Za dużo westernów w latach 90' nie powstało, więc rzuciłem się na Szybkich i martwych jak Cygan na kupę gruzu i niestety pożałowałem.
OPIS:
Rewolwerowczyni (jest takie słowo?) Ellen (Sharon Stone) przybywa do miasteczka rządzonego przez bandytę Heroda (Gene Hackman), by wziąć udział w turnieju rewolwerowców.
Ten film to niestety nie western komediowy, a jakaś parodia, albo farsa. Mamy tu przerysowane postacie i sytuacje, co choć irytująco nieudolne jest jeszcze do zniesienia. Porażką są sceny absurdalne, które kłócą się z przyjęta konwencją filmu niezbyt poważnego, ale trzymającego się zasad rządzących tym światem (biologii, fizyki). Humor miał tu nawet potencjał, nie powiem, tylko jakoś... kurde, sam nie wiem co poszło nie tak. Może to przez te nazbyt karykaturalne postacie, może przez drewnianą Stone, może przez za mały kontrast do poważniejszych poczynań, które i tak były komiczne. W każdym razie dla mnie humor leży i kwiczy.
A skoro wspomnieliśmy już o Sharon. Strasznie się ucieszyłem na jej widok, znam ją tylko z nazwiska jako gwiazdę kina, filmów żadnych za bardzo nie kojarzę, ale nieważne. Po prostu ucieszyłem się na kobietę w roli głównej. A ona mnie zawiodła ;( A tak poważnie, część scen z nią jest rewelacyjnych, gdyby je wyciąć do jakiegoś trailera czy coś, to byłoby super, ale inne sprawiają wrażenie jakby na planie pojawiła się jakaś sierota, która nie wie co tam robi.
Russel Crowe z kolei zagrał dobrze, ale po całości na poważnie (może poza kilkoma kretyńskimi, świętoszkowatymi tekstami), co zupełnie nie pasowało do błazenady jaką uskuteczniali pozostali. Gene Hackman za to rewelacja. Zagrał tu skurwysyna na miarę swoich postaci z Polowania i Bez przebaczenia. No i był jeszcze Leoś, uroczy chłopaczek i nawet fajna postać, ale nie do westernu, nawet takiego jak ten. Jakoś mi ten mały lowelas nie przypadł do gustu.
To co jeszcze mi się w tym filmie nie podobało to zdjęcia. Mnóstwo dziwnych najazdów i odjazdów kamery, jakieś dziwne przebitki, mnóstwo "artystycznych ujęć", a wszystko to wyglądało dziwnie. Takie upiększanie na siłę.
Fabuła jest naciągana na maksa, ale byłbym nie sprawiedliwy gdybym nie pochwalił twórców za aurę tajemnicy otaczającą dawne sprawy bohaterów i ich motywacje. Dupy nie urywa, ale jest nieźle. Co i tak nie daje rady wyrównać większości naciąganych i dziwnych scen.
Szybkich i martwych nie polecam jeśli jeszcze nie oglądaliście, wystarczy że ja to zrobiłem.
sobota, 27 września 2014
poniedziałek, 1 września 2014
Corri, uomo, corri (1968) reż. Sergio Sollima
Dawno już chciałem zobaczyć Corri, uomo, corri, ale za cholerę nie mogłem znaleźć wersji z dobrym tłumaczeniem, no i tak jakoś w końcu machnąłem ręką. Prawie bym zapomniał o tym spaghetti westernie, gdyby nie Mariusz ze swoją recenzją. Pomyślałem, poszukam jeszcze raz i znalazłem :)
OPIS:
To kontynuacja przygód Cuchillo (Tomas Milian) z La resa dei conti. Manuel "Cuchillo" Sanchez wraca w rodzinne strony do ukochanej kobiety. Jego wizyta nie trwa długo, bo momentalnie wplątuje się w kłopoty i ląduje w areszcie, w którym poznaje rewolucyjnego poetę Ramireza (José Torres), a ten wciąga go w awanturę o złoto warte 3 mln dolarów. Chętni na jego zdobycie są również meksykańscy rebelianci, bandyci, były szeryf-rewolwerowiec i kto tam się jeszcze po drodze napatoczy.
