Coś ostatnio mam szczęście do nietypowych westernów. Po zabawach konszachtach z diabłem i rozmowach ze zmarłymi przyszedł czas na chińskich wojowników na Dzikim Zachodzie. Tak jak poprzednio fabuła jest naszpikowana różnymi nieprawdopodobnymi i widowiskowymi elementami, lecz tym razem już totalnie przegięto i to chyba czyni ten film tak zajebistym.
Pierwsze co zwraca uwagę to zdjęcia: barwne, przesycone, epicko nierzeczywiste i taki też będzie cały film. Taki jest bohater, przekolorownay na maksa, prawdziwa maszyna do zabijania co udowadnia nam już w pierwszych minutach.
Humor to druga mocna strona Honoru wojownika obok wywalonych w kosmos scen walk. Bo oto najpotężniejszy wojownik świata odnajduje spokój i spełnienie po środku pustyni, robiąc pranie dla swych dziwacznych kumpli i pielęgnując ogródek. Aha, no i spotyka wielką miłość.
Zresztą Yang to człowiek zagadka, nawet nie wojownik, to prawdziwy Berserk, który potrafi rozwalić na raz osiemdziesięciu ze stu przeciwników, po czym nie wiadomo skąd nadchodzi kolejnych pięćdziesięciu, ale od czego ma się przyjaciół, którzy gotowi są rozpieprzyć w drobny mak całe swoje miasteczko i zredukować liczbę mieszkańców do 10%.
I co z tego, że widać zastosowanie green screena w większości scen, i co z tego, że całość to przegięcie jak w jakimś GTA. Film ma bawić i bawi. To po prostu niezła bajka w klimatach westernu. Jeśli oglądaliście i podobało Wam się Sukiyaki Western Django to polubicie Honor wojownika. Jeśli z kolei bardziej jesteście fanami filmów w stylu Dobrego, złego i zakręconego to też dobrze trafiliście :D
czwartek, 25 czerwca 2015
wtorek, 23 czerwca 2015
Jonah Hex (2010) reż. Jimmy Hayward
Ostatnim razem była Śmierć w Tombstone z elementami irracjonalnymi i nieumiarkowanym korzystaniem ze słabej jakości efektów specjalnych, które to nijak nie mogły podźwignąć tej produkcji. W Jonah Hex również wykorzystano siły nadprzyrodzone, a całość naszpikowano fajerwerkami, ale tutaj się to w większości udało. A do tego dobra gra aktorska oraz niezłe zdjęcia i dalsze porównanie traci sens.
Od początku towarzyszy nam, a raczej głównemu bohaterowi, jego tajemnica, którą poznajemy powoli z biegiem czasu. Co jednak wiemy na pewno? Że zabito mu rodzinę, a on otarł się o śmierć zyskując przy tym niezwykłą i przydatną umiejętność rozmawiania ze zmarłymi. Niestety nawet mimo to nie zdążył schwytać swojego krzywdziciela i wymierzyć mu zemsty.
Jak dla mnie to całkiem niezły początek, a dalej jest tylko lepiej. Nie dość, że twórcy pobudzają ciekawość dawkując wspomnienia z przeszłości Hexa w niewielkich dawkach i sporych odstępach czasu, to jeszcze jego aktualna sytuacja szybko się komplikuje.
Mimo dobrego scenariusza, Jonah Hex w dużej mierze nastawiony jest na widowisko, czego dowodem są oryginalne (może czasami zbyt przekombinowane) bronie z finałową Wunderwaffe na czele, spora dawka strzelanin i fajerwerków, a także rozmach całej imprezy, która nie ogranicza się jedynie do jakiegoś zapyziałego miasteczka na Dzikim Zachodzie.
Brolin dał tu z siebie naprawdę sporo, z wielką blizną na policzku i zaciętym spojrzeniem już sam jego widok budzi respekt (a pod kapeluszem to nawet trochę Charlesa Bronsona przypomina). Oschły w obyciu, bezlitosny dla wrogów, lecz o dobrym sercu daje końcowy efekt naprawdę ciekawej postaci. Malkovich w roli czarnego charakteru spisał się równie kozacko, chociaż... on mi jakoś nie pasuje do westernów, no sam nie wiem. Nie wykorzystano za to potencjału Megan Fox i Michaela Fassbendera, którzy przyćmieni dwoma powyższymi przewijali się w tle, ale bez szans na wybicie.
