wtorek, 12 listopada 2013

Dzika banda (The Wild Bunch) 1969 reż. Sam Peckinpah

   Nie wiedzieć czemu podszedłem do tego filmu z rezerwą. Wydawało mi się, że brutalny western w amerykańskim wydaniu lat 60' nie może być udany. A tu miła niespodzianka mnie spotkała.

   Jatki rzeczywiście okazały się niesamowite i trup się ścielił gęsto, ale wyszło to nawet realistycznie. Zaczęło się od nieudanego napadu na bank. Bandyci wpadli w pułapkę i by się wydostać musieli "wystrzelać" sobie drogę. Doprowadziło to do masakry. Osoby postronne biegały w kółko spanikowane, podczas gdy strzelcy walili do kogo popadło. Powstał zupełny chaos, za którym ciężko było nadążyć. Przyjemny początek, przyznacie?

   Żeby nie było typowo, historia osadzona jest w okresie rewolucji meksykańskiej (1910-17) czyli jak na western dość późno. Jest to jednak zabieg celowy, gdyż reżyser Sam Peckinpah filmem tym zakończył epokę westernów, obalając mity Dzikiego Zachodu. Nie mamy tu romantycznego klimatu, honorowych pojedynków, niesamowitych strzelców, jest za to przemoc i brak zasad.


   Sami bandyci chociaż bezwzględni, to mimo wszystko okazują się sympatyczni, a co poniektórzy z nich nawet uczciwi wobec siebie. Mimo to cały czas trwa w ich grupie interesujący konflikt wewnętrzny, powodowany na przykład rozbieżnymi poglądami na temat podziału łupów, czy zwykłą zazdrością o pozycję w grupie.

   Wątek pościgu znudził mnie i wydał się trochę niepotrzebny, ot takie uzupełnienie, by było do kogo postrzelać od czasu do czasu.

   Warto zwrócić uwagę na dwa symbole zwiastujące koniec czasów Dzikiego Zachodu: samochód i ciężki karabin maszynowy. Są one efektami postępu, ale nie zwiastują wcale lepszych czasów. CKM jest zapowiedzią jeszcze większego barbarzyństwa i jeszcze większych ofiar jakie przyniosą kolejne konflikty. Samochód zaś w pewnym momencie zastępuje konia, gdy pijani żołnierze z generałem ciągną za sobą na linie więźnia.


   Gra aktorska jest bardzo dobra, głównie myślę o Holdenie w roli przywódcy Pike'a Bishopa i Borgnine grającym Dutcha Englstorma, będącego chyba najspokojniejszym i najbardziej rozsądnym członkiem bandy. Całości dopełnia duża dawka humoru.

   Rewelacyjna muzyka i świetnie uchwycone cudowne krajobrazy - dobrze przygotowane tło dla całej historii. Ze względu na czas akcji, nawet miasteczko wyglądało inaczej. Co prawda ulice nadal nie były utwardzone, ale zobaczyć już mogliśmy chodniki, latarnie i skwerki. Nie szczędzono też pieniędzy na statystów, kostiumy i efekty specjalne - wszystkiego mamy w bród.



   Fabuły nie da się przewidzieć. Cały czas trzyma w napięciu i chociaż momentami zaczyna już siadać (gdy wchodzi wątek Thorntona i jego hałastry) to zaraz rozkręca się na nowo. Strzelaniny, pościgi, widowiskowe numery (jak porwanie pociągu), nie ma czasu na nudę.

   Już scena z dzieciakami zamęczającymi owady na samym początku daje nam do zrozumienia, że w tym zakątku świata okrucieństwo jest na porządku dziennym. Dlatego nie dziwi, że bohaterami są bandyci, ścigają ich jeszcze gorsze kanalie, a finałowym przeciwnikiem staje się samozwańczy generał łotr z własną armią. Są oczywiście i dobre postacie, ale to ofiary: przechodnie w miasteczku, Meksykańcy w wiosce czy żołnierze amerykańscy z pociągu.