Od początku mamy widoki na kawał dobrego kina. Świetna muzyka, piękne plenery, odpowiednie kostiumy i scenografie, wszystko to jest solidną podstawą dla każdego westernu.
Sam tytułowy Cuchillo zachwyca już od pierwszych minut. Jest uroczy, czarujący i zabawny, co w przypadku włóczęgi i złodziejaszka daje ciekawy efekt. Nie można też zapominać, że facet to utalentowany nożownik i były rewolucjonista, patrzący głównie za własną korzyścią, ale nie do końca pozbawiony skrupułów. Mnie najbardziej ujął humorem, nie przemijającym nawet w sytuacjach śmiertelnego niebezpieczeństwa. No i też tym życiowym pechem, przez którego regularnie wpada w jakieś tarapaty.
Bohaterowie to chyba najmocniejszy punkt tego filmu, są wyraziści i ciekawi. Prócz nie dającego się nie lubić Cuchillo mamy też jego namiętną ukochaną Dolores (Chelo Alonso), która próbuje go usidlić i zaprowadzić przed ołtarz, lecz mimo swojej zaborczości i charyzmy, Manuel nieprzerwanie chodzi swoimi ścieżkami. Żeby było ciekawiej pojawia się i druga dziewczyna, dla odmiany blondynka i Amerykanka, nieco szurnięta Penny (Linda Veras), która już nie wzbudza sympatii, lecz wprowadza sporo zamieszania. A były szeryf Nathaniel Cassidy (Donald O'Brien) jest wisienką na torcie, choć niepozorny to okazuje się pieruńsko bystry i śmiertelnie niebezpieczny, gdy sięga po broń.
Chociaż film trwa dwie godziny to nie ma tu czasu na nudę. Co chwila w akcję włączają się coraz to nowe postacie lub grupy i dochodzą coraz to nowe wątki. Naprawdę jest na czym skupić uwagę. Jak zawsze nie mogło zabraknąć strzelanin, brutalności i sporej liczby trupów. No i te numery z nożami...
Dialogi zasługują na osobne wyróżnienie. Na przemian zachwycają dobrze wyważonym humorem i mieszanką tekstów w stylu macho, które świetnie pasują do sytuacji, ale też nie jest ich za dużo.
Słabo pamiętam La resa dei conti, ale tam chyba bardziej podobała mi się fabuła, jeszcze mocniej naszpikowana niesamowitymi wątkami i zaskakującymi zwrotami akcji, a tu z kolei przeważyła postać Cuchillo. W sumie wychodzi remis.
Corri, uomo, corri zdecydowanie polecam, nawet jeśli nie widzieliście poprzedniego filmu.
OPIS:
To kontynuacja przygód Cuchillo (Tomas Milian) z La resa dei conti. Manuel "Cuchillo" Sanchez wraca w rodzinne strony do ukochanej kobiety. Jego wizyta nie trwa długo, bo momentalnie wplątuje się w kłopoty i ląduje w areszcie, w którym poznaje rewolucyjnego poetę Ramireza (José Torres), a ten wciąga go w awanturę o złoto warte 3 mln dolarów. Chętni na jego zdobycie są również meksykańscy rebelianci, bandyci, były szeryf-rewolwerowiec i kto tam się jeszcze po drodze napatoczy.
Od początku mamy widoki na kawał dobrego kina. Świetna muzyka, piękne plenery, odpowiednie kostiumy i scenografie, wszystko to jest solidną podstawą dla każdego westernu.
Sam tytułowy Cuchillo zachwyca już od pierwszych minut. Jest uroczy, czarujący i zabawny, co w przypadku włóczęgi i złodziejaszka daje ciekawy efekt. Nie można też zapominać, że facet to utalentowany nożownik i były rewolucjonista, patrzący głównie za własną korzyścią, ale nie do końca pozbawiony skrupułów. Mnie najbardziej ujął humorem, nie przemijającym nawet w sytuacjach śmiertelnego niebezpieczeństwa. No i też tym życiowym pechem, przez którego regularnie wpada w jakieś tarapaty.
