sobota, 9 kwietnia 2016

Wielki pojedynek (Il grande duello) 1972 reż. Giancarlo Santi

   Spotkało mnie ostatnio wielkie westernowe rozczarowanie w postaci filmu Broń Boga, tak koszmarnego, że aż szkodliwego dla organizmu. Obejrzałem go głównie dla Lee Van Cleefa, i co smutne nawet on nie dał rady podźwignąć tej chały. Dlatego dzisiaj na poprawę humoru zafundowałem sobie polecony przez Simpliego Wielki pojedynek i nie zawiodłem się.

   Bez wątpienia to kawał dobrego spaghetti westernu, który ma wszystko co miłośnicy gatunku lubią: strzelaniny, pościgi, mnóstwo krwi i trupów, wybuchy, zaskakujące zwroty akcji i barwne postacie. Tym razem twórcy od razu rzucają nas w wir akcji. Do miasteczka przybywa szeryf Clayton (Lee Van Cleef). Nie wiemy czemu, widać tylko, że nie znalazł się tam przypadkowo podobnie jak zgraja łowców głów polujących na więziennego zbiega. Tyle że podczas gdy tamci pochowani w każdym zakamarku nerwowo oczekują na mające się rozegrać piekło, szeryf wręcz lekceważąco kroczy sobie do saloonu nie przejmując się wycelowanymi w niego lufami.

   I choć losy jego i zbiega Philippa Wermeera (Alberto Dentice) wkrótce się splatają, to długo jeszcze nie wiemy co jest tego powodem, podobnie jak zagadkowe pozostają ich relacje: niejednoznaczne i na pozór wrogie. A mimo iż nie współpracują to i tak zdają się tworzyć duet mając wspólnych przeciwników i będąc zamieszanym w jedną sprawę. I w tej atmosferze zagadkowości, a jednocześnie na ciągłych ganianinach upływa nam pierwsze pół filmu, zaś gdy reszta to już mniej spontaniczna, lecz równie emocjonująca rozgrywka między szeryfem, a lokalnymi łotrami, w której walczące strony nie ograniczają się jedynie do siły fizycznej, ale i do podstępów, kłamstw i szantaży.

   Przygodzie tej towarzyszy świetna muzyka Bacalova, która momentami trochę kojarzyła mi się utworami Morricone znanymi z filmów Leone. W każdym razie kapitalna rzecz i nieźle podkręca klimat. Podobnie zdjęcia, które określiłbym mianem dobrych (bo dupy nie urywają) i w tym ich siła, bo widać, że operator nie próbował żadnych eksperymentów i kombinacji alpejskich, zdając się na sprawdzone wzorce. Każde ujęcie jest fajnie wykadrowane, kolory leciutko przytłumione tak, że postacie zlewają się nieraz z tłem, co daje niezły efekt i koniec końców wizualnie Il grande duello przypomina wiele innych świetnych filmów tego rodzaju.

   Swoją drogą jestem już coraz bliżej końca filmografii Lee Van Cleefa. Z jednej strony mnie to cieszy, bo miło mieć świadomość, że poznało się cały dorobek ulubionego aktora, ale z drugiej zostaje lekka gorycz, że już nic nowego się nie zobaczy. A przecież i tak miał sporo ról.


sobota, 2 kwietnia 2016

Broń Boga (Diamante Lobo) 1976 reż. Gianfranco Parolini

   Parafrazując Gombrowicza: Dlaczego Lee Van Cleef wzbudza w nas zachwyt i miłość? Dlatego, panowie, że Lee Van Cleef wielkim aktorem był!

   Trudno się z tym nie zgodzić. Jego gwiazda najmocniej rozbłysła przy Sergio Leone. Podobnie zresztą było z Eastwoodem, obaj panowie byli w zbliżonym wieku (LVC starszy o pięć lat), obaj zaczynali przygodę z kinem w podobnym okresie (LVC w 1952, CE w 1955). Do trylogii dolarowej to LVC mógł się pochwalić większą ilością ról na koncie, potem te proporcje w miarę się wyrównały, tyle że Eastwood zaczął prześcigać go na innych płaszczyznach. Wziął się m.in. za reżyserowanie i wyszło mu to z całkiem niezłym skutkiem. Poza tym trafiał na całkiem niezłe role, dzięki którym pamiętamy go nie tylko jako Bezimiennego, ale również szeregowego Kelly czy Brudnego Harrego. Jednocześnie nie odciął się całkiem od źródła swojej popularności i choć nie grzebał się więcej w spaghetti westernach to po powrocie do Ameryki nieraz jeszcze wcielał się w postacie kowbojów czy rewolwerowców, a niektóre z tych filmów sam wyreżyserował, kładąc podwaliny pod rodzący się antywestern.