   Finałowa akcja jest ukoronowaniem tego filmu. Bohaterowie którzy do tej pory dbali głównie o siebie, decydują się ruszyć do samotnej, z góry skazanej na przegraną, walki za swojego towarzysza (a na samym początku przecież przywódca zabił jednego ze swoich, bo nie mógł dotrzymać pozostałym kroku w ucieczce). Robią to z właściwą kowbojom nonszalancją, a kiedy stają oko w oko z przeciwnikiem rozpoczyna się rzeźnia.


   Zdecydowanie warto zobaczyć :)




czwartek, 7 listopada 2013

W samo południe (High Noon) 1952 reż. Fred Zinnemann

   W samo południe to film już kultowy, plasujący się niemal na wszystkich listach "top 10 najlepszych westernów". Trochę mnie to zaniepokoiło, gdyż nieraz już się naciąłem na takich "klasykach". Raz jeszcze wiec pełen nadziei, ale i niepokoju zasiadłem, by samemu wyrobić sobie zdanie.

   W dniu ślubu, a zarazem przedostatnim dniu służby szeryfa Willa Kane'a, do miasteczka przybywa trzech bandytów, oczekują na przyjazd pociągu z ich towarzyszem Frankiem Millerem, którego Kane pięć lat wcześniej schwytał za morderstwo i wysłał na szubienicę. Uniewinniony zbir zamierza wyrównać rachunki. Will wbrew namowom przyjaciół postanawia zostać w miasteczku i podjąć walkę, w tym celu próbuje bezskutecznie zebrać ludzi, którzy mu pomogą.


   Postać szeryfa Willa Kane'a spodobała mi się już od początku. Chociaż mógł odjechać nie zrobił tego, postanawiając zmierzyć się z przestępcami, podczas gdy inni chowali głowy w piasek. Niesamowity był obraz poszukiwania zastępców, którzy u jego boku stawiliby czoła niebezpieczeństwu. Część ludzi odmawiała z sympatii do Millera, ale zdecydowana większość stchórzyła. Nieliczni którzy chcieli pomóc zostali przez pozostałych zniechęceni (scena w kościele) lub nie nadawali się do tego (pijak i czternastolatek). Osobną kategorię stanowił Harvey Pell, który gotów był walczyć w zamian za mianowanie go szeryfem. W takiej sytuacji Will zdecydował się na samotną walkę.

   Zdecydowanie fabuła mnie oczarowała i parę razy zaskoczyła. Chociaż nie ma wiele strzelanin i popisów konnych to wciąga przede wszystkim od strony psychologicznej. Niesamowite są przemiany i decyzje bohaterów. To pasjonująca próba charakterów, jak w 15:10 do Yumy.


   Ten film to nie tylko western, ma o wiele głębszy sens i pozostaje aktualny do dziś. Ukazuje ludzką znieczulicę i strach w obliczu niebezpieczeństwa, a także samotność i niezrozumienie jednostek cechujących się odwagą i dbałością o wspólne dobro. To smutne, ale od zarania dziejów prawdziwe zjawisko.

   Podział na dobrych i złych (nie licząc tych z bierną postawą) jest dość wyraźny, co akurat nieszczególnie przypadło mi do gustu. Wolę gdy bohaterowie dzielą się na tych mniej i bardziej złych oraz ofiary. Czasy rycerzy na białych koniach minęły.

   Zmierzwił mnie też nieco wątek miłosny i niezdecydowanie żony Kane'a - i tak było wiadomo, że wróci do męża. Nie biorę tego jednak pod uwagę przy ocenie ogólnej, bo taki już urok amerykańskich produkcji lat 50'.

   Od strony technicznej spotkało mnie kilka miłych niespodzianek. Przede wszystkim miasteczko. Zdaje się ono by "obszerniejsze", to nie typowe "dwie ulice na krzyż, saloon, kościół i bank". Bohaterowie mają tu większe pole manewru, przy czym w zasadzie nie opuszczają terenu zabudowanego. No właśnie, nie ma tu zapierających dech w piersiach krajobrazów prerii czy pustyni skalistej, ale i tak zdjęcia są świetne. Dopełnieniem tego jest muzyka, nie wybitna, ale dopasowana i tworząca klimat.