Bohaterowie to chyba najmocniejszy punkt tego filmu, są wyraziści i ciekawi. Prócz nie dającego się nie lubić Cuchillo mamy też jego namiętną ukochaną Dolores (Chelo Alonso), która próbuje go usidlić i zaprowadzić przed ołtarz, lecz mimo swojej zaborczości i charyzmy, Manuel nieprzerwanie chodzi swoimi ścieżkami. Żeby było ciekawiej pojawia się i druga dziewczyna, dla odmiany blondynka i Amerykanka, nieco szurnięta Penny (Linda Veras), która już nie wzbudza sympatii, lecz wprowadza sporo zamieszania. A były szeryf Nathaniel Cassidy (Donald O'Brien) jest wisienką na torcie, choć niepozorny to okazuje się pieruńsko bystry i śmiertelnie niebezpieczny, gdy sięga po broń.
Chociaż film trwa dwie godziny to nie ma tu czasu na nudę. Co chwila w akcję włączają się coraz to nowe postacie lub grupy i dochodzą coraz to nowe wątki. Naprawdę jest na czym skupić uwagę. Jak zawsze nie mogło zabraknąć strzelanin, brutalności i sporej liczby trupów. No i te numery z nożami...
Dialogi zasługują na osobne wyróżnienie. Na przemian zachwycają dobrze wyważonym humorem i mieszanką tekstów w stylu macho, które świetnie pasują do sytuacji, ale też nie jest ich za dużo.
Słabo pamiętam La resa dei conti, ale tam chyba bardziej podobała mi się fabuła, jeszcze mocniej naszpikowana niesamowitymi wątkami i zaskakującymi zwrotami akcji, a tu z kolei przeważyła postać Cuchillo. W sumie wychodzi remis.
Corri, uomo, corri zdecydowanie polecam, nawet jeśli nie widzieliście poprzedniego filmu.
Etykiety:
1968,
bandyci,
był szeryf,
corri uomo corri,
cuchillo,
Meksyk,
nożownik,
rebelianci,
recenzja,
rewolucjoniści,
rewolwerowiec,
sergio sollima,
spaghetti western,
tomas milian,
włoski
środa, 6 sierpnia 2014
Adiós, Sabata (1970) reż. Gianfranco Parolini
Chciałem zobaczyć Sabatę z Lee Van Cleefem, a przez pomyłkę wybrałem Adiós Sabata z Yulem Brynnerem. W sumie też dobrze :D
OPIS:
Rok 1867. Rewolwerowiec Sabata postanawia pomóc meksykańskim rewolucjonistom. Zamierzają wykraść złoto zgromadzone przez stacjonującego w fortecy habsburskiego pułkownika i wymienić je na broń.
Ha! Dawno już nie było dobrego spagwesta! :) Jest tu wszystko czego potrzeba. Akcja zawiązuje się błyskawicznie (od razu mamy strzelaninę) i jest dawkowana z wyczuciem, tak że nie mamy ani przesytu, ani nudnych dłużyzn. Twórcy oferują nam liczne pojedynki i strzelaniny, niejednokrotnie zrealizowane z wielkim rozmachem. Tytułowy bohater (Yul Brynner) to wirtuoz karabinu, który potrafi strzelać nawet... nogami. Tak, ja wiem, że to ciut śmieszne, ale i takich bohaterów lubię od czasu do czasu.
Jest i brutalnie, a trup się ściele gęsto. Jest nawet znana scena strzelania do wypuszczanych jeńców. Jednak nie na powielanych schematach bazuje ten film, jest i wiele oryginalnych rozwiązań. Bo powielony pomysł na meksykańskich bojowników i pomagającego im rewolwerowca Amerykanina uważam, za dobry i nadający się do rozmaitej eksploatacji. Więc mimo iż nieraz skojarzy nam się z innym spagwestem, to mimo wszystko i fabuła tak jest cholernie zaskakująca i pomysłowa.
