Czas na podsumowanie drugiego sezonu. Przyniósł mi on sporo rozczarowań i pewną miłą niespodziankę. I chociaż nie brzmi to zbyt zachęcająco, to zapewniam, że ta seria Deadwood również warta jest obejrzenia.
Dochodzi paru nowych bohaterów, niestety żaden nie daje się lubić, albo nie poznajemy ich wystarczająco by w ogóle wyrobić sobie jakieś zdanie. Mamy geologa-zboczeńca, zamerykanizowanego Chińczyka, szpiega-guwernantkę, żonę Bullocka czy podstarzałą dziwkę na dorobku. Niestety żadna z tych postaci nie jest w stanie się wybić, czy to ze względu na swoją miałkość, czy też nie wystarczająco rozwinięty wątek. A z tych starych? Bullock pozostaje swoim zwyczajem nijaki i tylko z pozoru jest twardzielem, Tolliver traci rozpęd, Jane dalej chleje, Charlie powoli się statkuje, doktor pozostaje sobą, Żyd zakłada bank (he he he), Farnum dalej liże wszystkim buty i się ośmiesza. Niby dużo się dzieje, ale w gruncie rzeczy nic się nie zmienia. Sytuację ratuje Swearengen. Twórcy musieli zdać sobie sprawę z tego, że skrada on każdy odcinek, bo stał się bardziej dowcipny i złośliwy, a chociaż nie złagodniał w stosunku do wrogów, to czasem można dostrzec jego troskę o podopiecznych i pracowników, trudno zauważalną, bo przejawianą jedynie w subtelnych gestach i minach. W każdym razie to wystarczy by zaskarbił sobie jeszcze więcej sympatii.
Fabuła bardzo siada. Tematem przewodnim stają się politykowanie i układy (na temat przyłączenia Deadwood, do któregoś ze stanów), co zwyczajnie jest nudne. Dlatego kolejne postacie wplątane w lokalne rozgrywki zaczynają po prostu męczyć. Pod koniec pierwszego sezonu, kiedy Bullock został szeryfem, zwiastowało to przyspieszenie akcji i nadanie jego postaci więcej energii, a okazało się, że oklapł jeszcze bardziej. Doszło do tego, że oglądając ostatnie odcinki nie wciskałem pauzy wychodząc do kuchni po kawę, bo wiedziałem, że nic nie stracę. Tym sposobem przeskoczyłem parę dłużyzn i niepotrzebnych scen.
I ostatni punkt programu. Technicznie nic się nie zmienia i nadal otrzymujemy maksimum realizmu jeśli chodzi o stroje, scenografie i rekwizyty.
Podsumowując, jest gorzej, ale Al wynagradza te braki. Zresztą to że jest gorzej, nie znaczy że źle. Pierwszy poziom bardzo wysoko podniósł poprzeczkę i scenarzyści nie dali rady za długo utrzymać wysokiego lotu. Przede mną trzeci sezon i może bez euforii, ale podejdę do niego z zainteresowaniem.