   Co w tym czasie robił LVC? Grał dalej w spaghetti westernach mimo iż gatunek wyraźnie miał się już ku końcowi. Efekty tego był różne, możemy obejrzeć kapitalnego Sabatę (o dziwo tego samego reżysera co Broń Boga), zrobionego z fantazją El Condor, czy mniej widowiskowego, ale równie dobrego Barquero. Nie można też zapomnieć o Dniach gniewu, ale nie słodząc już za dużo trzeba też powiedzieć o słabszych pozycjach jak Krwawe pieniądze czy Rzeka złoczyńców, no i knocie absolutnym - Małym Mścicielu. Niestety dzisiejsza pozycja jest właśnie tego rodzaju.

   Zaczyna się od strzelaniny, gdy banda napada na miasteczko. To całkiem niezły pomysł na początek, ale już jakość odegrania tej sceny i zdjęcia pokazują, że będziemy mieli do czynienia z raczej słabym filmem. Bo oto wszędzie panuje chaos (rzecz normalna w czasie strzelaniny) tyle, że pokazany tak, iż ni hu hu nie wiadomo co się dzieje. Marne teatralne gesty i dziwaczne grymasy (bo nawet nie miny) aktorów nie są zbyt zachęcające.


   Widząc już z czym najpewniej będę miał do czynienia nie straciłem nadziei, wierząc że a nuż całość podniesie zajebisty scenariusz, dobra muzyka, ewentualnie barwne postacie. Eeee... nic z tych rzeczy. Zacznijmy od aktorstwa: leży i kwiczy. Jack Palance starał się co prawda nadać swojemu bohaterowi jakieś ciekawe rysy, takiego sympatycznego łotra i choć udało mu się wyrwać schematowi klasycznego herszta bandy, to dupy jednak nie urywa. Lee Van Cleef jako ksiądz z przeszłością, a do tego klawy gość też miał potencjał, ale nawet on musiał ulec gównianemu scenariuszowi i reżyserii. No może jeszcze Sybil Danning wypadła jak cię mogę w roli odważnej mamuśki głupiego dzieciaka, ale nie jest to jakaś super rola, po prostu udało jej się nie być tak beznadziejną jak wszyscy pozostali. Na małego Johnnyego, smarkacza który obok Lee Van Cleefa okazuje się pogromcą bandytów brak słów. Dzieci to nie jest materiał na bohaterów westernów. Zdarzają się oczywiście wyjątki jak Mattie w Prawdziwym męstwie, ale takie zagrywki wymagają sporej wprawy, a nie podejścia "damy tu dzieciaka to przyciągnie młodszą widownię i w ogóle będzie tak oryginalnie". No i jest oryginalnie... kijowo. Niestety mimo niepowodzenia takiego rozwiązania w Diamante Lobo, LVC rok później znów zagrał w westernie z dzieckiem w roli głównej, wspomnianym wyżej Małym Mścicielu. Dla odmiany nie działali tam łapka w łapkę, a byli przeciwnikami, lecz i to skończyło się spektakularną klapą.


   Żeby jednak nie być takim krytykantem to uczciwie muszę przyznać, że przeżyłem parę zaskoczeń. Tak jakby w połowie kręcenia twórcy zdali sobie sprawę, że to co robią jest w najlepszym razie mizerne i wykonali tytaniczny wysiłek intelektualny w celu nadrobienia braków jakimiś oryginalnymi rozwiązaniami fabularnymi. Wybaczcie złośliwość, ale nie mogę się oprzeć, gdyby przyszło komuś do głowy obejrzeć ten film to zrozumie. Bo nawet gdy działo się coś zaskakującego to wszystkie pozostałe, wyżej wymienione elementy psuły tego efekt.