Sabata to kowboj o złotym sercu walczy o uciśnionych i ich sprawy. W sumie będąc niepokonanym motherfuckerem z fantazją stać go na taki luksus. Tylko ubiera się ciut... cyrkowo, chociaż nie tak źle jak Lee Van Cleef w Małym Mścicielu (ehhh, to była żenada). Aczkolwiek potem ten strój staje się oszczędniejszy, ale wciąż czarny i tym samym Sabata z wyglądu zaczyna przypominać Adamsa z Siedmiu wspaniałych. Zresztą nie tylko z wyglądu, bo i tak walczył o uciśnionych, również Meksykańców. Prócz świetnego obchodzenia się z bronią, bohater raz za razem korzysta z rozmaitych forteli, a więc i na inteligencji mu nie zbywa. No i jest przy tym maksymalnie wyluzowany :D
Co do reszty bohaterów, są ciekawi, ale dupy nie urywają. Skoro rewolucyjna banda Meksykańców, to i gruby, rubaszny przywódca, a jakże. Do tego kilku pomagierów, z których jeden potrafi zabijać/nokautować (uwaga to dobre!) metalowymi kulkami miotanymi z buta. Dean Reed gra Amerykanina, bohatera pomysłowego i pełnego wdzięku, lecz irytującego jak Matt Damon w Prawdziwym męstwie. A dla przeciwwagi uzupełnia ich austriacki pułkownik Skimmel (Gérard Herter znany z ciut podobnej roli w Colorado aka La Resa dei conti), wyjątkowy skurwiel.
Zdjęcia trochę mnie zawiodły, początkowo sprawiały wrażenie amatorskich, jakieś dziwne najazdy kamery wyglądał niezbyt atrakcyjnie. Potem albo się poprawiło, albo przestałem na to zwracać uwagę. Nie wiem.
Zaskoczyła mnie muzyka, gdy ją usłyszałem pomyślałem: o zajebiście, Morricone. Potem sprawdziłem a to Bruno Nicolai. Naprawdę rewelacja. No i jak zawsze na koniec: dobre kostiumy (poza Sabatą na początku), dużo statystów, ciekawe plenery, ładne scenografie i rekwizyty.
Adiós, Sabata zdecydowanie polecam.
![]() |
| Yul Brynner zaraz strzeli Ci nogą... |
OPIS:
Rok 1867. Rewolwerowiec Sabata postanawia pomóc meksykańskim rewolucjonistom. Zamierzają wykraść złoto zgromadzone przez stacjonującego w fortecy habsburskiego pułkownika i wymienić je na broń.
Ha! Dawno już nie było dobrego spagwesta! :) Jest tu wszystko czego potrzeba. Akcja zawiązuje się błyskawicznie (od razu mamy strzelaninę) i jest dawkowana z wyczuciem, tak że nie mamy ani przesytu, ani nudnych dłużyzn. Twórcy oferują nam liczne pojedynki i strzelaniny, niejednokrotnie zrealizowane z wielkim rozmachem. Tytułowy bohater (Yul Brynner) to wirtuoz karabinu, który potrafi strzelać nawet... nogami. Tak, ja wiem, że to ciut śmieszne, ale i takich bohaterów lubię od czasu do czasu.
Jest i brutalnie, a trup się ściele gęsto. Jest nawet znana scena strzelania do wypuszczanych jeńców. Jednak nie na powielanych schematach bazuje ten film, jest i wiele oryginalnych rozwiązań. Bo powielony pomysł na meksykańskich bojowników i pomagającego im rewolwerowca Amerykanina uważam, za dobry i nadający się do rozmaitej eksploatacji. Więc mimo iż nieraz skojarzy nam się z innym spagwestem, to mimo wszystko i fabuła tak jest cholernie zaskakująca i pomysłowa.
Sabata to kowboj o złotym sercu walczy o uciśnionych i ich sprawy. W sumie będąc niepokonanym motherfuckerem z fantazją stać go na taki luksus. Tylko ubiera się ciut... cyrkowo, chociaż nie tak źle jak Lee Van Cleef w Małym Mścicielu (ehhh, to była żenada). Aczkolwiek potem ten strój staje się oszczędniejszy, ale wciąż czarny i tym samym Sabata z wyglądu zaczyna przypominać Adamsa z Siedmiu wspaniałych. Zresztą nie tylko z wyglądu, bo i tak walczył o uciśnionych, również Meksykańców. Prócz świetnego obchodzenia się z bronią, bohater raz za razem korzysta z rozmaitych forteli, a więc i na inteligencji mu nie zbywa. No i jest przy tym maksymalnie wyluzowany :D
Co do reszty bohaterów, są ciekawi, ale dupy nie urywają. Skoro rewolucyjna banda Meksykańców, to i gruby, rubaszny przywódca, a jakże. Do tego kilku pomagierów, z których jeden potrafi zabijać/nokautować (uwaga to dobre!) metalowymi kulkami miotanymi z buta. Dean Reed gra Amerykanina, bohatera pomysłowego i pełnego wdzięku, lecz irytującego jak Matt Damon w Prawdziwym męstwie. A dla przeciwwagi uzupełnia ich austriacki pułkownik Skimmel (Gérard Herter znany z ciut podobnej roli w Colorado aka La Resa dei conti), wyjątkowy skurwiel.
