100 karabinów, chociaż produkcji amerykańskiej to zdaje się być pełnokrwistym spaghetti westernem. Twórcy serwują nam sporą dawkę emocji i brutalności w licznych wątkach, którymi obdzielić by można kilka filmów. Przemoc spotykamy tu na każdym kroku, a główni bohaterowie kierują się głównie żądzą zysku lub osobistych korzyści, nie zważając na krzywdy innych.
Reynolds nie zaskoczył mnie swoją kreacją, to kolejny z serii cwanych, uroczych kowbojów, którzy choć mendowaci to nie pozwalają się nie lubić. Rzekomo walczy on o sprawę Indian, lecz jego działania nieustannie budzą wątpliwości co do czystości tych intencji. Brown początkowo zdziwił mnie w roli stróża prawa ze względu na kolor skóry, ale przecież akcja rozgrywa się w początku XX wieku, więc jest to już uzasadnione. To jedna z ciekawszych postaci tego filmu, ściga on wyżej wspomnianego za napad. Ma w sobie coś takiego, że budzi sympatię będąc po prostu porządnym facetem, ale jednocześnie zniechęca bezsensownym uporem, choćby wtedy, gdy będąc bezsilnym stawia przeciwnikom warunki. Duet ten uzupełnia piękna Rachel Welch. Jeśli przy okazji Bandidas chwaliłem film za zaangażowanie dwóch atrakcyjnych lasek, to tutaj muszę przyznać, że sama Rachel dostarcza tyleż emocji co tam Cruz i Hayek razem, a dodatkowo przewyższa je charyzmą i walecznością.
Jasne że 100 karabinów jest filmem zaangażowanym politycznie, ale ja się ani na tym nie znam, ani zbytnio mnie to nie interesuje, więc ten aspekt pominę. Tłem akcji jest rewolucja meksykańska co czyni film bardziej widowiskowym i urozmaiconym dzięki wykorzystaniu nowinek technicznych z epoki. Pojawiają się więc samochody, nowoczesne armaty i tak lubiane przez reżyserów spagwestów CKM-y. Klimat jest podobny do Kuli dla generała i podobnych westernów.
Jak wspomniałem film wręcz przeładowany jest akcją, a mimo to dobrze poprowadzona fabuła nie pozwala się pogubić. Tym samym bez problemu śledzimy niekończące się ucieczki i pościgi bohaterów, zależnie która z walczących stron ma akurat przewagę, co nawet w pewien sposób jest zabawne, podobnie jak przychodzące w ostatniej chwili ratunki. W ogóle humoru jest sporo czy to sytuacyjnego czy tez w dialogach.
Duet Reynolds i Brown nie jest może połączeniem na miarę Redforda i Newmana w Butch Cassidy i Sundance Kid, ale i tak sprawdza się całkiem nieźle dając nam komiczny obraz dwóch różnych mężczyzn, którzy nie potrafią dojść do porozumienia, nawiązują jedynie doraźną współpracę w chwilach zagrożenia. Warto przytoczyć tu cudną wymianę zdań między oboma panami na chwilę przed egzekucją:
B.: Wyrwiemy się stąd.
R.: Jak?
B.: Wszechmocny wyciągnie rękę i przeniesie nas stąd gdzieś daleko, gdzie są kobiety i dobra whiskey.
Twórcy co ważne nie ograniczyli się do samych strzelanin i pościgów. Świetnie przemyślane fortele bohaterów urozmaicają i tak już ciekawą akcję. Taktyka Indian jest rozsądna i śledzenie ich działań może być ciekawe zarówno dla miłośników westernów jak i filmów wojennych. A całość zrobiona z wielkim rozmachem, licznymi scenami batalistycznymi okraszonymi widowiskowymi efektami pirotechnicznymi i udziałem wielu statystów.
100 karabinów to wspaniała przygoda, która wciągnie wszystkich lubiących filmowe awantury i wielkie emocje. Uchylając trochę rąbka tajemnicy mogę jeszcze powiedzieć, że reżyser nie zapomniał o grand finale, który jest naprawdę "grand" ;)