   Kiepskie dialogi, niedopasowana muzyka to dalszy ciąg wyliczanki. I znów tym gorzej wypada Lee Van Cleef, który im bardziej stara się podnieść cały ten syf to tym bardziej się w nim zagrzebuje. Jak bardzo na siłę był robiony ten film niech Wam uzmysłowi to: jeden z bohaterów ginie, więc mały Johnny jedzie do Meksyku, bo słyszał od księdza, że tam mieszka rewolwerowiec Lewis, który może poskromić bandytów. Serio, jedyne co wie to to, że gość nazywa się Lewis i jest gdzieś w Meksyku, a mimo to jedzie go szukać. Kiedy już przekracza granicę, zaczyna wypytywać wieśniaków o typa i o dziwo bez większego problemu go znajduje. Serio??? Zgubili parę stron scenariusza i wymyślali na poczekaniu, czy scenarzysta był takim cholernym leniem, że nie chciało mu się napisać nic lepszego. A na tych, którzy to zaakceptowali to już w ogóle brak mi słów.


   O tym dzieciaku to jeszcze długo by można, bo ilekroć pojawia się na ekranie to budzi jedynie poirytowanie. Bo że szeryf i sędzia są pizdami to ok, bywa, ale że dziesięciolatek okazuje się największym chojrakiem w miasteczku i wodzi za nos starych bandziorów, to przepraszam, ale ja tego nie kupuję. Tym bardziej, że parę scen później dzieciak zaczyna się zachowywać jak upośledzony, by znów w razie braków na rozwiązania scenariuszowe stać się kozakiem jakich mało. Zresztą o czym ja mówię, wszystko przychodzi wszystkim tak łatwo, że aż można się pospać z nudów, wystarczy że czegoś zapragną jak dzieciak, który postanowił odnaleźć Lewisa i TA DAM! pojechał po niego, udało się!

   Na koniec kiedy już nasi bohaterowie z drobną pomocą dziwek robią w miasteczku porządek, to mężczyźni przypominają sobie gdzie mają jaja i w dwudziestu ruszają na jednego, ale dopiero po tym, gdy okazuje się, że nie ma już kul w pistolecie. Ba, nawet szeryfowi przypomina się, gdzie zapodział jaja. Ta scena jest tak słaba, że aż można dostać zapaści.


czwartek, 31 marca 2016

Drapieżcy (Ravenous) 1999 reż. Antonia Bird

   Drapieżców trudno uznać za western, bo ich akcja rozgrywa się zbyt wcześnie  (1847 rok), a fabuła odbiega od konwencji. To zdecydowanie horror, ale że w realiach zbliżonych do tych odpowiadających westernowi to zdecydowałem się, że jego recenzję zamieszczę tutaj, a nie na Mikserze.


   I cóż... zamiast zacząć od początku przejdę od razu do sceny, która (obok wielu innych) czyni ten film nietypowym. Podoba mi się, nie podoba, sam nie wiem, w każdym razie wybija się ponad ogólnie przyjęte schematy i tym samym mnie jako widza wybija z rytmu. Zaciekawiłem? No to już mówię, mamy taką akcję, w której napięcie sięga zenitu, nagle zaczynają padać trupy, no klasyczny moment grozy, aż tu nagle z mrożącej krew w żyłach jatki robi się szalona pogoń po lesie w rytm wesołej muzyki jak z jakiegoś festynu z rodeo. Jest to świetny motyw, ale dla widza wciąż mocno przesiąkniętego hollywoodzkimi wzorcami taka zagrywka dezorientuje.


   I tacy właśnie są Drapieżcy, nie można im odmówić miana horroru, ale liczba akcentów humorystycznych mocno wybiega poza ogólnie przyjętą dla tego gatunku ilość. Tak jest od samego początku, aż do końca. Bo oto bohater wojenny "w nagrodę" za tchórzostwo dostaje awans i zostaje zesłany na zapomniana przez Boga i ludzi placówkę w Kalifornii, której załogę tworzą: dwa ćpuny, pijak, gość który ponad sto lat później zostałby Rambo, milcząca Indianka, dewot, znudzony komendant, który okazuje się najbardziej normalnym typem, no i dochodzi do nich wspomniany bohater-tchórz. Ze świecą takiej bandy dziwolągów szukać.