   Na koniec o grze aktorskiej. W zasadzie cały film kradnie Gary Cooper i trudno się dziwić, że został facet jedną z legend kina, dziś takich aktorów ze świecą szukać. Śmieszna sprawa, ale momentami z wyglądu kojarzył mi się z Gene'm Hackmanem. Pozostałe role również dobre, ale w zasadzie przyćmione postacią szeryfa. Co ciekawe jednego z bandytów gra Lee Van Cleef, jednak to jego debiut, więc nie zobaczymy wiele.

   Tym razem się nie zawiodłem, film zasłużył na swoją pozycję i również u mnie ląduje w Top 10.


niedziela, 3 listopada 2013

Świat Dzikiego Zachodu (Westworld) 1973 reż. Michael Crichton

   Myślałem że w tym filmie będzie więcej z westernu, a tymczasem Dziki Zachód okazał się faktycznie jedynie tłem wydarzeń. Mimo to zamieszczam tu recenzję, ot tak, jako ciekawostka.

   Świat Dzikiego Zachodu to historia z przyszłości. Dwóch przyjaciół jedzie do nowoczesnego parku rozrywki, gdzie za duże pieniądze mogą pobawić się w kowboi w doskonale odwzorowanym westernowym miasteczku. Za jego mieszkańców robią roboty, które goście parku mogą zabijać, albo wykorzystywać seksualnie. Zabawa dla bogaczy jest przednia do czasu, aż nie zaczynają się pojawiać awarie maszyn, które w końcu prowadzą do buntu.


   Zacznijmy od samego pomysłu. Jest naprawdę niezły i oryginalny, ale niestety niedopracowany. Po prostu poziom bezpieczeństwa parku nawet w teorii był za niski, a ryzyko za wysokie. Broń palna miała czujniki ciepła, więc ludzie nie mogli się przypadkiem pozabijać, fajnie. Ale broń biała? Gdyby goście zaczęli się rąbać siekierami, albo kroić nożami? Bo czego się spodziewać po facetach, którzy jadą przeżyć westernową przygodę. (Mówię już o samym parku Dziki Zachód, bo pozostałe dwa światy nie zostały dokładnie zaprezentowane, może mieli tam inne systemy zabezpieczeń.) Bójka w barze również pokazała, że można się pozabijać bez pistoletów, ale nikt nie interweniował. Owszem, był monitoring, ale działał ociężale, zresztą... właściciele parku rozrywki nie mieli nawet własnych służb porządkowych (komando) i ratowniczych, bo gdyby było inaczej, to przecież rzuciliby je do walki z robotami i do ratowania rannych.



   Niedoróbek było więcej. Bo skąd nagle u Rewolwerowca broń bez zabezpieczenia? Nie wyjaśniono przyczyny awarii maszyn. Rewolwerowiec "widział" pikselami, trudno więc uwierzyć by mógł być maszyną do zabijania. Dalej, chociaż miał czujnik ciepła to nie wypatrzył Martina na stole. A wątek naukowców duszących się w sali to kpina: żadnej wentylacji, wyjść awaryjnych czy siekier, by rozrąbać drzwi? A kontakt ze światem zewnętrznym? Nie mogli kogoś wezwać na pomoc.

   Dobrze, starczy narzekania (chociaż na chwilę). Na plus mogę policzyć, że bunt maszyn bardzo mi się spodobał, od razu nasuwając skojarzenie z Terminatorem. Walka everymana Petera Martina z Rewolwerowcem to również strzał w dziesiątkę, doprowadza to do jego przemiany z ciapowatego kolesia w prawdziwego faceta, można by powiedzieć, że osiągnął to co chciał - został prawdziwym kowbojem.

   Po Brynnerze spodziewałem się trochę więcej. Świetnie zagrał robota, było widać to w mimice twarzy i ruchach ciała, ale czegoś mu brakowało. Nie mówię, że zagrał źle, wręcz przeciwnie, wyszło sztucznie, ale tak miało być. Szkoda tylko, że nie dostał jakiejś bardziej wymagającej roli, bo aż szkoda jego talentu.



