Pokazywanie postów oznaczonych etykietą giuliano gemma. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą giuliano gemma. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 maja 2014

Dni gniewu (I Giorni dell'ira) 1967 reż. Tonino Valerii

   Kolejny film z polecenia i kolejna świetna rola Van Cleefa ;)

OPIS:

   Rewolwerowiec Frank Talby (Lee Van Cleef) odwiedza dawnego wspólnika winnego mu sporą sumę pieniędzy, okazuje się że aby je odzyskać będzie musiał walczyć z najważniejszymi osobami w miasteczku. Dołącza do niego ubogi  i pogardzany wśród lokalnej społeczności młody mężczyzna Scott (Giuliano Gemma), który zafascynowany jest życiem rewolwerowca.



   Historia jest całkiem niezła, tajemniczy rewolwerowiec przybywa do miasteczka by załatwić swoje sprawy sprzed lat. Jego przyjazne nastawienie do pogardzanego przez resztę mieszkańców chłopaka stwarza całkiem dobre wrażenie, tym bardziej że Talby początkowo nie mógł wiedzieć, że Scott przyda mu się do realizacji planów. Z czasem akcja nabiera tempa, a bohaterowie rozwijają się błyskawicznie. Trupy lecą jeden za drugim, a Frank odkrywa swoje prawdziwe oblicze. Nie można narzekać na nudę, ale ta dynamika wprowadza też trochę zamętu.

   O ile Talby się nie zmienia, a jedynie lepiej go poznajemy z czasem, o tyle przemiana jego partnera jest nadzwyczaj ciekawa. Od początku jasne dla mnie było, że Scott Mary dopnie swego celu, ale efekt końcowy już zaskoczył. Bo oto z pokornego i miłego chłopca robi się nagle bezwzględny i zacięty drań. W zasadzie to zrozumiałe, biorąc pod uwagę ile krzywd zaznał on przez całe życie od innych. Przy okazji tej gwałtownej transformacji widzimy jak Scott zatraca się i gubi w nowej sytuacji.


   Pod koniec odniosłem wrażenie, że Scott i Talby zabijają trochę za często i bez potrzeby, jakby na siłę by podkręcić akcję. Panowie sami komplikują sobie życie, co w przypadku narwanego młodzieńca wypada dość przekonująco, ale już taki stary wyga jak Frank zadziwia tymi lekkomyślnymi działaniami. I tak konflikt głównych bohaterów mocno naciągany, gdyż świetnie się uzupełniali i jeden nie stwarzał dla drugiego zagrożenia, a wręcz przeciwnie.

   Ciekawy był wątek ucznia i mentora, Van Cleef okazał się rewelacyjny w tej roli. Na równi z bohaterami położono też spory nacisk na przedstawienie broni, której używają. Faktycznie pistolety i strzelby w zasadzie nieodzowne dla westernu, na ogół są jedynie rekwizytami, na które nie zwracamy większej uwagi.


   Początkowo uderzyła mnie zbyt teatralna gra Gemmy, bo o ile Van Cleef zaprezentował się całkiem swobodnie, o tyle Giuliano zachowywał się nienaturalnie robiąc ciągle przesadne miny i gesty. W Powrocie Ringa było podobnie. Po pewnym czasie jednak idzie się do tego przyzwyczaić.

   Muzyka niezła, chociaż nie porywająca. Zdjęcia również dupy nie urywają. Od strony technicznej jest po prostu przyzwoicie. Bardziej zapada może w pamięć jedynie pojedynek konny na strzelby i salon z wyrzeźbionymi z drewna wielkimi rewolwerami.


   Zdecydowanie polecam, szczególnie fanom Lee Van Cleefa, bo to kolejna z jego ciekawszych ról.


wtorek, 15 kwietnia 2014

Powrót Ringa (Il Ritorno di Ringo) 1965 reż. Duccio Tessari

   Po seansie Pistoletu dla Ringa musiał przyjść czas na jego Powrót, z czym nie zwlekałem zbyt długo. Nie zwlekał też Tessari kręcąc go i moim zdaniem pośpiech ten nie przysłużył się filmowi. Z jednej strony jest kiczowaty i naiwny, ale z drugiej, nadrabia pomysłową fabułą i epickimi momentami. 

OPIS:

   Montgomery Brown (Giuliano Gemma) wraca z wojny do domu. Okazuje się, że jego bliscy nie żyją, a okolicę terroryzuje banda Meksykanów, przyciągniętych przez złoto.


Western na dopalaczu

   Najbardziej irytował mnie chyba montaż, te przeskoki i zbliżenia twarz - oczy - twarz, w krytycznych momentach, potęgowane dodatkowo przez całkiem niezły motyw muzyczny. Na plus za to świetna robota operatora, kamera okrążająca bohatera, czy niespodziewane wchodzenie postaci w kadr wyglądają całkiem zachęcająco wizualnie.