Jak dla mnie to całkiem niezły początek, a dalej jest tylko lepiej. Nie dość, że twórcy pobudzają ciekawość dawkując wspomnienia z przeszłości Hexa w niewielkich dawkach i sporych odstępach czasu, to jeszcze jego aktualna sytuacja szybko się komplikuje.
Mimo dobrego scenariusza, Jonah Hex w dużej mierze nastawiony jest na widowisko, czego dowodem są oryginalne (może czasami zbyt przekombinowane) bronie z finałową Wunderwaffe na czele, spora dawka strzelanin i fajerwerków, a także rozmach całej imprezy, która nie ogranicza się jedynie do jakiegoś zapyziałego miasteczka na Dzikim Zachodzie.
Brolin dał tu z siebie naprawdę sporo, z wielką blizną na policzku i zaciętym spojrzeniem już sam jego widok budzi respekt (a pod kapeluszem to nawet trochę Charlesa Bronsona przypomina). Oschły w obyciu, bezlitosny dla wrogów, lecz o dobrym sercu daje końcowy efekt naprawdę ciekawej postaci. Malkovich w roli czarnego charakteru spisał się równie kozacko, chociaż... on mi jakoś nie pasuje do westernów, no sam nie wiem. Nie wykorzystano za to potencjału Megan Fox i Michaela Fassbendera, którzy przyćmieni dwoma powyższymi przewijali się w tle, ale bez szans na wybicie.
Etykiety:
2010,
fantasy,
Jimmy Hayward,
john malkovich,
jonah hex,
josh brolin,
megan fox,
michael fassbender,
recenzja,
rozmowa ze zmarłymi,
sci-fi,
western
niedziela, 21 czerwca 2015
Śmierć w Tombstone (Dead in Tombstone) 2013 reż. Roel Reiné
Nie powiem, wściekły wyraz twarzy Trejo z plakatu i opis (za Filmwebem):
Zamordowany przez własnych ludzi lider gangu trafia do piekła. Dostaje od Szatana szansę na zemstę, którą postanawia wykorzystać,
rozbudziły moją ciekawość. Machnięciem ręki zbyłem nawet informację, że to nie wersja kinowa, a video. No bo co tam, na różne niskobudżetowe perełki człowiek w swoim życiu trafiał, a niejednym blockbusterem ręce sparzył. Tu zapowiadała się wypas rąbanka, szczególnie jak jeszcze dojrzałem nazwisko Rourke. No kurczaki! Sukces murowany bym rzekł. Nie mogąc się doczekać wkroczyłem do Tombstone.
A prócz powyższych słabości jest jeszcze parę kwiatków w postaci mało wiarygodnej przemiany głównego bohatera, czy jego dziwnych relacji z mającą swoje rachunki do wyrównania Jane. A zresztą, to nawet ciekawe nie jest.
Zamordowany przez własnych ludzi lider gangu trafia do piekła. Dostaje od Szatana szansę na zemstę, którą postanawia wykorzystać,
I tak jak wszedłem to zaraz padłem zaskoczy niczym Trejo, gdy wydymali go kumple.
Mamy tu sporo kiczu i tendencję do przesadzania, przy czym ani część aktorska, ani operatorska nie uciąga. Zabrakło chyba i pomysłu, bo mamy tu i zdradę i chciwość i okrucieństwo, ale żadne z nich nie są przekonujące. Łajdackie poczynania Reda, który postanawia pozbyć się niewygodnego wspólnika nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Bo ani tu dialogi dobre, ani postaci wyraziste, jakoś się to wszystko rozmywa.
I o ile w przypadku aktorów mamy tu Trejo, który już samą swoją obecnością podnosi poziom, a także Rourke w całkiem niezłej roli diabła, to zdjęcia jak wyżej wspomniałem wypadły koszmarnie niczym z jakiegoś fabularyzowanego dokumentu. Rzut okiem na Filmweba uświadomił mnie, że za reżyserię i zdjęcia odpowiada Roel Reiné, pan o całkiem pokaźnej, lecz niezbyt imponującej filmografii. Szkoda że niektórzy nie uczą się na własnych błędach, bo Śmierć w Tombstone miała potencjał niczym Jonah Hex (o którym następnym razem).
