Raz jeszcze skorzystałem z podpowiedzi Mariusza i sięgnąłem po kolejny film André De Totha, tym razem ku większej satysfakcji - western. Co ciekawe gra tu Gary Cooper i film pochodzi z tego samego roku co W samo południe, daruję sobie jednak robienie porównań, bo to zupełnie inne filmy.
OPIS:
Major Alex Kearney prowadzący transport koni dla armii, w sytuacji kontaktu z bandytami podejmuje decyzje o odwrocie i pozostawieniu zwierząt. Zostaje za to karnie wydalony z wojska, lecz jego problemy na tym się nie kończą.
Początkowo standardzik jak na klasyczny western: ładna, choć typowa muzyka (Max Steiner), piękne z plenery, czarujące zdjęcia, bla, bla, bla... No cud, miód, malina. Taki początek może prowadzić w zasadzie do spektakularnego sukcesu jak i wielkiej klapy. Długo jednak nie musiałem pozostawać w niepewności, gdyż akcja zawiązuje się bardzo szybko.
Na początek dostajemy kilka ciekawych wątków, wśród których budząca emocje tajna broń w postaci tytułowego karabinu, ale i konflikt wojsk Unii z... nie, nie z Konfederatami, a z bandytami, którzy kradnąc wojskowe konie, przyczyniają się do klęski armii Północy, w tle sprawa szpiegostwa, a na pierwszym planie major, który oddaje bandytom wszystkie konie i ratuje swoich ludzi.
Tak, major Alex Kearney to człowiek, który od razu zyskał moją sympatię ze względu na swoją kontrowersyjną z wojskowego punktu widzenia, lecz rozsądną decyzję. Cooper świetnie zagrał tę rolę, jak na lata 50' przystało mamy tu szlachetny charakter, ale dzięki zawiłości fabuły i ciekawej intrydze, postać nabiera jaskrawszych kolorów. Łatwo się z nim zżyć - wczułem się w jego losy, a zdarza mi się to nieczęsto. Zresztą jego problem nie był błahą sprawą i to dodawało sytuacji dramatyzmu.
Ten film zasadniczo nie ma słabych stron, jasne jest parę rzeczy, które mi się nie podobają, no ale przez sześćdziesiąt lat gust widza i sposoby kręcenia filmów musiały się zmienić. Ale i tak nie byłoby źle, bo postać głównego bohatera dużo zyskuje dzięki świetnej intrydze, a wątek miłosny, w zasadzie epizod z żoną, chociaż ocieka słodyczą, nie jest przesadnie rozbudowany. To jeden z tych filmów, których remake chętnie bym zobaczył w dzisiejszej odsłonie.
Nie zabrakło też rozmachu, mamy tu całkiem sporo fajerwerków, piękne strzelaniny i wielu statystów. Liczne zwroty akcji nie pozwalają się nudzić, ciągle trzyma w napięciu i zaskakuje. Nawet się nie zestarzał mocno i ciągle prezentuje się nieźle.
Bardzo polecam :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gary cooper. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gary cooper. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 30 czerwca 2014
czwartek, 7 listopada 2013
W samo południe (High Noon) 1952 reż. Fred Zinnemann
W samo południe to film już kultowy, plasujący się niemal na wszystkich listach "top 10 najlepszych westernów". Trochę mnie to zaniepokoiło, gdyż nieraz już się naciąłem na takich "klasykach". Raz jeszcze wiec pełen nadziei, ale i niepokoju zasiadłem, by samemu wyrobić sobie zdanie.
W dniu ślubu, a zarazem przedostatnim dniu służby szeryfa Willa Kane'a, do miasteczka przybywa trzech bandytów, oczekują na przyjazd pociągu z ich towarzyszem Frankiem Millerem, którego Kane pięć lat wcześniej schwytał za morderstwo i wysłał na szubienicę. Uniewinniony zbir zamierza wyrównać rachunki. Will wbrew namowom przyjaciół postanawia zostać w miasteczku i podjąć walkę, w tym celu próbuje bezskutecznie zebrać ludzi, którzy mu pomogą.
Postać szeryfa Willa Kane'a spodobała mi się już od początku. Chociaż mógł odjechać nie zrobił tego, postanawiając zmierzyć się z przestępcami, podczas gdy inni chowali głowy w piasek. Niesamowity był obraz poszukiwania zastępców, którzy u jego boku stawiliby czoła niebezpieczeństwu. Część ludzi odmawiała z sympatii do Millera, ale zdecydowana większość stchórzyła. Nieliczni którzy chcieli pomóc zostali przez pozostałych zniechęceni (scena w kościele) lub nie nadawali się do tego (pijak i czternastolatek). Osobną kategorię stanowił Harvey Pell, który gotów był walczyć w zamian za mianowanie go szeryfem. W takiej sytuacji Will zdecydował się na samotną walkę.
Zdecydowanie fabuła mnie oczarowała i parę razy zaskoczyła. Chociaż nie ma wiele strzelanin i popisów konnych to wciąga przede wszystkim od strony psychologicznej. Niesamowite są przemiany i decyzje bohaterów. To pasjonująca próba charakterów, jak w 15:10 do Yumy.