   Zawsze lubiłem samotnych bohaterów stających do walki z przeważającym liczebnie wrogiem (ale też bez przesady), dlatego fabuła bardzo przypadła mi do gustu. Strach i zwątpienie uwiarygodniły tylko jego postać. Oczywistym było, że w końcu zrobi porządek w miasteczku, ale lepiej, że wcześniej próbował jedynie wyrwać rodzinę z rąk bandytów i uciekać. Naciągane niestety jest to, że powrócił w rodzinne strony niepoznany przez nikogo, rozumiem że jako dziedzic, wcześniej nie bratał się z prostymi ludźmi, ale też niemożliwe, by odizolował się od wszystkich na tyle, że mógł powrócić incognito. Za dużo też uchodzi mu na sucho, nie rozumiem czemu Esteban nie rozwalił go na początku. No i ta córka... dziecko, które widzi obcego faceta pierwszy raz w życiu i od razu zawiera z nim sztamę? Bez jaj.


   Nie zabrakło scen epickich, co mi akurat się podobało. Że wymienię kilka: spotkanie żony po latach, wizyta na cmentarzu czy przerwanie ślubu. No i konkretna rozwałka z.... CKM-em, bo jakby inaczej.

   Gra aktorska Gemmy również mnie nie zachwyciła, z tymi wiecznie wybałuszonymi oczami wyglądał jakby cały czas się czemuś dziwił. No dobra, może nie wiecznie, bo przez resztę czasu je mrużył, ale z równie słabym efektem - nie każdy może być Eastwoodem. Bandyci wypadli nieźle. Szef bandy Esteban (Fernando Sancho) odstawił tu klasycznego, chamowatego herszta meksykańskiej szajki i bardzo dobrze, bo na to właśnie liczyłem. Żeby jednak nie było zbyt nudno to prócz szefa i przydupasów, mamy jeszcze jednego arcyzłego - Paco (George Martin), który chociaż lepiej wychowany od Estebana, to okazuje się większym łajdakiem. No i wreszcie ciekawa rola żeńska - Rosita (Nieves Navarro), nieprzewidywalna i wprowadzająca sporo zamieszania.


   Jakby nie było, Powrót Ringo zobaczyć warto, choćby dla samych jego mocnych stron.


poniedziałek, 24 marca 2014

Pistolet dla Ringa (Una Pistola per Ringo) 1965 reż. Duccio Tessari

   Czemu tak długo zwlekałem z Pistoletem dla Ringo? Nie wiem, ale jak to mówią: co się odwlecze to nie uciecze.


OPIS:

   Banda pod przywództwem bezwzględnego Sancho (Fernando Sancho) napada na bank. Nie mogąc zgubić pościgu zatrzymują się na pobliskiej farmie i biorą zakładników, których zamierzając zabijać wraz z upływem czasu. Szeryf (George Martin) nie mogąc liczyć na wsparcie kawalerii, a nie chcąc puścić bandytów wolno, decyduje się wysłać w ich szeregi aresztowanego Ringo (Giuliano Gemma), który w zamian za rozstrzygnięty na jego korzyść, przyspieszony proces i 30% udziałów z łupu bandytów decyduje się pomóc ich pokonać.


Pędzą na złamanie karku

   Akcja zawiązuje się już na samym początku filmu. Od razu tez poznajemy głównych bohaterów. Nic dziwnego więc, że w takim pośpiechu na pierwsze trupy nie trzeba długo czekać. A śmiercią szafuje Tessari bardzo hojnie. Bandyci nie są może okrutni, ale za to bardzo bezwzględni, obojętnie podchodząc do kolejnych ofiar.


   Fabuła jest rewelacyjna, to nie bezmyślna strzelanka i gonitwa po prerii. Bohaterowie do walki używają głównie swoich umysłów, posiłkują się oczywiście bronią, ale ma to drugorzędne znaczenie. Sytuacja Ringa jest o tyle prostsza, że podobnie jak Nino w Kuli dla generała, czy Blondie w trylogii dolarowej, jest osobą inteligentną i sprytną. Planuje zarówno daleko na przód jak i improwizuje w chwili zagrożenia. Mimo to nie brakuje mu (i innym także) pozowania na macho, czy to w gadce, czy w lekceważeniu zagrożenia. Ale czyż nie tego oczekujemy po westernie, a spaghetti westernie w szczególności?

Wszystko już było
...albo będzie

   Podobnie jak Nino, Ringo swoim wyglądem niezbyt odpowiada wizerunkowi bezwzględnego zabójcy. Do tego w eleganckim ubraniu i z dobrymi manierami pasuje do westernu jak kwiatek do kożucha. Że o abstynencji nie wspomnę... A tymczasem obaj ci bohaterowie rewelacyjnie sprawdzają się w swoich rolach, na długo zapadając w pamięć.

   Kolejną ciekawą postacią jest tutaj Dolores (Nieves Navarro), to rzadko spotykany typ kobiety z charakterem. Tym bardziej szkoda, że przez większość czasu pozostaje ona w tle i nie wykorzystano potencjału jej postaci. Sancho zaś to kolejny półgłówek i gbur jakich hordy przewijają się w spaghetti westernach, na pozycji herszta ratuje go doświadczenie i silny charakter.


   Efekty specjalne są takie sobie, a strzelaniny dupy nie urywają, jest po prostu kiczowato. Momentami można odnieść wrażenie, że panowie bawią się w kowboi i Indian. Szczęśliwie rekompensuje to fabuła i najważniejsze postacie. No i rzec jasna skala rozlewu krwi.

   Pistolet dla Ringa zdecydowanie polecam :)