   Jeśli chodzi o Benjamina, to trochę mnie na początku irytował swoją ciamajdowatoscią, ale z biegiem czasu i z przemianą, która w nim następowała zyskał sobie moje uznanie. Nie wypowiem się na temat Brolina, bo przez cały film widziałem w nim jedynie Christiana Bale'a :D

   Jeśli chodzi o scenografie, to zasługują na pochwałę. Mieli rozmach... i zapewne budżet. Śmieszą mnie jedynie wszechobecne telewizory-pudła. Zastanawia mnie zawsze czy filmowcy nie mogli przewidzieć, że tego typu sprzęt odejdzie w przyszłości do lamusa, czy pokazanie jakiegoś bardziej zaawansowanego rekwizytu była jeszcze zbyt skomplikowane dla scenografów. Zresztą zobaczymy za kilkadziesiąt lat czy lansowane teraz przez filmowców futurystyzne nowinki techniczne się sprawdzą.



   Jeśli chodzi o wątek westernowy, to pomijając całe to pajacowanie bohaterów w miasteczku (wóda, dziwki i dynamit), finałowa walka okazała się całkiem niezła i nawet trzymająca w napięciu.

   Film niestety nie przetrwał próby czasu. Mimo wszystko jednak pozytywnie go oceniam, bardziej za całokształt niż pojedyncze elementy.



czwartek, 31 października 2013

Dobry, zły i brzydki (Il buono, il brutto, il cattivo) 1966 reż. Sergio Leone

   Poprzednie produkcje "dolarowe" mam już za sobą (kiedyś jeszcze do nich wrócę na blogu), a teraz dopełniam całości. Tak jak po poprzednich i po tym filmie spodziewałem się wiele. Nie zawiodłem się, ba, dostałem nawet więcej niż liczyłem :)

   Fabuła poprowadzona jest w ciekawy sposób. Niektóre ujęcia co prawda dłużą się w nieskończoność, ale ma to swój urok i tworzy napięcie. Na początku zaczynają mnożyć się nam zagadki. Akcja (pomysłowo osadzona w realiach wojny secesyjnej) tym czasem sprawnie posuwa się do przodu i wraz z upływem czasu wszystkie wątki zaczynają się zazębiać odkrywając przed nami swoje tajemnicę. Jednocześnie rodzą się kolejne niejasności i tym sposobem cały czas trzymani jesteśmy w napięciu. Koleje losu bohaterów są tak niesamowite, że wystarczyłoby materiału na miniserial.



   Postacie od początku są wyraziste, a gra aktorska dobra, można się w tym rozsmakować. Może jedynie Tuco pod koniec robi się nazbyt karykaturalny, ale wprowadza to pewną dawkę humoru dająca rozluźnienie (a pamiętajmy, że film trwa trzy godziny). Eastwood z kolei niewiele mówi, jego mimika i gesty również są oszczędne, ale tworzy w ten sposób wizerunek prawdziwego twardziela i stereotyp kowboja, który przyjął się na całym świecie. Za to Lee Van Cleef chociaż gra łajdaka (o wdzięcznej ksywce Anielskie Oczko) to nie daje się nie lubić.

   Jak to u Sergio Leone, ciężko momentami nadążyć za fabułą, gdy ujawniane są coraz to nowe fakty, a poszczególne elementy układanki wskakują na właściwe miejsce. To sprawia że film nieustająco intryguje i zaskakuje. Ciężko przewidzieć kolejne posunięcia bohaterów, a czasem jest to wręcz niemożliwe, gdyż twórcy nie odkrywają przed nami wszystkich kart. Co ciekawe nie ma też krystalicznie czystych bohaterów, żadnych "rycerzy w lśniących zbrojach", każdy ma coś za uszami, a tym samym film jest bardziej realistyczny.



   Niestety nie zabrakło też pewnych pomyłek. Tylko to określenie przychodzi mi na myśl, gdy przypomnę sobie scenę, w której towarzysze Tuco "spadają z nieba" po tym jak wygłasza w kryjówce swój monolog o planach na życie. Druga rzecz to za dużo przypadków, które odwracają losy bohaterów (jak choćby zbłąkana kula armatnia).

