Pokazywanie postów oznaczonych etykietą true grit. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą true grit. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 marca 2014

Prawdziwe męstwo (True Grit) 1969 reż. Henry Hathaway

   Znowu idę od dupy strony, ale może to i lepiej, Prawdziwe męstwo z 2010 bardzo pozytywnie nastroiło mnie do tej historii. Pozostało usiąść i obejrzeć ten film w starym stylu.

Któż jak nie John Wayne?

OPIS:

   Czternastoletnia Mattie (Kim Darby), której ojciec został zabity przez pracownika, wyrusza razem z szeryfem pijakiem (John Wayne), by wymierzyć sprawiedliwość. Ich plany krzyżują się z podobnymi zamierzeniami strażnika Texasu, LaBouefa (Glen Campbell).


Prawdziwy remake

   Sięgając po film braci Coen wiedziałem oczywiście, że to remake starszego dzieła z Johnem Waynem. Za cholerę jednak nie spodziewałbym się, że będzie to tak wierny kopia oryginału. Zwykle remake'i dość luźno bazują na pierwowzorze, a tutaj wyłączając kosmetykę i ledwie dwie-trzy znaczące sceny, mamy to samo.

   Oba filmy są równie dobre patrząc na nie przez pryzmat czasów, w których powstały. I chociaż western Hathawaya ma już 45 lat, to nie brakuje w nim przemocy i ostrych słów. Rzecz jasna nie w takim stopniu jak u braci Coen, ale i tak do klasycznego westernu mu daleko. Dodatkowo akcja jest bardziej dynamiczna niż w remake'u, w zasadzie cały czas coś się tu dzieje, podczas gdy w nowszej odsłonie było trochę nudnych dłużyzn.


   Jeśli chodzi o Wayne'a i Bridges'a to między nimi również stawiam znak równości. Przy czym o ile Bridgesa nie znam, to w przypadku Wayna chyba jedna z lepszych jego ról w moim odczuciu. Stary LaBeaf okazał się mniej irytujący od tego w wykonaniu Damona, wiec kolejny plus. Problem rodzi się przy postaci Maggie. Grana przez Steinfeld wykreowała  stanowczą i silną postać sieroty, w którą łatwo uwierzyć. Bohaterka Darby zachowywała się tak samo i odzywała się tak samo, ale za nic nie pasowała do tej roli - ot dziewczę oderwane od robótek ręcznych, które postanowiło zabawić się w kowboja.


   Wizualnie bardziej zachwyca remake (z oczywistych względów), lecz pod względem fabuły oryginał jest dużo lepszy, wyciskając z historii maksimum dynamiki i ograniczając wszelkie niepotrzebne wstawki. Tak czy inaczej obie odsłony Prawdziwego męstwa warto zobaczyć.


sobota, 15 marca 2014

Prawdziwe męstwo (True Grit) 2010 reż. Ethan Coen, Joel Coen

   Dawno już powinienem się zabrać za Prawdziwe męstwo, ale... (uwaga!) zniechęcał mnie plakat i obsada. O ile pierwszy powód jest dziecinny o tyle już drugiego się nie wstydzę, bo zwyczajnie nie lubię Bridgesa ani Damona. I chociaż w tym filmie mi się spodobali (o czym dalej), to traktuję to jako wyjątek od reguły. Cóż, warto było się zmusić :)


OPIS:

   Czternastoletnia Mattie (Hailee Steinfeld), której ojciec został zabity przez pracownika, wyrusza razem z szeryfem pijakiem (Jeff Bridges), by wymierzyć sprawiedliwość. Ich plany krzyżują się z podobnymi zamierzeniami strażnika Texasu, LaBouefa (Matt Damon).

Bridges i Damon? Sam nie wiem...

   Nie lubię ich, po prostu. No może w przypadku Bridgesa jedynie nie jestem zainteresowany produkcjami z jego udziałem, ale na Damona mam autentyczne uczulenie. Jak już jednak wspomniałem, obaj panowie miło mnie zaskoczyli. Szeryf Rooster okazał się może trochę oklepanym typem bohatera, ale to nie szkodzi, mi się podobał. Jego pijaństwo nie dało rady mnie zmylić, od początku jasne było, że podejmie się misji, a potem będzie się wycofywał, by koniec końców szlachetność wzięła górę nad zmęczeniem i zniechęceniem. Zagadką okazuł się cholerny LaBoeuf, oceniłem go jako wybitnie antypatycznego, aroganckiego i dwulicowego.


   Przyznaje że obaj panowie rewelacyjnie sprawili się w swoich rolach. Postać szeryfa nawet polubiłem, co do strażnika Texasu, to pod koniec filmu patrzyłem na niego mniej krytycznie, co nie zmienia faktu, że Damon genialnie wykreował tę postać.

   Brolin jako Chaney wydał mi się zupełnie nijaki. Ale już Barry Pepper w roli Lucky Neda Peppera genialny. Zaprezentował będący na wymarciu typ filmowego bandyty o złotym sercu.


   Wisienką na torcie w tym towarzystwie popaprańców pozostaje oczywiście główna bohaterka Mattie. Hailee Steinfeld sprawiła się naprawdę świetnie, biorąc pod uwagę jak ciężką miała rolę do odegrania. Nawet ciekaw jestem jak dalej potoczy się jej kariera aktorska.

Klasyka

   To klasyczny western w nowoczesnym wydaniu. Mamy tu jasny podział na dobrych i złych, a także zagubioną resztę. Westernowy klimat jest aż namacalny. Strzelaniny zachwycają, ale bohaterowie nie ograniczają się jedynie do użycia broni palnej, w walce wykorzystując również swój spryt. To nie kolorowy obrazek z tandetnego westernowego miasteczka, twórcy zadbali o duży realizm całości, stawiając głównie na surowy klimat.

   Trochę zadziwiło, ale i zafascynowało mnie terytorium Indian. Większość ze spotkanych tam ludzi stanowili bandyci uchodzący przed prawem. Kilku czerwonoskórych też się znalazło, prezentując sobą dość żałosny widok w porównaniu do Amerykanów w miasteczku (a przecież i oni za dobrze nie mieli).


   Podobał mi się ten film. W dużej mierze był przewidywalny, ale i parę razy się zaskoczyłem. Pod koniec akcja trochę spowalnia, a dłużyzny robią się męczące, co zrobiło na mnie niekorzystne wrażenie. W zasadzie film trwa jeszcze dobre paręnaście minut po tym jak powinien się skończyć. Pomijając jednak te słabsze momenty, Prawdziwe męstwo zasługuje na uznanie.

EDIT:
Zwięzła recenzja Prawdziwego męstwa z Johnem Waynem:
http://westerny.blogspot.com/2014/03/prawdziwe-mestwo-true-grit-1969-rez.html