Zdjęcia trochę mnie zawiodły, początkowo sprawiały wrażenie amatorskich, jakieś dziwne najazdy kamery wyglądał niezbyt atrakcyjnie. Potem albo się poprawiło, albo przestałem na to zwracać uwagę. Nie wiem.
Zaskoczyła mnie muzyka, gdy ją usłyszałem pomyślałem: o zajebiście, Morricone. Potem sprawdziłem a to Bruno Nicolai. Naprawdę rewelacja. No i jak zawsze na koniec: dobre kostiumy (poza Sabatą na początku), dużo statystów, ciekawe plenery, ładne scenografie i rekwizyty.
Adiós, Sabata zdecydowanie polecam.
Etykiety:
1970,
Adiós,
forteca,
Gérard Herter,
Gianfranco Parolini,
Meksyk,
recenzja,
rewolucja w Meksyku,
Sabata,
spaghetti western,
western,
Yul Brynner,
złoto
czwartek, 31 lipca 2014
Vampire Hunter D: Żądza krwi (Banpaia hantâ D) 2000 reż. Yoshiaki Kawajiri
Jako miłośnik gatunku czuję się w obowiązku odnotować tą pozycję, a właściwie jej poszczególne sekwencje, na tym blogu. Vampire Hunter D to anime o walce między ludźmi, a wampirami w dalekiej przyszłości w post apokaliptycznym świecie, ale pewne kowbojskie akcenty i w tym świecie się znalazły.
I chociaż nie jest to western w całości, to i tak dużo ma z niego zapożyczone. Na samym początku choćby możemy zobaczyć scenerię rodem ze spaghetti westernu przypominająca jakiś biedny rejon Meksyku, a w połowie pojawia się miasteczko z saloonem i szeryfem.
I chociaż nie jest to western w całości, to i tak dużo ma z niego zapożyczone. Na samym początku choćby możemy zobaczyć scenerię rodem ze spaghetti westernu przypominająca jakiś biedny rejon Meksyku, a w połowie pojawia się miasteczko z saloonem i szeryfem.
Cały film recenzowałem na Mikserze.
Etykiety:
2000,
anime,
Banpaia hantâ D,
fragmenty,
saloon,
sci--fi,
spaghetti western,
szeryf,
Vampire Hunter D: Żądza krwi,
western,
Yoshiaki Kawajiri
niedziela, 27 lipca 2014
Godzina ognia (Hour of the Gun) 1967 reż. John Sturges
Obejrzałem ten film głównie ze względu na Garnera i po części z ciekawości dla kolejnej odsłony przygód Earpa i Hollidaya.
OPIS:
Szeryf Wyatt Earp zabija w pojedynku w O.K. Corralu ludzi Ike'a Clantona. Ten z kolei zabija braci szeryfa. Mężczyźni wchodzą w konflikt, z którego tylko jeden może wyjść żywy.
Strasznie nudny ten film. Wlecze się i mimo iż parę mocniejszych akcji odchodzi, to jednak całość nie porywa. W porównaniu do Tombstone straszna słabizna, Garner zagrał dobrze jak na Earpa, ale już Robards wykazał za mało charyzmy jak na Hollidaya, nie ma co porównywać do ról Kilmera czy Douglasa. I to samo jest z fabułą, niby ta sama, ale jakaś taka wyblakła.
Chwilami nie mogłem się połapać w pewnych wątkach, inne z kolei sprawiały wrażenie zupełnie niepotrzebnych.
Poza tym wszystko fajno: ładne scenografie, rekwizyty i plenery. Tylko te stroje jakieś takie, że momentami wyglądają jak zgraja armeńskich pastuchów. A uzupełnia to nawet niezła muzyka, aczkolwiek nie taka, by zapadała w pamięć.