Ten film to nie tylko western, ma o wiele głębszy sens i pozostaje aktualny do dziś. Ukazuje ludzką znieczulicę i strach w obliczu niebezpieczeństwa, a także samotność i niezrozumienie jednostek cechujących się odwagą i dbałością o wspólne dobro. To smutne, ale od zarania dziejów prawdziwe zjawisko.
W dniu ślubu, a zarazem przedostatnim dniu służby szeryfa Willa Kane'a, do miasteczka przybywa trzech bandytów, oczekują na przyjazd pociągu z ich towarzyszem Frankiem Millerem, którego Kane pięć lat wcześniej schwytał za morderstwo i wysłał na szubienicę. Uniewinniony zbir zamierza wyrównać rachunki. Will wbrew namowom przyjaciół postanawia zostać w miasteczku i podjąć walkę, w tym celu próbuje bezskutecznie zebrać ludzi, którzy mu pomogą.
Postać szeryfa Willa Kane'a spodobała mi się już od początku. Chociaż mógł odjechać nie zrobił tego, postanawiając zmierzyć się z przestępcami, podczas gdy inni chowali głowy w piasek. Niesamowity był obraz poszukiwania zastępców, którzy u jego boku stawiliby czoła niebezpieczeństwu. Część ludzi odmawiała z sympatii do Millera, ale zdecydowana większość stchórzyła. Nieliczni którzy chcieli pomóc zostali przez pozostałych zniechęceni (scena w kościele) lub nie nadawali się do tego (pijak i czternastolatek). Osobną kategorię stanowił Harvey Pell, który gotów był walczyć w zamian za mianowanie go szeryfem. W takiej sytuacji Will zdecydował się na samotną walkę.
Zdecydowanie fabuła mnie oczarowała i parę razy zaskoczyła. Chociaż nie ma wiele strzelanin i popisów konnych to wciąga przede wszystkim od strony psychologicznej. Niesamowite są przemiany i decyzje bohaterów. To pasjonująca próba charakterów, jak w 15:10 do Yumy.
Ten film to nie tylko western, ma o wiele głębszy sens i pozostaje aktualny do dziś. Ukazuje ludzką znieczulicę i strach w obliczu niebezpieczeństwa, a także samotność i niezrozumienie jednostek cechujących się odwagą i dbałością o wspólne dobro. To smutne, ale od zarania dziejów prawdziwe zjawisko.
Podział na dobrych i złych (nie licząc tych z bierną postawą) jest dość wyraźny, co akurat nieszczególnie przypadło mi do gustu. Wolę gdy bohaterowie dzielą się na tych mniej i bardziej złych oraz ofiary. Czasy rycerzy na białych koniach minęły.
Zmierzwił mnie też nieco wątek miłosny i niezdecydowanie żony Kane'a - i tak było wiadomo, że wróci do męża. Nie biorę tego jednak pod uwagę przy ocenie ogólnej, bo taki już urok amerykańskich produkcji lat 50'.
Od strony technicznej spotkało mnie kilka miłych niespodzianek. Przede wszystkim miasteczko. Zdaje się ono by "obszerniejsze", to nie typowe "dwie ulice na krzyż, saloon, kościół i bank". Bohaterowie mają tu większe pole manewru, przy czym w zasadzie nie opuszczają terenu zabudowanego. No właśnie, nie ma tu zapierających dech w piersiach krajobrazów prerii czy pustyni skalistej, ale i tak zdjęcia są świetne. Dopełnieniem tego jest muzyka, nie wybitna, ale dopasowana i tworząca klimat.
Na koniec o grze aktorskiej. W zasadzie cały film kradnie Gary Cooper i trudno się dziwić, że został facet jedną z legend kina, dziś takich aktorów ze świecą szukać. Śmieszna sprawa, ale momentami z wyglądu kojarzył mi się z Gene'm Hackmanem. Pozostałe role również dobre, ale w zasadzie przyćmione postacią szeryfa. Co ciekawe jednego z bandytów gra Lee Van Cleef, jednak to jego debiut, więc nie zobaczymy wiele.
Tym razem się nie zawiodłem, film zasłużył na swoją pozycję i również u mnie ląduje w Top 10.
Na koniec o grze aktorskiej. W zasadzie cały film kradnie Gary Cooper i trudno się dziwić, że został facet jedną z legend kina, dziś takich aktorów ze świecą szukać. Śmieszna sprawa, ale momentami z wyglądu kojarzył mi się z Gene'm Hackmanem. Pozostałe role również dobre, ale w zasadzie przyćmione postacią szeryfa. Co ciekawe jednego z bandytów gra Lee Van Cleef, jednak to jego debiut, więc nie zobaczymy wiele.
Tym razem się nie zawiodłem, film zasłużył na swoją pozycję i również u mnie ląduje w Top 10.
Etykiety:
amerykański,
dramat,
fred zinnemann,
gary cooper,
grace kelly,
high noon,
kowboje,
lee van cleef,
psychologiczny,
samotny,
szeryf,
tchórzostwo,
w samo południe,
western
Subskrybuj:
Posty (Atom)