   Scenografie są rewelacyjne, może kryjówka Tuco była nieco przesadzona i sztuczna, ale reszta jest naprawdę niezła (miasteczko, budynki). Sceny batalistyczne zachwycają ilością statystów, rekwizytów i efektami specjalnymi (jest ich ciągle więcej niż w Bitwie warszawskiej Hoffmana). Kostiumy i charakteryzacja to kolejna mocna strona filmu.



   To co najbardziej lubię w westernach to piękne krajobrazy i tym razem nie zawiodłem się na zdjęciach do filmu, ciesząc oczy pięknymi plenerami. Całość dopełniona nastrojową muzyką. Cymesik.

   Ostatni atut na koniec: Nie ma wątku miłosnego! Hura! Nieczęsto w końcu się takie filmy trafiają ;)



wtorek, 22 października 2013

3:10 do Yumy (3:10 to Yuma) 2007 reż. James Mangold

   Pytanie: czy remake może okazać się lepszy od oryginału? Do tej pory udzielałem na to pytanie twierdzącej odpowiedzi, jednak nie mogłem poprzeć jej żadnym przykładem. Do tej pory... Nowa 3:10 do Yumy jest nieporównywalnie lepsza od pierwowzoru, przy czym do złudzenia podobna - nawet części dialogów zachowali takimi jakimi były. Różnica polega na tym, że twórcy poprawili wszelkie niedoróbki filmu z 1957 roku i dołożyli garść nowości. Z przyjemnością dałbym najwyższą ocenę, gdyby nie końcówka, która okazała się jeszcze bardziej naiwna i durna niż ta stara.

   Fabuły streszczać nie będę, zainteresowanych odsyłam tutaj.

   Tym razem wszystko jest takie jak powinno. Bandyci to dzika zgraja, a ich przywódca (Russell Crowe) choć ciut bardziej wyrafinowany teraz sprawia wrażenie łajdaka. Postać Evansa (grana przez Christiana Bale'a) również wiele zyskała na nowej odsłonie. Nie jest tak nudny i bezosobowy jak ten w wykonaniu Van Heflina. Już od początku wydaje wyraźnie pokazuje cechy swoje charakteru, dobre czy złe, ale jednak. I zaznaczę, że potem jeszcze niejednokrotnie zaskakuje. Postać została naprawdę nieźle rozbudowana. Z początku nie byłem dobrze nastawiony do pomysłu na wojowniczego syna Evansa Williama (Logan Lerman), ale trzeba uczciwie przyznać, że dzieciak dodaje ze swoja charyzmą i gniewem, dodaje smaczku całości. Grze aktorskiej nie można nic zarzucić, postarali się wszyscy. Jeśli już przy tym jesteśmy to pochwalę jeszcze Bena Fostera, który zagrał Charliego Princa - takiej kanalii dawno już nie widziałem.



   Wątek miłosny z tej wersji wypadł, są tylko błyskawiczny flirt i szybki numerek bazujące na pierwowzorze, ale mimo to nie tak banalne. Kolejny duży plus dla twórców.

   Strzelaniny są zrealizowane całkiem nieźle, można nacieszyć oko rewolwerowcami i sypiącymi się wszędzie drzazgami. Efekty specjalne z wybuchami okazały się pomysłowe, ale niestety ciut sztuczne. Cóż, widać twórcy nie mieli budżetu Jeźdźca znikąd (a i tak zrobili lepszy film). Zdjęć porównywać nie ma sensu, ale zaznaczę że są całkiem dobre. Podobnie jak scenografie i kostiumy. Tak powinien wyglądać Dziki Zachód! I chociaż western swoje najlepsze lata miał pół wieku temu, to mimo wszystko właśnie współcześnie twórcy tego gatunku mogą wzbić się na wyżyny.



   Muzyka, jest bardzo ładna, niestety przez większą część filmu przewija się tylko jeden motyw. Dopiero pod koniec zarejestrowałem jakąś większą różnorodność.