A prócz powyższych słabości jest jeszcze parę kwiatków w postaci mało wiarygodnej przemiany głównego bohatera, czy jego dziwnych relacji z mającą swoje rachunki do wyrównania Jane. A zresztą, to nawet ciekawe nie jest.
czwartek, 18 czerwca 2015
Złoto MacKenny (Mackenna's Gold) 1969 reż. J. Lee Thompson
Jak tu nie lubić Gregory Pecka? Nie dość że świetny aktor to ma w sobie coś takiego, że w pewnych jego rolach nie móglbym sobie wyobrazić nikogo innego. W roli Mackenny trochę zaskakuje będąc facetem uczciwym do bólu podczas, gdy otaczają go same szumowimy, a w najlepszym razie ludzie o wątpliwym kręgosłupie moralnym. A mimo to podoba się, bo taki wizerunek do niego pasuje, nawet gdy na tle reszty wydaje się być z innego świata.
Bo i Złoto MacKenny nie trzyma się klasycznej konwencji westernu, ci którzy z definicji powinni być dobrzy (jak wojskowi) okazują się łajdakami, a bandyci zamiast odpychać budzą sympatię. Aczkolwiek to ostatnie to być może zasługa Sharifa, który moim zdaniem przypomina Wallacha z Dobrego, złego i brzydkiego. Obaj są łajdakami, ale po prawdzie nie da się ich nie lubić.
Zresztą film jest troszkę naszprycowany rozmaitymi atrakcjami tak jakby twórcy chcieli pchnąć jak najwięcej życia w umierajacy już garunek. Mamy więc Indian, których ciężko jest jednoznacznie ocenić, jest i kawaleria, są bandyci, nieudacznicy i w końcu szeryf. Chyba tylko prostytutek zabrakło, ale nie jestem pewien, może gdzieś się przewijały.
Fabuła jest momentami może ciut sztampowa, ale za to dobrze przemyślana i podzielona tak by nie było miejsc przeładowanych akcją kosztem późniejszej nudy. Tym samym od początku do końca budzi zainteresowanie i każdorazowo zostawia sobie jakiś atut by nas zaskoczyć w momencie kiedy się już nic więcej nie spodziewamy.
Całości dopełnia muzyka, zdjęcia (ach te amerykańskie plenery, zawsze cieszą) i otoczka z indiańskich legend, której ja dałem się porwać.
Etykiety:
1969,
Camilla Sparv,
gregory peck,
j. lee thompson,
Mackenna's Gold,
omar sharif,
pustynia,
recenzja,
telly savalas,
western,
złoto apaczów,
złoto mackenny
czwartek, 11 czerwca 2015
McLintock! (1963) reż. Andrew V. McLaglen
To miła odmiana po krwawych rąbankach we włoskim wydaniu. I chociaż akcja mogłaby się rozgrywać w innych czasach i miejscu to dobrze, że tak się nie stało. Z całą tą westernową otoczką, z klasycznym miasteczkiem, ze stadami bydła i z udziałem Indian McLintock! przypomina, że Dziki Zachód to nie tylko strzelaniny i napady na bank.
Oby więcej takich filmów :)
sobota, 11 kwietnia 2015
Jesień Czejenów (Cheyenne Autumn) 1964 reż. John Ford
Mój ojciec też lubi westerny, chociaż bardziej skłania się ku tym klasycznym made in America z lat 50' i 60'. Siłą rzeczy coś mi tam czasem podsunie, a ja z ciekawości obejrzę i dobrze, bo sam z siebie odkładałbym to latami.
Film opowiada historię Czejenów, którzy osadzeni w rezerwacie gdzieś na pustyni jednego z południowych stanów postanawiają wrócić na swe rodzime ziemie po tym jak amerykański rząd kolejny raz ich lekceważy i nie dotrzymuje złożonych obietnic. Ich droga wiedzie przez pół Stanów Zjednoczonych namnażając kolejne trudności w postaci braku pożywienia, zasadzek które trzeba ominąć czy w końcu zimna im bardziej na północ.
