteryzacje za to są kolejnym wielkim atutem. Film ma klimat i daje się porwać, to zupełnie nowa jakość westernu w porównaniu z latami 50'-70'.
Gra aktorska jest wyjątkowo dobra. Chociaż wszyscy najbardziej zachwycają się Costnerem, to mi przypadł do gustu Graham Greene grający Kopiącego Ptaka - jak dla mnie ideał szamana: człowieka o otwartym umyśle, cierpliwego i ciekawego świata, a nie jak to się zwykło przedstawiać - wioskowego szarlatana. Film zawiera dużo humoru, to za sprawą min, gestów, pojedynczych słów, czy krótkich anegdot. Dzięki temu łatwiej polubić bohaterów i się z nimi zżyć. Wracając jeszcze do Costnera i jego porucznika Dunbara - mnie najbardziej urzekło w nim prowadzenie pamiętnika i ta niesamowita narracja, która na długo zapada w pamięć.
Do tej pory niedoścignionym wzorem filmu przedstawiającego świat Indian był Ostatni mohikanin, myślę że Tańczący z wilkami plasuje się bardzo blisko.
Gra aktorska jest wyjątkowo dobra. Chociaż wszyscy najbardziej zachwycają się Costnerem, to mi przypadł do gustu Graham Greene grający Kopiącego Ptaka - jak dla mnie ideał szamana: człowieka o otwartym umyśle, cierpliwego i ciekawego świata, a nie jak to się zwykło przedstawiać - wioskowego szarlatana. Film zawiera dużo humoru, to za sprawą min, gestów, pojedynczych słów, czy krótkich anegdot. Dzięki temu łatwiej polubić bohaterów i się z nimi zżyć. Wracając jeszcze do Costnera i jego porucznika Dunbara - mnie najbardziej urzekło w nim prowadzenie pamiętnika i ta niesamowita narracja, która na długo zapada w pamięć.
Do tej pory niedoścignionym wzorem filmu przedstawiającego świat Indian był Ostatni mohikanin, myślę że Tańczący z wilkami plasuje się bardzo blisko.
Etykiety:
1990,
ameryka północna,
bizony,
dakoci,
Dances with Wolves,
dunbar,
indianie,
Kevin Costner,
paonisi,
prerie,
siuksowie,
tańczący z wilkami,
Unia,
western,
wojna secesyjna
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