   Gra psychologiczna prowadzona miedzy Wade'em, a Evansem w pokoju hotelowym nie dostarczyła mi tym razem tylu wrażeń - to była tylko dobra sekwencja.

   Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie końcówka, która okazała się po prostu głupia i naiwna do granic możliwości. Zobaczcie sami.



poniedziałek, 21 października 2013

Tańczący z wilkami (Dances with Wolves) 1990 reż. Kevin Costner

   Nie dość, że normalnie trwa trzy godziny to mi się jeszcze przypadkiem trafiła wersja reżyserska dłuższa o czterdzieści parę minut, ale dałem radę przypłacając to późnym pójściem spać i lekkim niewyspaniem na drugi dzień. Było warto.

   Fabuła jest może trochę prosta i naiwna, ale za to urzekająca. Porucznik Dunbar walczący w amerykańskiej wojnie domowej po stronie Unii przypadkiem zostaje bohaterem wojennym. W związku z tym dostaje prawo wybrania sobie następnego miejsca służby. Decyduje się na Pogranicze, gdyż ciekaw jest  tych dziewiczych jeszcze terenów. Na miejscu okazuje się, że jego nowa placówka szumnie zwana "fortem" to rozsypująca się szopa, a jego załoga gdzieś przepadła. Mimo to Dunbar postanawia przywrócić porządek i czekać na tej pozycji na pozostałe siły lub rozkazy. Po paru dniach dochodzi do kontaktu z Indianami, z którymi w końcu w niełatwy sposób się zaprzyjaźnia.



   Dupy nie urywa, co? Ale to przyjemna, rozczulająca historyjka, oczywiście z love story. Widzimy przede wszystkim fascynujące spotkanie dwóch kultur i przełamywanie barier. Szukanie wspólnego języka i powolne przełamywanie barier wydaje się wyjątkowo ciekawe. To był też ogólny przekaz filmu: pokazać, że biali i czerwoni mogli się porozumieć i żyć w pokoju, pomagając sobie nawzajem. Druga rzecz na która zwróciłem uwagę to fakt skłócenia Indian. Tutaj mamy to pokazane na przykładzie tylko dwóch plemion, ale to wystarcza. Nawet w obliczu bliskiego nadejścia białego człowieka, poszczególne grupy nie potrafiły się pogodzić i nawet jeśli nie współpracować to przynajmniej nie walczyć miedzy sobą, by nie osłabiać się nawzajem przed zbliżającą się konfrontacją z białymi.



   Wbrew temu co zarzuca mu wiele osób, film nie demonizuje białych i nie wybiela czerwonych (kurde jakiś kolorystycznych miszmasz...). Przecież są pokazani brutalni Paonisi, którzy zabijają białych za nic (właściwie nie za nic, a po to by oczyścić swe ziemie z najeźdźców), a Dunbar jest dowodem na to, że biali mogli być dobrzy. To po prostu nowe spojrzenie na Dziki Zachód. Wcześniej przecież Indianie zawsze byli ukazywani jako dzikusy i łotry.

   Zdjęcia są niesamowite, wręcz zapierające dech w piersiach. Już dla samych plenerów czy sceny z bizonami warto ten film zobaczyć. Zaskoczyło mnie że za montaż twórcy dostali Oscara. Nie jest on jakoś specjalnie nowatorski, po prostu dobry. Kostiumy i charakteryzacje za to są kolejnym wielkim atutem. Film ma klimat i daje się porwać, to zupełnie nowa jakość westernu w porównaniu z latami 50'-70'.



   Gra aktorska jest wyjątkowo dobra. Chociaż wszyscy najbardziej zachwycają się Costnerem, to mi przypadł do gustu Graham Greene grający Kopiącego Ptaka - jak dla mnie ideał szamana: człowieka o otwartym umyśle, cierpliwego i ciekawego świata, a nie jak to się zwykło przedstawiać - wioskowego szarlatana. Film zawiera dużo humoru, to za sprawą min, gestów, pojedynczych słów, czy krótkich anegdot. Dzięki temu łatwiej polubić bohaterów i się z nimi zżyć. Wracając jeszcze do Costnera i jego porucznika Dunbara - mnie najbardziej urzekło w nim prowadzenie pamiętnika i ta niesamowita narracja, która na długo zapada w pamięć.