Film opowiada historię Czejenów, którzy osadzeni w rezerwacie gdzieś na pustyni jednego z południowych stanów postanawiają wrócić na swe rodzime ziemie po tym jak amerykański rząd kolejny raz ich lekceważy i nie dotrzymuje złożonych obietnic. Ich droga wiedzie przez pół Stanów Zjednoczonych namnażając kolejne trudności w postaci braku pożywienia, zasadzek które trzeba ominąć czy w końcu zimna im bardziej na północ.
To zdecydowanie film z tych co to ładne, z rozmachem i w ogóle. Tym bardziej więc zaskakuje, że rozlicza się z mroczną kartą amerykańskiej historii, szczególnie że John Ford w swoich starszych filmach nie był raczej łaskawy dla czerwonoskórych.
Jesień Czejenów to film trwający dwie i pół godziny co ma swoje złe i dobre strony. Z tych złych to oczywiście to, że mimo ciekawej fabuły po dwóch godzinach zaczyna się dłużyć. Rozdęcie to można jednak wytłumaczyć, bo cały ten czas został zapchany sporą ilościa treści, które pozwalają nam szerzej spojrzeć na Stany Zjednoczone lat 70' XIX wieku. Indianie na swej drodze spotykają zarówno dobrych Amerykanów, którzy starają im się ulżyć w ciężkim marszu i pomóc w osiągnięciu celu jak i ze zwiezęconych kowbojów żądnych krwi. Podobnie z wojskowymi, z którymi przychodzi im mieć do czynienia, jedni rozumieją Indian i celowo dywersyfikują swoją pracę, podczas gdy inni chorobliwie trzymają się regulaminu lub zwyczajnie korzystają ze stanowiska, by dać upust własnej nienawiści do czerwonoskórych.
Tak czy inaczej Ford dość uczciwie pokazał ludzi, po obu stronach dzielących się zarówno na dobrych jak i na złych. A góruje nad nimi wszystkimi amerykański rząd, zepsuty do szpiku kości, ale... z jednym sprawiedliwym w swych szeregach. Zresztą Ford jest tu strasznie cięty nie tylko na możnych, ale i społeczeństwo w ogóle, bo prócz pochylania się nad pokrzywdzonymi Indianami, wytyka również rabunkową gospodarkę pokazując efekt masakry stada bizonów. A głupie amerykańskie społeczeństwo w tym czasie sprowadza wszystko do taniej sensacji, przemieniając niewielką potyczkę wojska z Indianami w krwawą masakrę w czasie której wyrżnęli w pień ponad setkę Bogu ducha winnych białych.
Taaa, tak to wygląda i tu niestety nastepuje pierwszy zgrzyt, bo jest zbyt sztampowo. Źli są zbyt źli, a dobrzy nazbyt dobrzy, owszem są wyjatki, jak główny bohater, który przez długo się waha, ale nie zmienia to faktu, że otrzymujemy kilka mocno łopatologicznych scen, aczkolwiek może tak trzeba było mówić do amerykańskiego widza w czasach, gdy na ekranach nadal w większości królowali dzicy Indianie i cywilizowani biali.
Szczególnie zaskoczył mnie tu i ucieszył polski wątek, raczej nie zepsuję nikomu kto nie widział zabawy, jeśli zdradzę, że jednym z żołnierzy jest imigrant z Polski, sierżant Wichowski. Klawy chłop, chociaż który lubi sobie popić. To stereotypowe podejście do Polaków mogłoby być pewnym zgrzytem, gdyby nie to, że Wichowski okazuje się najporządniejszym z całego oddziału, odwołując się do smutnych wspomnień z ojczyzny uciskanej przez zaborców. Druga rzecz, że dla kontrastu pojawia się oficer Niemiec, regulaminowy do obrzygu, a mimo to znalazłszy się w ślepym zaułku również sięga po butelkę, co jednak kończy się dla niego gorzej niż dla Polaka.
Taaa, tak to wygląda i tu niestety nastepuje pierwszy zgrzyt, bo jest zbyt sztampowo. Źli są zbyt źli, a dobrzy nazbyt dobrzy, owszem są wyjatki, jak główny bohater, który przez długo się waha, ale nie zmienia to faktu, że otrzymujemy kilka mocno łopatologicznych scen, aczkolwiek może tak trzeba było mówić do amerykańskiego widza w czasach, gdy na ekranach nadal w większości królowali dzicy Indianie i cywilizowani biali.