    A muzyka choć z niektórymi scenami nie trybi to bez wątpienia jest kapitalna i nawet w połączeniu z samymi plenerami gór, czy lasów daje niezłą satysfakcję oglądania. Duża tu pewnie zasługa tego, że tak znacząco różni się od powszechnie przyjętych motywów muzycznych


   A wszystko to być może dlatego, że reżyserem filmu była kobieta i do tego Brytyjka Antonia Bird. Nie oszukujmy się, panie nie często biorą się za robienie takich filmów, a szkoda, bo być może dały by niejednemu gatunkowi sporo świeżości. Bo choć Drapieżcy na wielu płaszczyznach okazują się być przewidywalni to jednak parę razy mocno zaskakują. Co zaś się tyczy obsady, to o ile większość wypadła znośnie, a Jeffrey Jones dobrze, to Pearce i Carlyle kradną całe show i to nie tak, że każdy z osobna daje czadu, ale właśnie razem.

   A w ramach ciekawostek: niektórzy doszukują się czasem skąd do swoich filmów czerpał inspirację Tarantino. I tutaj jest jedna taka scena: jako że jest zima to grupa mężczyzn siedzi sobie w ciepłym domu, jest spokojnie, scena się rozwleka, w kominku wesoło trzaska ogień, a wśród nich prawdopodobnie morderca. No obrazek jak z Nienawistnej ósemki.

   I choć w dużej mierze zachwalam Drapieżców to nie znaczy, że nie mają braków. O nie, jest ich nawet sporo, ale to głównie drobiazgi jak nieprzekonujące zachowania bohaterów, kilka nielogicznych decyzji i momentami jakby na siłę posuwana akcja. Szczęśliwie wszystko to blednie w obliczu zaskakujących, bądź nietypowych rozwiązać reżyserki.

sobota, 26 marca 2016

Nienawistna ósemka (The Hateful Eight) 2015 reż. Quentin Tarantino

   No to tak: jest nuda, nuda, ładne widoki, nuda, czasem któryś z bohaterów zrobi coś fajnego i dalej nuda. Tak w dużym uproszczeniu, ale myślę, że to dość celny opis. Szkoda tylko, że tak nie musiało być, bo gdyby skrócić ten film o połowę czyli gdzieś w okolicę półtorej godziny to byłoby kapitalnie. A dało się to zrobić bez utraty jednego wątku - tnąc rozwleczone sceny. Bo nie powiem, mamy tu naprawdę piękne zdjęcia i zapierające dech w piersiach plenery, które w westernach cenię, ale nie na tyle, by zabierały pół filmu.

   Miło za to raz jeszcze zobaczyć Kurta Russella na Dzikim Zachodzie, tutaj w roli łowcy głów, o tyle oryginalnego, że przed oblicze sprawiedliwości doprowadzającego swoje ofiary żywcem. Tym razem wiezie kobietę, a że jest zima i akurat zbliża się śnieżyca to po drodze łapią się na przejażdżkę jeszcze inny znajomy łowca (Samuel L. Jackson) i konfederat rasista podający się za nowego szeryfa pobliskiego miasteczka (Walton Goggins). Mieszanka robi się wybuchowa, bo mimo pewnej dozy wzajemnej życzliwości czy ciekawości, nikt nikomu nie ufa.
   I tu Tarantino trochę podkręca atmosferę, bo podróżni trafiają do pewnego znajomego zajazdu, którego właściciele rzekomo wyjechali w odwiedziny do ciotki. Od razu widać, że coś jest nie tak i z westernu zaczyna się kroić niezły kryminał. Smaczku dodają tu fantastyczne postacie: L. Jackson w roli majora jankeskiej armii, twardziela, który nie da sobie w kaszę dmuchać, czy Walton Goggins jako nieco irytujący konfederat. Pozostali niewiele im ustępują, lecz brak tu miejsca, by nad każdym się pochylać. Oczywiście wszyscy mielą jęzorami jak szaleni z czego na przemian wychodzą świetne teksty i... zwykłe paplanie. Podobnie bez umiaru leje się krew, z biegiem akcji coraz więcej. Czyli jakby nie patrzeć tego się można było spodziewać po Tarantino.
   Nienawistna ósemka to, poza rozwleczeniem, dobry film, zdecydowanie wyróżniający się spośród innych nowych westernów. Widać tu zarówno duży budżet jak i typowe dla reżysera przerysowanie rozgrywających się sytuacji. Aczkolwiek muszę zauważyć, że niejeden spaghetti western, który widziałem mógłby się pochwalić bardziej pomysłową fabułą i barwnymi postaciami.