To nie jest zły film, a jedynie nudny. Także tylko dla zagorzałych miłośników westernu.
Etykiety:
1967,
doc holliday,
godzina ognia,
Hour of the Gun,
james garner,
jason robards,
John Sturges,
O.K. Corral,
recenzja,
robert ryan,
tombstone,
western,
wyatt earp
sobota, 19 lipca 2014
Popierajcie swego szeryfa (Support Your Local Sheriff!) 1969 reż. Burt Kennedy
Robk po raz kolejny bardzo dobrze mi doradził, gdyż Popierajcie swojego szeryfa to rewelacyjny western komediowy, który spodobać się może nie tylko miłośnikom Dzikiego Zachodu.
OPIS:
Jason McCullough z braku lepszego zajęcia decyduje się zostac szeryfem w pewnym bogatym miasteczku niedaleko kopalń złota. Postanawia jednocześnie rozprawić się z bezprawiem, przez co zadziera z lokalnymi łotrami.
Rola Garnera jest tutaj świetna. McCullough to człowiek beztroski i wyluzowany w każdej sytuacji, przy czym może sobie na to pozwolić ze względu na znakomite umiejętności rewolwerowca i nieprzeciętny intelekt. I to chyba jest piękne w jego postaci, w przeciwieństwie do typowego szeryfa, McCullough rzadko stosuje przemoc, nie krzyczy, nie grozi, nie urządza strzelanin, wszystko załatwia spokojnie i z użyciem forteli. Jego niunia Prudy (Joan Hackett) trochę mi już zawadzała, swoją nieporadnością raczej irytując niż bawiąc. Za to zastępca Jake (Jack Elam) to dobrze dobrany towarzysz dla głównego bohatera. Czarne charaktery zaś okresliłbym mianem pociesznych. Walter Brennan w roli ojca rodu trochę mnie zawiódł, ale już głupiutki i nieporadny Joe zagrany przez Bruce'a Derna rozbawił mnie wielokrotnie, myślę że można go porównać ze współczesnym Willem Ferrelem, to ta sama klasa wagowa :)
Fabuła jest fajnie pomyślana i nastawiona na bawienie widzów poszczególnymi gagami. Momentami zakrawa to na purnonsens, a już samo pojawienie się w kadrze Garnera budzi uśmiech na twarzy będąc oczywistą zapowiedzią kolejnej zabawnej akcji. Przy okazji jestem zaskoczony widząc go w takiej roli, niewiele oglądałem filmów z jego młodości, ale jakoś utrwalił mi się jako aktor odgrywający postacie ciekawe, ale jednak poważniejsze. A tu trochę taki luzak jak Gibson w Mavericku (w którym też sam zagrał... szeryfa).
Świetnie pokazano tu Dziki Zachód, owszem w krzywym zwierciadle, ale trzymając się znanych schematów. A właściwie te schematy wyśmiewając. Świetny pastisz nie popadający w skrajności.
OPIS:
Jason McCullough z braku lepszego zajęcia decyduje się zostac szeryfem w pewnym bogatym miasteczku niedaleko kopalń złota. Postanawia jednocześnie rozprawić się z bezprawiem, przez co zadziera z lokalnymi łotrami.
Rola Garnera jest tutaj świetna. McCullough to człowiek beztroski i wyluzowany w każdej sytuacji, przy czym może sobie na to pozwolić ze względu na znakomite umiejętności rewolwerowca i nieprzeciętny intelekt. I to chyba jest piękne w jego postaci, w przeciwieństwie do typowego szeryfa, McCullough rzadko stosuje przemoc, nie krzyczy, nie grozi, nie urządza strzelanin, wszystko załatwia spokojnie i z użyciem forteli. Jego niunia Prudy (Joan Hackett) trochę mi już zawadzała, swoją nieporadnością raczej irytując niż bawiąc. Za to zastępca Jake (Jack Elam) to dobrze dobrany towarzysz dla głównego bohatera. Czarne charaktery zaś okresliłbym mianem pociesznych. Walter Brennan w roli ojca rodu trochę mnie zawiódł, ale już głupiutki i nieporadny Joe zagrany przez Bruce'a Derna rozbawił mnie wielokrotnie, myślę że można go porównać ze współczesnym Willem Ferrelem, to ta sama klasa wagowa :)
Fabuła jest fajnie pomyślana i nastawiona na bawienie widzów poszczególnymi gagami. Momentami zakrawa to na purnonsens, a już samo pojawienie się w kadrze Garnera budzi uśmiech na twarzy będąc oczywistą zapowiedzią kolejnej zabawnej akcji. Przy okazji jestem zaskoczony widząc go w takiej roli, niewiele oglądałem filmów z jego młodości, ale jakoś utrwalił mi się jako aktor odgrywający postacie ciekawe, ale jednak poważniejsze. A tu trochę taki luzak jak Gibson w Mavericku (w którym też sam zagrał... szeryfa).