Powyższe to tak z ciekawostek, podobnie jak warto zwrócic uwagę na postaci Wyatta Earpa i Doca Hollidaya, które wypadają tu chyba najsłabiej ze wszystkich westernowych odsłon, które z nimi widziałem. Inna rzecz, że ich sekwencja to akurat komiczny fragment filmu, o dziwo mimo poważnego tonu całości całkiem śmieszny.
Naprawdę kawał dobrego kina, które moge śmiało polecić każdemu miłośnikowi westernów czy po prostu filmów historycznych. A do tego świetny materiał na remake :)
Naprawdę kawał dobrego kina, które moge śmiało polecić każdemu miłośnikowi westernów czy po prostu filmów historycznych. A do tego świetny materiał na remake :)
Etykiety:
1964,
amerykańska kawaleria,
cheyenne autumn,
czejenowie,
eksterminacja Indian,
film amerykański,
indianie,
jesień czejenów,
john ford,
pościg,
recenzja,
ucieczka z rezerwatu,
USA,
waszyngton,
western
sobota, 21 marca 2015
Keoma (1976) reż. Enzo G. Castellari
Keoma to ciekawy przypadek wśród spaghetti westernów. Oto w rodzinne strony wraca z wojny secesyjnej Keoma, pół Indianin pół biały. Na miejscu zastaje sterroryzowane przez bandytów miasteczko, w którym na domiar złego szaleje zaraza. Od znajomego Murzyna dowiaduje się, że zaraz po wojnie przybył do nich niejaki Caldwell, który przemocą wykupił/przejął całą okolicę, a jej mieszkańców sprowadził do roli niewolników.
Keoma postanawia przeciwstawić się złu, co ułatwia mu fakt, że jest niezrównanym rewolwerowcem, świetnie rzuca nożami i niezgorzej radzi sobie w walce wręcz. Możnaby pomyśleć, że taki twardziel raz dwa przywróci porządek, ale nie ma tak łatwo, gdyż Caldwell ma pod sobą kilkudziesięciu ludzi, w tym ciekawostka - przyrodnich braci Keomy, którzy go nienawidzą. Tym samym taka konfrontacja daje naprawdę sporo fajerwerków w postaci strzelanin (zrealizowanych z wykorzystaniem slow motion). Co ciekawe bohater nie ucieka się do typowych dla spagwestów forteli i nad potęgę umysłu przedkłada argumenty siłowe. Także walki choć zrobione z rozmachem to nie wyróżniają się niczym szczególnym (żadnego CKM-u, ani dynamitu), a technicznie nawet trochę kuleją (nieźle ubawiłem się na typkach wywijających koziołki w powietrzu ilekroć, któryś dostał kulkę), co jednak daje się przełknąć.
Kiedy jesteśmy już przy ofiarach walk, to przyznam, że ciągle fascynuje mnie czemu włoscy filmowcy lubili tak epatować przemocą w swoich filmach. I nie chodzi mi tu jedynie o zabitych w strzelaninach, ale wszelkie inne przejawy okrucieństwa. Działania Caldwella jako żywo przypominały mi poczynania hitlerowców: łapanki na ulicach miasteczka, wywózka zarażonych do opuszczonej kopalni przypominającej obóz koncentracyjny, do tego blokowanie dostaw żywności i lekarstw prowadzące do powolnej eksterminacji miejscowej ludności. Ich szczęście, że się ten Keoma pojawił, bo było by krucho.
A bohater to jak na spagwesta naprawdę nietypowy, bo prócz tego, że nie korzysta z żadnych forteli, to jeszcze nie walczy dla zysku, on naprawdę chce tylko pomóc ludziom. Jak jakiś mesjasz i w sumie nie jest to określenie na wyrost, bo film jest wręcz naszpikowany religijną symboliką. To akurat fajny myk, za to już filozoficzne zacięcie bohatera, choć znośne to według mnie niepotrzebne. Fabuła daje jasny przekaz, wojna jest zła, bo to przecież ona przyniosła upadek miasteczku, a o wolność i równość trzeba walczyć. Koniec końców tyrana obalają mieszaniec, czarnuch i tolerancyjny biały, podczas gdy reszta białych jest oprawcami, albo daje się zażynać jak prosiaki.