sobota, 12 grudnia 2015

Bone Tomahawk (2015) reż. S. Craig Zahler


   Różne westernowe wariacje już spotkałem. Byli kosmici, zombie, alternatywne światy, androidy, dinozaury... długo by wymieniać, w każdym razie zdążyłem się już otrzaskać z nietypowymi próbami uatrakcyjnienia gatunku. Bone Tomahawk pod pewnymi względami należy do tej grupy, bo tu grupie śmiałków z niewielkiego, typowego dla Dzikiego Zachodu miasteczka, przychodzi zmierzyć się z grupą kanibali.

   Pomysł kapitalny, a jednak niekoniecznie nierealny. Bo przecież w czasach kolonizacji zachodnich terenów, rząd tylko formalnie sprawował władzę nad całością ziem nią mając możliwości pełnej kontroli. Skoro więc swobodnie pałętać się mogli po bezdrożach czerwonoskórzy, którzy opuścili rezerwaty, bandyci, czy włóczędzy, to czemu nie miałoby w tym świecie być miejsca dla odizolowanego, niewielkiego prymitywnego plemienia, z którym nawet Indianie.


   Pomysł to najmocniejszy filar tej produkcji, na którym opiera się całość, ale jest jeszcze które również wyszły z korzyścią dla całości. Po pierwsze obsada. Bone Tomahawk nie należy do głośnych i drogich produkcji, ale Kurt Russel czy Matthew Fox nie pojawili się tu jedynie, by użyczyć nazwiska. Pierwszy odegrał świetną rolę szeryfa, twardziela, choć nie tak wymuskanego jak Wyatt Earp w Tombstone. Fox z kolei odstawił bezwzględnego, cynicznego i zadufanego w sobie mądralę, co było o tyle niebezpieczne, że mógł w ten sposób zrazić do siebie sympatię widzów. I tu niespodzianka, bo nic takiego się nie stało, jego John Brooder nie da się nie lubić i dla mnie stał się dowodem na to, że najwyższy czas przestać patrzeć na Foxa przez pryzmat aktora serialowego. Do tego wspomnieć muszę jeszcze zupełnie mi nie znanego do tej pory Patricka Wilsona, który spisał się równie dobrze jak jego sławniejsi koledzy i chętnie zobaczę go znów w podobnej roli. Zaś Richard Jenkins wcielający się w postać zastępcy szeryfa (odnoszę wrażenie, że mocno inspirowany Stumpy'm z Rio Bravo) wprowadza dodaje całości kolorków wprowadzając sporą dawkę humoru, swoim pierdołowatym zachowaniem, nieumiejętnością milczenia i nietrafionymi komentarzami, jednocześnie zaś ujmuje wielkim sercem, życzliwością i lojalnością wobec towarzyszy.


   Ciekawi bohaterowie i dobry scenariusz to jednak jeszcze za mało, by film się udał, szczególnie western, będący dość specyficznym gatunkiem. I tu dochodzi nam kolejny mocny filar podtrzymujący sukces Bone Tomahawk - zdjęcia. Może nie takie na Oscara, ale i tak bardzo dobre. Surowy teren pokazany w równie surowych barwach wręcz odpycha, można poczuć w jak nieprzyjaznym miejscu przyszło bohaterom żyć i wędrować. Scenografie i kostiumy skromne, wręcz biedne i właśnie doskonale uzupełniające pełny obraz.