Świetnie pokazano tu Dziki Zachód, owszem w krzywym zwierciadle, ale trzymając się znanych schematów. A właściwie te schematy wyśmiewając. Świetny pastisz nie popadający w skrajności.
czwartek, 17 lipca 2014
Maverick (1994) reż. Richard Donner
OPIS:
Pokerzysta Bret Maverick (Mel Gibson) wybiera się na turniej pokera z nadzieją zdobycia pół miliona dolarów głównej nagrody. W drodze dołączają do niego prostytutka Annabelle (Jodie Foster) i szeryf Cooper (James Garner). Po drodze przychodzi im się zmierzyć z rozmaitymi niespodziewanymi problemami.
Moje początkowe obiekcje budził Gibson, którego lubię, ale za nic nie pasował mi do westernu. Szybko jednak się do niego przekonałem, ze względu na komediowy charakter, w którym on odnajduje się całkiem nieźle z charakterystyczną dla siebie lekkością i beztroską. Aczkolwiek nie stworzył tak barwnej postaci jak Kilmer w Tombstone, czy Costner w Silverado.O role Garnera i Coburna nie musiałem się martwić, gdyż gwiazdy takiego formatu już samymi swoimi nazwiskami uświetniły ten film, dalej potwierdzając tylko swój talent i przypominając, że na Dzikim Zachodzie czują się jak ryby w wodzie. No i oczywiście Graham Greene... Jego rola tutaj to prawdziwa perełka, o ile Gibson bawił mnie raz za razem, to Greene tą rolą na zawsze wrył mi się w pamięć, ze swoimi dosadnymi, ironicznymi komentarzami. I mógłbym tak chwalić wszystkich, ale jeden zgrzyt się trafił, a mianowicie Jodie Foster, niby wszystko fajnie, ale dziewczynie zabrakło charyzmy, a może wypadła blado ze względu na taka plejadę gwiazd?
Z początku nie byłem zbyt zadowolony, owszem Gibson cudnie się wydurniał i w ogóle fabuła zapowiadała się ciekawie, ale gra aktorska była jakaś sztuczna, a sceny jakby łączone na siłę. Stan ten szybko się zmienił, gdy akcja nabrała rozpędu, a kolejne postacie wkroczyły na scenę. Nie jest to może tak powalający film jak Tombstone, ale zapewnia całkiem niezłą rozrywkę i nie pozwala się nudzić.
Najciekawszy dla mnie okazał się wątek Indian, przedstawiono ich tutaj z humorem i w pozytywnym świetle, nie zakrawając przy tym o martyrologię. Plemię poznajemy głównie przez osobę Josepha (Graham Greene), ale zdaje się on być modelowym egzemplarzem. Swoja osobą udowadnia, że Indianie to nie dzikusy, ani nawet ludzie wolący żyć w zacofaniu, a po prostu przedstawiciele innej kultury. Jego przyjaźń z Maverickiem zaś to świadectwo na to, iż gdyby Amerykanie chcieli to bez problemu znaleźli by wspólny język z Indianami i obie strony mogłyby pokojowo koegzystować.
A do tego świetne scenografie, plenery, kostiumy, rekwizyty, bla, bla, bla...
Polecam :)
Etykiety:
1994,
dziki zachód,
graham greene,
indianie,
james garner,
jodie foster,
komedia,
maverick,
mel gibson,
poker,
recenzja,
richard donner,
western
Subskrybuj:
Posty (Atom)
































