Przybyłem, zobaczyłem i rozczarowałem się na całej linii.
To nietypowy western, nie ma tu widowiskowych strzelanin, pościgów konnych, ani sprytnych forteli. Na początku zdarza się napad na pociąg i to właściwie tyle jeśli chodzi o western. Film określiłbym bardziej mianem dramatu biograficznego. I chociaż fabuła jest prosta, to momentami można się pogubić. Na plus policzę od razu stroje, rekwizyty i scenografie - wszystko to naturalne i choć tak niepodobne do znanych nam otoczek westernowych, to jednak oddające szarą rzeczywistość tamtych czasów i miejsc. Całości dopełniają piękne, lecz niepokojące zdjęcia, które niemal przez cały czas dołują. Szkoda tylko, że fabuła nie sprostała moim oczekiwaniom, nudziłem się niesamowicie, zmuszając do wytrwania do końca.
Świetnie odegrana rola Roberta Forda (Casey Affleck), facet jest zakompleksiony, drażliwy i nie znosi żadnej krytyki pod swoim adresem. Kiedy emocje biorą nad nim górę pokazuje swój gniew, jednocześnie go w sobie tłumiąc. Przez większość czasu jednak, powiedziałbym: idzie się wypłakać do kąta. I chociaż z biegiem czasu trochę hardzieje, to mimo wszystko pozostaje tytułowym tchórzem. Sam Jessy James (Brad Pitt) jawi się tutaj jak osoba skrajnie nieufna, wszędzie wietrząca spisek i zdradę, a pod koniec wpadająca w jakąś paranoję. Z jednej strony bawią go żenujące dowcipy kumpli, a zaraz gotów byłby ukręcić im łeb, jego huśtawki nastrojów pogłębiają tylko niepokojącą atmosferę w grupie.
Pytanie czy trzeba było czekać ponad dwie godziny, by zobaczyć jak jeden facet z zaburzeniami psychicznymi zabija drugiego?
Przyznaję, że zupełnie nijaka mi ta recenzja wyszła, ale takie też mam odczucia wobec tego filmu. Tak jakby zadbali o przygotowanie planu filmowego, najlepszej ekipy i świetnej obsadę, ale w tym wszystkim zapomnieli gdzieś o scenarzyści.