   Ten seans dostarczył mi naprawdę wiele satysfakcji. Dostałem dobre kino, które przypadło do gustu również małżonce, a ona nieszczególnie przepada za westernami. I co ważne film nie jest przekombinowany, może raz czy dwa zdarzają się rzeczy, które można by określić lekkim przegięciem, ale poza tym jest naprawdę ok.


piątek, 23 października 2015

Milion sposobów, jak zginąć na Zachodzie (A Million Ways to Die in the West) 2014 reż. Seth MacFarlane


   Pijesz, lenisz się, zajmujesz się głupotami, a potem budzisz się z ręką w nocniku. Rozgrzebana recka Milion sposobów, jak zginąć na Zachodzie czekała na mnie miesiąc. Ma to niewątpliwie swoje wady, na przykład zapomniałem już większości filmu, ale skoro zapomniałem to pewnie był kijowy, więc po sprawie. Ale nie... ja często zapominam treści filmów nawet jeśli bardzo mi się podobają. Heh, zacząłem trochę bełkotać, więc czas wrócić na właściwe tory. Wytężam pamięć... i... i...

   Już mam!

   Charlize Theron. O tak, to całkiem miłe pierwsze skojarzenie.Początkowo wizualne, ale już po chwili uświadamiam sobie, ze dziewczyna dała też świetny popis aktorskiego rzemiosła. A zresztą, kobiece postacie nieczęsto pojawiają się w westernach, a takie z dopiskiem "fajne" to już prawdziwa rzadkość. Charlize się to udało. Pełna seksapilu i charyzmy rewelacyjnie odegrała postać Anny, zbiegłej dziewczyny znanego bandyty, babki z jajami, która świetnie posługuje się rewolwerami i ciętym językiem. Z drugiej strony potrafi być też delikatna, kobieca i czarująca. No aż mógłbym się w niej zakochać :D

A Million Ways to Die in the West 2014 Seth MacFarlane charlize theron

   Ok, przyhamuj Szyszek ogierze, bo to ma być recenzja filmu, a nie laurka dla Charlize. Przecież prócz niej byli w filmie też inni. Choćby ten, no... główny bohater. Ciut dziwny i ofermowaty typek, który pasuje do Dzikiego Zachodu jak ja do organizacji pomagającej uchodźcom. Koleś nie chleje, nie pije, nie urządza awantur, a nie jest pastorem, kowalem, czy innym typowym dla westernu kolesiem-tłem. I tak w ogóle to nikt go nie lubi, a on nienawidzi miejsca, w którym żyje. Pozostają mu książki i mądre gadanie.

   Swoją drogą trudno się dziwić jego awersji do krainy westernu, bo Milion sposobów, jak zginąć na Zachodzie to film z celowymi przegięciami, ludzie tu faktycznie co chwilę giną (w zasadzie tylko po to, by udowodnić tezę głównego bohatera). No niby spoko, tak sobie to twórcy wymyślili, ale ja myślę, że bez tych oderwanych od rzeczywistości wstawek byłoby lepiej, bo otrzymalibyśmy zwykły, lekki western komediowy.

A Million Ways to Die in the West 2014 Seth MacFarlane charlize theron

   Usilnie próbuję przypomnieć sobie coś jeszcze, ale nic, zero, nul, dupa, pust... zaraz, zaraz... dupa? A było coś...

   Nie, nie! Moje myśli znowu wędrują ku Charlize, a tak być nie może. To przecież poważny blog westernowy, a nie jakaś kapliczka adoracyjna.

   No to było coś dalej o tym jak to bohater zmienia się "od zera do bohatera", po drodze pojawiają się oczywiście były chłopak Charlize i jego banda, a także zarysowuje się love story. Wszystko to całkiem fajnie opowiedziane, także seans tego filmu, choć dupy nie urywa to daje sporo frajdy. I w tym miejscu skończymy, bo nie mam już siły lać wody. Jak już obejrzycie Milion sposobów, jak zginąć na Zachodzie to podzielcie się wrażeniami, bo chętnie dowiem się czy o czymś ważnym nie zapomniałem.


A Million Ways to Die in the West 2014 Seth MacFarlane

czwartek, 15 października 2015

Rio Bravo (1959) reż. Howard Hawks

   Western legenda z równie legendarną obsadą i reżyserem. Czemu pojawia się u mnie tak późno? Myślicie, że dopiero teraz go zobaczyłem? O nie :) Był to jeden z pierwszych przedstawicieli gatunku, który zobaczyłem po tym jak zacząłem się nim interesować. Blog pojawił się dopiero później.
   No i mamy w końcu tę perłę, zarówno grający w niej aktorzy jak i jej twórcy zjedli zęby na kultowych hollywoodzkich filmach i to jeszcze w czasach, gdy przymiotnik "hollywoodzki" nie miał pejoratywnego znaczenia.