   Do tej pory niedoścignionym wzorem filmu przedstawiającego świat Indian był Ostatni mohikanin, myślę że Tańczący z wilkami plasuje się bardzo blisko. 




środa, 16 października 2013

15:10 do Yumy (3:10 to Yuma) 1957 reż. Delmer Daves

   Dobra! Bierzemy się za to co należy.

   W skrócie: banda Bena Wade'a (Glenn Ford) napada na dyliżans i w czasie rabunku zabija jego woźnicę, po czym wpada na drinka do pobliskiego miasteczka. Herszt przechytrza stróżów prawa i wysyła ich w pościg za... nikim. W tym czasie banda rozjeżdża się, ale sam Wade przez swoją niefrasobliwość zostaje schwytany. Szeryf decyduje się wysłać go pociągiem do Yumy, który odchodzi z pobliskiej miejscowości. Trzeba go tam tylko dostarczyć i do tego zadania, na ochotnika za 200 dolarów zgłasza się farmer Dan Evans (Van Heflin), który bardzo potrzebuje pieniędzy...



   Wiele słyszałem i czytałem o tym filmie, na ogół samych superlatywów, więc podszedłem do niego jak do pozycji obowiązkowej, jednak z nadzieją na dobrą rozrywkę. Niestety rozczarowałem się już na samym początku.

   Bandyci okazali się brutalni i bezwzględni, ale ich szef... grzeczny i uroczy. Rozumiem że i czarny charakter w filmie może być dżentelmenem, ale nie na Dzikim Zachodzie! Tam oczekuję chamskich, podłych, brudnych łotrów. To właśnie był pierwszy zgrzyt, nadal jednak miałem nadzieję, że jeszcze jakoś to będzie. Tym bardziej, że zdjęcia i muzyka okazały się wyjątkowo nastrojowe, tworząc rewelacyjny westernowy klimat.

   Jedziemy dalej. Gra aktorska. Niestety była strasznie teatralna. Tylko Glenn Ford i Van Heflin pokazali się pod tym kątem z dobrej strony, chociaż bardziej w drugiej połowie filmu. Część rozgrywająca się w pokoju hotelowym jest chyba najlepsza w całym filmie. Wątek miłosny zaś okazał się tak banalny, że mało nie spadłem z krzesła przy scenie pocałunku.



   Sceny walk również do wybitnych nie należą, są jakby ospałe i zrobione od niechcenia. Mało tego powaliły mnie na kolana dwie rzeczy: kowboj pudłujący w przeciwnika z odległości metra i kolejny, który przed strzelaniną chowa się za... krzesłem.

   Chyba nie zdziwicie się jeśli powiem, że film ten oglądałem z umiarkowanym zainteresowaniem. Przyznaję pomysły były niezłe, tylko jakoś to wszystko przedstawiono w niezbyt ciekawy sposób. Szczęśliwie nie pokazano Indian, bo czuję że byłaby to niezła żenada.

   Druga połowa filmu nieco podniosła moją ocenę ogólną, bo pojawiło się nieco dramatyzmu i interesująca gra psychologiczna między głównymi bohaterami. Bohater wykreowany przez Heflina zyskał więcej wyrazistości, a postać Forda stała się jakby bardziej realistyczna i mniej rażąca swoim urokiem osobistym.



   Mimo wszystko fabuła nie jest przewidywalna, chociaż czasami naiwna to jednak zaskakuje. Najsłabszym jednak punktem całej produkcji jest końcówka.

UWAGA SPOJLER

Tu mam tylko pytanie: po cholerę tyle się ci bandyci skradali, skoro mogli zwyczajnie zająć pociąg, a przecież i tak urządzili strzelaniny przy nim.

I druga rzecz. Cudowna przemiana Wade'a w ostatniej chwili? Bez jaj...

KONIEC SPOJLERA

RECENZJA REMAKE'A, KLIKNIJ