Ciekawym zastosowanym tu zabiegiem są też retrospekcje przedstawiające nam wspomnienia Keomy, momentami wręcz przeplatają się z rzeczywistą akcją, ale nie powoduje to żadnego bałaganu. Naprawdę w pytkę zabieg, który w połączeniu z dialogami bohaterów daje pełny obraz przeszłości i pozwala zrozumieć motywy bohaterów.
To strasznie późny spagwest, więc i mocno się różni od starszych klasyków. Castellari sporo tu poeksperymentował tak ze zdjęciami jak i z samą konwencją. Nie upiekło się i muzyce, bo przez cały film przewija się kilka charakterystycznych piosenek. Wszystkie robione na jedno kopyto i chociaż nie wsłuchiwałem się w ich treść, to z tego co złapałem jednym uchem, wnioskuję że były one swego rodzaju narracją, niestety zupełnie tu niepotrzebną, bo tak jak rozmowy Keomy z ojcem, zahaczajace o łopatologię. Mimo to w jakiś sposób mi się one podobały i nawet tolerowałem ich obecność, chociaż czułem zgrzyt, bo jakoś tak nie po bożemu.
Keoma postanawia przeciwstawić się złu, co ułatwia mu fakt, że jest niezrównanym rewolwerowcem, świetnie rzuca nożami i niezgorzej radzi sobie w walce wręcz. Możnaby pomyśleć, że taki twardziel raz dwa przywróci porządek, ale nie ma tak łatwo, gdyż Caldwell ma pod sobą kilkudziesięciu ludzi, w tym ciekawostka - przyrodnich braci Keomy, którzy go nienawidzą. Tym samym taka konfrontacja daje naprawdę sporo fajerwerków w postaci strzelanin (zrealizowanych z wykorzystaniem slow motion). Co ciekawe bohater nie ucieka się do typowych dla spagwestów forteli i nad potęgę umysłu przedkłada argumenty siłowe. Także walki choć zrobione z rozmachem to nie wyróżniają się niczym szczególnym (żadnego CKM-u, ani dynamitu), a technicznie nawet trochę kuleją (nieźle ubawiłem się na typkach wywijających koziołki w powietrzu ilekroć, któryś dostał kulkę), co jednak daje się przełknąć.
Kiedy jesteśmy już przy ofiarach walk, to przyznam, że ciągle fascynuje mnie czemu włoscy filmowcy lubili tak epatować przemocą w swoich filmach. I nie chodzi mi tu jedynie o zabitych w strzelaninach, ale wszelkie inne przejawy okrucieństwa. Działania Caldwella jako żywo przypominały mi poczynania hitlerowców: łapanki na ulicach miasteczka, wywózka zarażonych do opuszczonej kopalni przypominającej obóz koncentracyjny, do tego blokowanie dostaw żywności i lekarstw prowadzące do powolnej eksterminacji miejscowej ludności. Ich szczęście, że się ten Keoma pojawił, bo było by krucho.
A bohater to jak na spagwesta naprawdę nietypowy, bo prócz tego, że nie korzysta z żadnych forteli, to jeszcze nie walczy dla zysku, on naprawdę chce tylko pomóc ludziom. Jak jakiś mesjasz i w sumie nie jest to określenie na wyrost, bo film jest wręcz naszpikowany religijną symboliką. To akurat fajny myk, za to już filozoficzne zacięcie bohatera, choć znośne to według mnie niepotrzebne. Fabuła daje jasny przekaz, wojna jest zła, bo to przecież ona przyniosła upadek miasteczku, a o wolność i równość trzeba walczyć. Koniec końców tyrana obalają mieszaniec, czarnuch i tolerancyjny biały, podczas gdy reszta białych jest oprawcami, albo daje się zażynać jak prosiaki.
Etykiety:
1976,
Enzo G. Castellari,
franco nero,
keoma,
miasteczko,
przyrodni bracia,
recenzja,
spaghetti western,
strzelaniny,
western,
william berger,
woody strode,
zaraza
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