Rio Bravo 1959 John Wayne

   Rio Bravo to dumny przedstawiciel klasycznych westernów, który pojawił się na chwilę przed ich śmiercią. Trzeba przyznać, że to piękny finał, a sam film chociaż trzyma się konwencji to tchnie świeżością omijając najchętniej powielane i najprostsze schematy końskich oper.

   Chance, Dude czy Stumpy to ciągle bezsprzecznie pozytywni bohaterowie, ale daleko im do cnótek niewydymek pokroju Shane'a z Jeźdźca znikąd. Mają swoje wady, ale nie brak im jaj. Jak na "tych dobrych" są autentyczni i zwyczajnie dają się lubić. Czarne charaktery to również ludzie z krwi i kości, prawdziwi degeneraci, a nie wydmuszki powołane do życia ze scenariusza bez polotu.

Rio Bravo 1959 Dean Martin

   Fabuła jest prosta, ale za to ładnie przyozdobiona. Bo oto lokalny bandzior zabija człowieka za co trafia do pierdla. Kumple i rodzina zamierzają go odbić, a stróże prawa osamotnieni w obliczu przeważających sił wroga konsolidują siły. No i pięknie, to dobry punkt wyjścia, z którego można wyprowadzić dalszą narrację na trzy sposoby: 
1. czyniąc ją równie ciekawą co pożar osiedlowego śmietnika,
2. dając krwawą, okraszoną wybuchami rąbankę będącą starciem dwóch cwaniaków,
3. opowiadając po prostu ciekawą historię z polotem.

   Na opcję numer dwa było jeszcze za wcześnie, a jedynki szczęśliwie udało się uniknąć.

Rio Bravo 1959 Dean Martin

   Hawks wystawił do gry bardzo nierówne siły. Drużynę dobrych reprezentuje szeryf Chance, prawdziwy motherfucker będący uosobieniem wszystkiego co najlepsze na Dzikim Zachodzie. Przyłącza się do niego Dude, niegdyś jego zastępca i kozak podobnego kalibru, obecnie miejscowy lump. Właściwy skład zamyka stary i kulawy, lecz odważny i lojalny Stumpy.

   Jeszcze nie przedstawiłem czarnych charakterów, ale chyba czujecie już, że będą oni mieli miażdżącą przewagę. Dlatego też scenarzyści dorzucili naszym stróżom porządku dodatkowe wsparcie w postaci wędrownej oszustki (ma ona akurat podwójną wartość, bo dodatkowo nakręca wątek miłosny), właściciela hotelu Meksykańca kurdupla i w odwodach pewnego siebie, narwanego młodziaka.

Rio Bravo 1959 John Wayne Ricky Nelson

   No dobra, a przeciwnicy? Około dwudziestu obytych z bronią i bezwzględnych zakapiorów pod dowództwem bogatego Burdette'a, brata zatrzymanego.

   Pytanie więc jakim cudem te łotry nie rozgromią przeciwników z marszu? Można się karmić mrzonkami, że wobec resztek respektu wobec prawa, ale odpowiedź jest bardziej prozaiczna - Chance traktuje zatrzymanego, o którego toczy się cała draka, nie tylko jak aresztanta, ale i zakładnika. Podejmuje narzucone zasady gry, ale i sam je modyfikuje.

Rio Bravo 1959 Ricky Nelson John Wayne Claude Akins Walter Brennan

   Tym samym zabawa wchodzi na wyższy poziom, czyniąc rozwiązanie siłowe ostatecznością, a nam widzom dając coś więcej niż garść strzelanin i pościgów. A żeby było jeszcze ciekawiej to pozytywni bohaterowie mają jeszcze więcej problemów (jakby bandy zbirów było mało), bo w przeciwieństwie do Burdette'a i jego ludzi nie są wystarczająco zintegrowani i brakuje im wiary w siebie nawzajem.


   Nie dziwię się, że Rio Bravo jest tak wysoko oceniane. Obok Siedmiu wspaniałych to film, który godnie i zasłużenie zajmuje miejsce w panteonie westernów (szczególnie tych klasycznych).

Rio Bravo 1959 John Wayne Dean Martin Ricky Nelson